Tydzień znowu, nie wiadomo kiedy, minął. Planu, związanego ze zdrowym odżywianiem, ściśle trzymam się. Już przyzwyczaiłam się do tego jedzenia i nie mam zachcianek. Jak sobie pomyślę, ile mojej ciężkiej pracy, włożonej w ćwiczenia, poszłoby na marne, to od razu odechciewa mi jeść :)
Ćwiczę codziennie, poza sobotą, bo to jest jedyny dzień, kiedy chcę relaksować się i wypoczywać. Na orbiterku, raz zrobię 10 km, innego dnia 5. A kiedy raz, dopadło mnie zniechęcenie, zadzwonił do mnie mąż z pracy, pochwalić się, że właśnie przebiegł na bieżni 7 km. Od razu, bez wahania, wskoczyłam na orbiterek i zrobiłam 10 km. Nie mogłam być gorsza :) To jest taka, nasza, zdrowa rywalizacja.
Dzisiaj byliśmy z mężem na basenie i w saunie. Na basen, zawsze chodziliśmy rano, bo rano jest mniej ludzi. Przychodziliśmy zaledwie kilka minut po godzinie 8. i za godzinę, płaciliśmy 22 złote. Dopiero w zeszłym tygodniu, kasjerka powiedziała nam, że gdybyśmy przyszli te 5 minut wcześniej, to płacilibyśmy o połowę mniej. Więc dzisiaj zerwaliśmy się przed 7. i za tą samą cenę, co zawsze, byliśmy godzinę dłużej. Dlatego też skorzystaliśmy z sauny. Kiedyś chodziliśmy do sauny infrared. To taka terapia kolorami. Tam temperatura osiąga ok. 60 stopni C. Natomiast dzisiaj byliśmy w saunie mokrej. Wydaje mi się, że w saunie mokrej, jest dużo lepiej. Jest tam strasznie parno, że nawet nie widać, kto siedzi na ławeczce obok, i kapie na ciebie gorąca woda. Sesja rozpoczyna się przy temperaturze 50 stopni C i z czasem, podnosi się do 90 stopni. Fajne wrażenia. Czytałam, że podczas takiej sesji, spala się 900 kalorii, to tyle, ile podczas 10-kilometrowego biegu.
W tym tygodniu wyciągnęłam stare pamiętniki z dzieciństwa.Wróciło do mnie wiele wspomnień i tych przyjemnych i tych smutnych. Zaczęłam tęsknić za tamtymi czasami, za niektórymi koleżankami, za tamtą beztroską. Moje dzienniki są również, a raczej przede wszystkim, pamięcią po dziadku i po prababci. Pamięć ludzka jest krótka, nie sposób zapamiętać, wszystkich chwil, spędzonych z nimi. A w moich dziennikach jest wiele wpisów związanych z dziadkiem i prababcią. Jest to świadectwo, ich bycia, życia i miłości.
Zaczęłam przepisywać moje pamiętniki na laptopie. Chciałabym je wszystkie przepisać, bo mają ogromną wartość sentymentalną, ale nie wiem, czy mi się to kiedykolwiek uda. To nie są zapiski cotygodniowe. Kiedyś pisałam każdego dnia, od 10. roku życia. Wyobraźcie sobie, ile tomów mam tego... Wydaje mi się to syzyfową pracą... :(
Miłego wieczoru!
O mnie
- Magda
- Trzydzistoparolatka. Żona. Mama dwóch chłopców. Dzięki nim moje życie nabrało barw. Na blogu pragnę uwiecznić naszą (nie)codzienność. Chcesz do mnie napisać? Mój email: madzia435@gmail.com
Obserwatorzy
Online
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sport. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 12 lutego 2012
niedziela, 5 lutego 2012
Kryzys ozdrowieńczy
W tym tygodniu przeżywałam kryzys ozdrowieńczy. Przez kilka dni, czułam się niedobrze. Byłam przygnębiona, brakowało mi siły, energii a nawet chęci do życia. Byłam zmęczona i ospała. Czytałam, że jest to efekt bardzo skutecznej lub gwałtownej eliminacji szkodliwych substancji z organizmu. Przez lata odżywiałam się tak, jak się odżywiałam, czyli beznadziejnie, a tu nagle mojemu organizmowi urządziłam taką rewolucję!
W poniedziałek mąż miał służbę 24-godzinną. Miałam świadomość, że nie wróci do domu. Z tego powodu byłam przybita, zrezygnowana, nic mi się nie chciało. Siedziałam w salonie a wszędzie była wszechobecna cisza. Lubię ciszę, ale ta, aż w uszach piszczała. Czułam taką pustkę. I pomyślałam sobie, że co z tego, że mamy mieszkanie, że jest fajnie umeblowane, bo jak go nie ma, to wszystko, to są tylko śmieci. Nie mają żadnego znaczenia. Wszystko na co pracowaliśmy, bez niego, traci sens. Nastrój poprawił mi się dopiero po spacerze z Dzióbkiem. Gdy przyszłam, wskoczyłam na orbiterek i zasuwałam na nim 40 min. Przez ten czas pokonałam dystans 5 km i spaliłam 375 kalorii. Pod wieczór zrobiłam na orbiterku kolejne 5 km.
We wtorek, Romek był już ze mną. Tak się za nim stęskniłam, jakbyśmy nie widzieli się kupę czasu :) Zjedliśmy na obiad pieczone kartofle i sałatę. Potem on zdrzemnął się a później poszliśmy na stadion pobiegać. Tradycyjnie, przebiegłam 5 okrążeń.
W środę Romek miał wrócić później, gdyż w środy chodzi na kurs prawa jazdy. Więc też od rana byłam nie do życia. Nie miałam na nic siły. Ugotowałam tylko zupę ogórkową. Tuż przed jego powrotem zmusiłam się, aby zrobić 5 km na orbiterku.
W czwartek odzyskałam siły. Rano miałam wizytę u dentysty. Jak zwykle, było bardzo przyjemnie :) Pani doktor powiedziała, że mam już wszystkie zęby zdrowe. Jednak, za tydzień, w poniedziałek, czeka mnie najgorsze. Będę miała chirurgiczne usuwanie ósemki... Brr... Prosto od dentysty poszłam po zakupy. Potem zrobiłam pranie, sprzątałam w domu i jeszcze zrobiłam 10 km na orbiterku.
W piątek znowu dopadł mnie gorszy nastrój. Nie miałam siły, żeby ćwiczyć. Dopiero, pod wieczór, wiosenne kanapki z sałatą, pomidorem, ogórkiem, jajkiem i cebulą poprawiły mi samopoczucie.
W sobotę, po śniadaniu, poszliśmy z Romkiem na spacer po mieście. Gdy przyszliśmy zjedliśmy obiad. Zrobiłam schabowego z czerwoną kapustą i kartoflami. Potem Romek czytał książkę a ja urzędowałam przed telewizorem. Po 20. byliśmy już w łóżku.
A w niedzielę rano poszliśmy na basen. Tradycyjnie, w niedzielę, pewnie przez ten basen, przeżywałam kryzys. Miałam ogromną chęć, żeby zjeść coś niezdrowego, tłustego. Tydzień temu marzyłam o frytkach, dzisiaj o chipsach z zieloną cebulką. Na szczęście mąż trzymał mnie w ryzach i nie uległ moim namowom. Przecież tyle wysiłku, mojej ciężkiej pracy, poszłoby na marne... Żeby zapomnieć o chipsach, poszliśmy na spacer po mieście i zamiast chipsów kupiliśmy... jogurty z papają :)
A tak poza tymi "niedzielnymi", "po basenowymi", napadami głodu zauważyłam, że już przyzwyczaiłam się jeść zdecydowanie mniej. Na początku, nie mogłam zaspokoić głodu samymi owocami, ani warzywami. Teraz jest inaczej. Nie czuję już głodu. Dziennie jem, mniej więcej, 1000 kalorii a spalam nawet 750 kalorii.
Z obserwacji mojego ciała, widzę, że w tali robi się zdecydowania większe wcięcie :) Poza tym, w kurtce poczułam spory luz. Gdy wyszłam na dwór, pierwsza myśl, która nasunęła mi się, to to, że chyba zapomniałam ubrać swetra. Patrzę, a jednak nie. Mam gruby sweter a kurtka rzeczywiście jest taka luźna. Wisi na mnie, jak na wieszaku. Fajne uczucie zaskoczenia :)
Po dwóch tygodniach ważę 2 kg mniej :)
W poniedziałek mąż miał służbę 24-godzinną. Miałam świadomość, że nie wróci do domu. Z tego powodu byłam przybita, zrezygnowana, nic mi się nie chciało. Siedziałam w salonie a wszędzie była wszechobecna cisza. Lubię ciszę, ale ta, aż w uszach piszczała. Czułam taką pustkę. I pomyślałam sobie, że co z tego, że mamy mieszkanie, że jest fajnie umeblowane, bo jak go nie ma, to wszystko, to są tylko śmieci. Nie mają żadnego znaczenia. Wszystko na co pracowaliśmy, bez niego, traci sens. Nastrój poprawił mi się dopiero po spacerze z Dzióbkiem. Gdy przyszłam, wskoczyłam na orbiterek i zasuwałam na nim 40 min. Przez ten czas pokonałam dystans 5 km i spaliłam 375 kalorii. Pod wieczór zrobiłam na orbiterku kolejne 5 km.
We wtorek, Romek był już ze mną. Tak się za nim stęskniłam, jakbyśmy nie widzieli się kupę czasu :) Zjedliśmy na obiad pieczone kartofle i sałatę. Potem on zdrzemnął się a później poszliśmy na stadion pobiegać. Tradycyjnie, przebiegłam 5 okrążeń.
W środę Romek miał wrócić później, gdyż w środy chodzi na kurs prawa jazdy. Więc też od rana byłam nie do życia. Nie miałam na nic siły. Ugotowałam tylko zupę ogórkową. Tuż przed jego powrotem zmusiłam się, aby zrobić 5 km na orbiterku.
W czwartek odzyskałam siły. Rano miałam wizytę u dentysty. Jak zwykle, było bardzo przyjemnie :) Pani doktor powiedziała, że mam już wszystkie zęby zdrowe. Jednak, za tydzień, w poniedziałek, czeka mnie najgorsze. Będę miała chirurgiczne usuwanie ósemki... Brr... Prosto od dentysty poszłam po zakupy. Potem zrobiłam pranie, sprzątałam w domu i jeszcze zrobiłam 10 km na orbiterku.
W piątek znowu dopadł mnie gorszy nastrój. Nie miałam siły, żeby ćwiczyć. Dopiero, pod wieczór, wiosenne kanapki z sałatą, pomidorem, ogórkiem, jajkiem i cebulą poprawiły mi samopoczucie.
W sobotę, po śniadaniu, poszliśmy z Romkiem na spacer po mieście. Gdy przyszliśmy zjedliśmy obiad. Zrobiłam schabowego z czerwoną kapustą i kartoflami. Potem Romek czytał książkę a ja urzędowałam przed telewizorem. Po 20. byliśmy już w łóżku.
A w niedzielę rano poszliśmy na basen. Tradycyjnie, w niedzielę, pewnie przez ten basen, przeżywałam kryzys. Miałam ogromną chęć, żeby zjeść coś niezdrowego, tłustego. Tydzień temu marzyłam o frytkach, dzisiaj o chipsach z zieloną cebulką. Na szczęście mąż trzymał mnie w ryzach i nie uległ moim namowom. Przecież tyle wysiłku, mojej ciężkiej pracy, poszłoby na marne... Żeby zapomnieć o chipsach, poszliśmy na spacer po mieście i zamiast chipsów kupiliśmy... jogurty z papają :)
A tak poza tymi "niedzielnymi", "po basenowymi", napadami głodu zauważyłam, że już przyzwyczaiłam się jeść zdecydowanie mniej. Na początku, nie mogłam zaspokoić głodu samymi owocami, ani warzywami. Teraz jest inaczej. Nie czuję już głodu. Dziennie jem, mniej więcej, 1000 kalorii a spalam nawet 750 kalorii.
Z obserwacji mojego ciała, widzę, że w tali robi się zdecydowania większe wcięcie :) Poza tym, w kurtce poczułam spory luz. Gdy wyszłam na dwór, pierwsza myśl, która nasunęła mi się, to to, że chyba zapomniałam ubrać swetra. Patrzę, a jednak nie. Mam gruby sweter a kurtka rzeczywiście jest taka luźna. Wisi na mnie, jak na wieszaku. Fajne uczucie zaskoczenia :)
Po dwóch tygodniach ważę 2 kg mniej :)
niedziela, 29 stycznia 2012
Intensywny tydzień :)
Co za radość i duma mnie rozpiera, ponieważ rozpoczęłam intensywny trening i nadal mam ogromną motywację, do ćwiczeń i do tego, aby zdrowo odżywiać się.
We wtorek rozpoczęłam ćwiczyłam na orbiterku, 2 serie po 20 minut. Muszę przyznać, że już po 3 minutach myślałam, że nie dam rady a po 7 minutach spływał ze mnie pot. Przez 20 min przejechałam 2,5 km, spaliłam 200 kalorii. Łącznie zrobiłam 5 kilometrów. A wieczorem tak mnie wszystkie mięśnie zaczęły boleć: łydki, pachwiny, ramiona.
W środę rano, jak byłam z Dzióbkiem na spacerze, dojrzałam, że dużo ludzi ćwiczy na stadionie. A że słoneczko tak świeciło a powietrzu unosił się zapach wiosny, postanowiłam, że dobrze zrobią mi ćwiczenia na świeżym powietrzu. Poszłam więc na stadion. Maszerowałam szybkim krokiem 40 minut a pod koniec truchtem przebiegłam 5 okrążeń stadionu, czyli ok. 2,5 km. Chociaż nie było łatwo. Nawet nie przebiegłam połowy okrążenia a myślałam, że już padnę, że nawet okrążenia nie przebiegnę. Ale potem zasłuchałam się w muzyce, którą miałam w telefonie i jakoś rozkręciłam się.
W czwartek i piątek było podobnie. Maszerowałam około 40 minut na stadionie i przebiegłam 5 okrążeń. Tylko, że w piątek był już duży mróz. Po skończonym biegu myślałam, że te mroźne powietrze rozsadzi mi płuca:)
Ale jaką niesamowitą radość się czuje i taką przyjemną pustkę w środku, lekkość i dotlenienie :) Jednak ból mięśni nie odstępuje.
Wieczorami jestem już taka zmęczona, że zasypiam w minutę. I co najdziwniejsze. Od kiedy mam zaplanowany dzień, wiem co i kiedy mam robić, mam zdecydowanie więcej czasu i siły na wszystko. Wcześniej nic mi się nie chciało i pomimo tego, że cały czas byłam w domu, na nic nie starczało mi czasu. Tylko z psem pospacerowałam, obiad zrobiłam i to wszystko. Natomiast teraz, mam czas i na spacer z psem i mam czas iść po zakupy. Obiad przygotowuję nawet kilka dni do przodu. Mam też czas, aby odpocząć i poczytać blogi i książkę.
W sobotę postanowiłam odpocząć, bo już byłam taka obolała i zmęczona. Dzień spędziliśmy z Romkiem w domku, objadając się mandarynkami, jabłkami, kiwi i pomelo.
A dziś rano, poszliśmy na basen. Woda była taka cieplutka, było tak przyjemnie. Przez resztę dnia również będzie odpoczynek a od jutra znowu ciężka praca :)
Miłej niedzieli :)
We wtorek rozpoczęłam ćwiczyłam na orbiterku, 2 serie po 20 minut. Muszę przyznać, że już po 3 minutach myślałam, że nie dam rady a po 7 minutach spływał ze mnie pot. Przez 20 min przejechałam 2,5 km, spaliłam 200 kalorii. Łącznie zrobiłam 5 kilometrów. A wieczorem tak mnie wszystkie mięśnie zaczęły boleć: łydki, pachwiny, ramiona.
W środę rano, jak byłam z Dzióbkiem na spacerze, dojrzałam, że dużo ludzi ćwiczy na stadionie. A że słoneczko tak świeciło a powietrzu unosił się zapach wiosny, postanowiłam, że dobrze zrobią mi ćwiczenia na świeżym powietrzu. Poszłam więc na stadion. Maszerowałam szybkim krokiem 40 minut a pod koniec truchtem przebiegłam 5 okrążeń stadionu, czyli ok. 2,5 km. Chociaż nie było łatwo. Nawet nie przebiegłam połowy okrążenia a myślałam, że już padnę, że nawet okrążenia nie przebiegnę. Ale potem zasłuchałam się w muzyce, którą miałam w telefonie i jakoś rozkręciłam się.
W czwartek i piątek było podobnie. Maszerowałam około 40 minut na stadionie i przebiegłam 5 okrążeń. Tylko, że w piątek był już duży mróz. Po skończonym biegu myślałam, że te mroźne powietrze rozsadzi mi płuca:)
Ale jaką niesamowitą radość się czuje i taką przyjemną pustkę w środku, lekkość i dotlenienie :) Jednak ból mięśni nie odstępuje.
Wieczorami jestem już taka zmęczona, że zasypiam w minutę. I co najdziwniejsze. Od kiedy mam zaplanowany dzień, wiem co i kiedy mam robić, mam zdecydowanie więcej czasu i siły na wszystko. Wcześniej nic mi się nie chciało i pomimo tego, że cały czas byłam w domu, na nic nie starczało mi czasu. Tylko z psem pospacerowałam, obiad zrobiłam i to wszystko. Natomiast teraz, mam czas i na spacer z psem i mam czas iść po zakupy. Obiad przygotowuję nawet kilka dni do przodu. Mam też czas, aby odpocząć i poczytać blogi i książkę.
W sobotę postanowiłam odpocząć, bo już byłam taka obolała i zmęczona. Dzień spędziliśmy z Romkiem w domku, objadając się mandarynkami, jabłkami, kiwi i pomelo.
A dziś rano, poszliśmy na basen. Woda była taka cieplutka, było tak przyjemnie. Przez resztę dnia również będzie odpoczynek a od jutra znowu ciężka praca :)
Miłej niedzieli :)
poniedziałek, 23 stycznia 2012
Zdrowy styl życia
W zeszłym tygodniu mój brat rozpoczął ferie zimowe. Z Romkiem chcieliśmy, żeby przyjechał do nas, chociaż na kilka dni. W domu sporo szykowałam na jego przyjazd. Prałam, sprzątałam, gotowałam, aby potem, jak przyjedzie, spędzić z bratem jak najwięcej czasu. Rodzice przywieźli go do nas w piątek, tuż po lekcjach. Niedawno miał on zapalenie płuc, więc z tego powodu, żeby się oszczędzał, nie przygotowaliśmy mu zbyt wielu atrakcji. Najwięcej czasu spędziliśmy w domu. Ale za to, te kilka dni, były dniami rozpusty... Objadaliśmy się ulubionym ciastem mojego brata, co wieczór jedliśmy chipsy, piliśmy pepsi. Chodziliśmy też do kawiarni na sheika waniliowego i do cukierni, po eklerki z bitą śmietaną. W domu oglądaliśmy telewizję, graliśmy w gry online, ja na jednym laptopie on na drugim, albo wspólnie, łączyliśmy siły, przeciw komuś innemu. Śmialiśmy się przy tym tyle, że aż nas brzuchy bolały. Wieczorem brat przyszedł do naszego pokoju i mówi: "Magda, my tak: hi, hi, hi, cha, cha, cha, że aż zapomniałem wziąć tabletek". A jak było cieplej, spacerowaliśmy z psem po parku.
Brat spędził u nas 5 dni. Przyjechali po niego rodzice z babcią. Dopiero drugi raz była babcia u nas. Przywiozła dla nas poszewki od kołdry i dziadka kijki nordic walking. Bardzo jej się podobało, jak mamy urządzone mieszkanie.
W tym czasie, niecierpliwie oczekiwałam na odpowiedni moment, aby zrobić test ciążowy. Zawsze okres mam regularnie, jak w zegarku, a spóźniał mi się już kilka dni. Niestety, wynik wyszedł negatywny. Bardzo rozczarowałam się. Kurcze, dlaczego zajście w ciążę jest takie trudne? Pierwsze, nieśmiałe starania, poczyniliśmy już w sierpniu, ale wtedy jeszcze, nie przykładaliśmy do tego, tak dużej wagi, nie staraliśmy się, aż tak bardzo. Teraz to się zmienia i czasami martwię się, że może nigdy nam się nie uda. Jestem zła, bo wszyscy w około mają dzieci a niekoniecznie mają warunki do tego, a u nas odwrotnie.
Brat pojechał a my musieliśmy wrócić do równowagi żywieniowej. Chcieliśmy spalić te nasze obżarstwo. Codziennie, chodziliśmy do lasu z kijkami, na 3 godziny. Po takim wysiłku, czuliśmy ogromny głód, ale mimo to, udało nam się wdrożyć w życie, nowy plan żywieniowy. Odnalazłam mój stary dziennik żywieniowy. Byłam w szoku, jak przeczytałam, co ja wtedy jadłam. Oczywiście, zero tłustych rzeczy, zero smażenia. Obiad był gotowany na parze i oprócz tego, jadłam mnóstwo owoców, warzyw i surówek. Aż nie mogłam pojąć, że kiedyś tym się zajadałam i bardzo mi to smakowało. Efekty takiego odżywiania były zniewalające. Schudłam wtedy ponad 20 kg.
W sobotę wzięłam się więc do roboty. Wyrzuciłam z kuchni takie śmieci jak: białe pieczywo, napoje gazowane, słodycze, śmietanę, sery żółte, masło, zwykłą herbatę. Zastąpiłam to ciemnym pieczywem z ziarnami, ogromną ilością pomarańczy, jabłek, bananów, brzoskwiń. Wyciągnęłam też z szafki zakurzony parowar i blender. Zamiast smażyć w oleju będę gotowała na parze. A gdy mam ochotę na coś słodkiego, wrzucam kilka owoców do blendera i po minucie mam pyszny koktajl owocowy. Staram się też pić, zdecydowanie więcej, wody niegazowanej i herbaty z pokrzywy i kopru włoskiego. Warto podkreślić, że to nie jest żadna dieta, bo będę jadła tyle co zawsze, tylko po prostu, zdrowe jedzenie. I nie tyle chodzi mi teraz o schudnięcie, ile o zmianę nawyków żywieniowych, bo to jest podstawa. Kiedy człowiek zacznie się zdrowo odżywiać, ma wtedy więcej energii, siły a co za tym idzie chudnie i czuje się bardziej zdrowszy i szczęśliwy. I oczywiście poza zdrowym odżywianiem równie ważny jest ruch. Więc są i od dawna były, spacery w parku, marsze po lesie. Ostatnio doszedł basen i gdy tylko pogoda się poprawi, chcę nadal kontynuować bieganie na stadionie. Poza tym, dzisiaj planujemy kupić orbiterek do ćwiczeń. Chciałabym pięknie wyglądać do wiosny. Trzymajcie kciuki.
Brat spędził u nas 5 dni. Przyjechali po niego rodzice z babcią. Dopiero drugi raz była babcia u nas. Przywiozła dla nas poszewki od kołdry i dziadka kijki nordic walking. Bardzo jej się podobało, jak mamy urządzone mieszkanie.
W tym czasie, niecierpliwie oczekiwałam na odpowiedni moment, aby zrobić test ciążowy. Zawsze okres mam regularnie, jak w zegarku, a spóźniał mi się już kilka dni. Niestety, wynik wyszedł negatywny. Bardzo rozczarowałam się. Kurcze, dlaczego zajście w ciążę jest takie trudne? Pierwsze, nieśmiałe starania, poczyniliśmy już w sierpniu, ale wtedy jeszcze, nie przykładaliśmy do tego, tak dużej wagi, nie staraliśmy się, aż tak bardzo. Teraz to się zmienia i czasami martwię się, że może nigdy nam się nie uda. Jestem zła, bo wszyscy w około mają dzieci a niekoniecznie mają warunki do tego, a u nas odwrotnie.
Brat pojechał a my musieliśmy wrócić do równowagi żywieniowej. Chcieliśmy spalić te nasze obżarstwo. Codziennie, chodziliśmy do lasu z kijkami, na 3 godziny. Po takim wysiłku, czuliśmy ogromny głód, ale mimo to, udało nam się wdrożyć w życie, nowy plan żywieniowy. Odnalazłam mój stary dziennik żywieniowy. Byłam w szoku, jak przeczytałam, co ja wtedy jadłam. Oczywiście, zero tłustych rzeczy, zero smażenia. Obiad był gotowany na parze i oprócz tego, jadłam mnóstwo owoców, warzyw i surówek. Aż nie mogłam pojąć, że kiedyś tym się zajadałam i bardzo mi to smakowało. Efekty takiego odżywiania były zniewalające. Schudłam wtedy ponad 20 kg.
W sobotę wzięłam się więc do roboty. Wyrzuciłam z kuchni takie śmieci jak: białe pieczywo, napoje gazowane, słodycze, śmietanę, sery żółte, masło, zwykłą herbatę. Zastąpiłam to ciemnym pieczywem z ziarnami, ogromną ilością pomarańczy, jabłek, bananów, brzoskwiń. Wyciągnęłam też z szafki zakurzony parowar i blender. Zamiast smażyć w oleju będę gotowała na parze. A gdy mam ochotę na coś słodkiego, wrzucam kilka owoców do blendera i po minucie mam pyszny koktajl owocowy. Staram się też pić, zdecydowanie więcej, wody niegazowanej i herbaty z pokrzywy i kopru włoskiego. Warto podkreślić, że to nie jest żadna dieta, bo będę jadła tyle co zawsze, tylko po prostu, zdrowe jedzenie. I nie tyle chodzi mi teraz o schudnięcie, ile o zmianę nawyków żywieniowych, bo to jest podstawa. Kiedy człowiek zacznie się zdrowo odżywiać, ma wtedy więcej energii, siły a co za tym idzie chudnie i czuje się bardziej zdrowszy i szczęśliwy. I oczywiście poza zdrowym odżywianiem równie ważny jest ruch. Więc są i od dawna były, spacery w parku, marsze po lesie. Ostatnio doszedł basen i gdy tylko pogoda się poprawi, chcę nadal kontynuować bieganie na stadionie. Poza tym, dzisiaj planujemy kupić orbiterek do ćwiczeń. Chciałabym pięknie wyglądać do wiosny. Trzymajcie kciuki.
poniedziałek, 9 stycznia 2012
Tydzień minął mi spokojnie.
W czwartek byłam u dentysty. Jestem pod ogromnym wrażeniem pani doktor i tych wizyt. Dentystka jest cudowna, ma podejście do pacjenta i naprawdę, nic nie boli. Zawsze bardzo bałam się stomatologa. Ten lęk wyniosłam z pewnością z dzieciństwa. A teraz zastanawiam się, czy przypadkiem mój lęk nie był taki wyolbrzymiony, czy co? Bo zawszę wychodzę od niej zadowolona i jednocześnie bardzo dumna z siebie.
W czwartek byłam u dentysty. Jestem pod ogromnym wrażeniem pani doktor i tych wizyt. Dentystka jest cudowna, ma podejście do pacjenta i naprawdę, nic nie boli. Zawsze bardzo bałam się stomatologa. Ten lęk wyniosłam z pewnością z dzieciństwa. A teraz zastanawiam się, czy przypadkiem mój lęk nie był taki wyolbrzymiony, czy co? Bo zawszę wychodzę od niej zadowolona i jednocześnie bardzo dumna z siebie.
Wytrwale staram się trzymać postanowień noworocznych, dotyczących uprawiania sportu, a tu pogoda chce mi popsuć plany. Na stadionie jest pełno wody, nie mam więc gdzie biegać. Poza tym od rana do wieczora ciągle pada deszcz.
Gdy w piątek, przestało padać, poszliśmy z Romkiem i Dzióbeczkiem do lasu. Słońce nieśmiało przebijało się przez chmury, powoli dookoła robi się zielono i ten zapach, jakby zbliżała się wiosna.
W sobotę znów padało, więc Romek sprzątał mieszkanie a ja leniuchowałam. Wieczorkiem wybraliśmy się do sklepu.
W niedzielę poszliśmy na basen. Było bardzo fajnie, ciepła woda, mało ludzi. Popływałam sobie, aż potem mięśnie mnie bolały. Byłam zmęczona, ale i bardzo zadowolona. Mam nadzieję, że częściej będziemy chodzili na basen.
Gdy w piątek, przestało padać, poszliśmy z Romkiem i Dzióbeczkiem do lasu. Słońce nieśmiało przebijało się przez chmury, powoli dookoła robi się zielono i ten zapach, jakby zbliżała się wiosna.
W sobotę znów padało, więc Romek sprzątał mieszkanie a ja leniuchowałam. Wieczorkiem wybraliśmy się do sklepu.
W niedzielę poszliśmy na basen. Było bardzo fajnie, ciepła woda, mało ludzi. Popływałam sobie, aż potem mięśnie mnie bolały. Byłam zmęczona, ale i bardzo zadowolona. Mam nadzieję, że częściej będziemy chodzili na basen.
poniedziałek, 5 grudnia 2011
Odwiedziny
Zdążyłam trochę pożalić się, że mało się ruszam a jeszcze tego samego dnia poszliśmy z Romkiem na stadion pobiegać. Ciężko biegało się, ale włączyłam głośną muzykę w słuchawkach, w telefonie, i jakoś udało mi się przebiec 5 okrążeń stadionu. Byłam z siebie bardzo zadowolona.
W piątek pojechałam do mojej uczelni odebrać dyplom. Szłam tą znienawidzoną przeze mnie drogą i ciągle sobie w głowie powtarzałam: "to już ostatni raz tam idę, ostatni raz". Jak fajnie to brzmi: "pani mgr Magdalena X" :) Nie myślałam, że kiedyś osiągnę to, że powiedzie mi się.
Potem postanowiłam pójść do nowo otwartej galerii handlowej, żeby kupić coś sobie na ślub siostry. Tak się złożyło, że w zeszłym miesiącu zapłaciliśmy ostatnią ratę kredytu, najstarszego brata Romka. Przez lata liczyliśmy grosz do grosza, płacąc za coś, czego nigdy na oczy nie widzieliśmy. Wiem, że teraz, też na pewno będziemy liczyć pieniądze, że nagle nie przestanie nam ich brakować, ale to już zawsze 1000 zł więcej i co najważniejsze, to będą nasze, własne wydatki. Tyle na to czekaliśmy.
W galerii tyle czasu chodziłam, oglądałam ciuchy, ale nic mi się nie podobało a poza tym, jakieś zwykłe bluzki kosztowały nawet 400 zł. Byłam już zrezygnowana, nie mogłam chodzić, bo tak mnie nogi bolały. Po kilku godzinach dołączył do mnie Romek i poszliśmy do restauracji na frytki i kurczaka a potem udaliśmy się do starej, sprawdzonej galerii. Tam, od razu, w drugim sklepie, do którego zaszliśmy, kupiłam sobie sukienkę. Sukienka jest jasnoróżowa z delikatną, czarną koronką. Potem poszliśmy jeszcze do sklepu dziecięcego kupić prezent dla dziecka, młodszego brata Romka. Ceny zabawek w tamtym sklepie również były przerażające. Nie było zabawek poniżej 100 zł, może kilka i to naprawdę bardzo małych. Ale kupiliśmy małemu piękny, duży, wóz strażacki. Kiedy szliśmy z tym wozem do kasy, pomyślałam, żeby Romek zadzwonił do brata, zapytać się, czy mały nie ma takiej zabawki, bo szkoda wydać tyle kasy na coś, co on może ma. Jednak szwagier powiedział, żebyśmy czasem nie kupowali betoniarek i śmieciarek, bo mały tego ma pełno a żebyśmy kupili może wóz strażacki. A my w śmiech, bo właśnie w ręku trzymaliśmy tą zabawkę. Potem okazało się, że mamy mnóstwo czasu do pociągu to jeszcze raz wróciliśmy się do nowej galerii, kupiłam sobie kolczyki, pierścionek i czapkę a dla Romka marynarkę. Kupiliśmy też koszulę na prezent świąteczny dla mojego brata.
Na następny dzień spodziewaliśmy się gości: teściów, młodszego brata mojego męża, jego żonę i synka. Ich chłopiec jest naprawdę fajnym dzieckiem. Niczego się nie wstydził, gaduła niesamowity, cały czas uśmiechał się. I ciocię cały czas przytulał i wujka, za zabawkę wycałował. A potem zaglądał do miejsca, skąd wyciągnęliśmy zabawkę, czy czasem jeszcze nie ma tam dla niego niespodzianki. Kiedy zaczął wygłupiać się i trochę rozrabiać to szwagier zabrał mu zabawkę. A on spuścił oczka i mówi: "tatusiu przepraszam, przepraszam, będę już grzeczny". A gdy odjeżdżali to zapytał się, czy tą zabawkę, którą dostał od nas, może wziąć do domu. Nie wiedział, czy to jest już jego. I mnie się o to pytał, potem Romka. Naprawdę, uroczy chłopak. Ma niespełna trzy latka a taki już mądry.
Po ich wizycie załapałam doła. Szwagier i jego żona stwarzają obraz IDEALNEJ rodziny. Oboje bardzo się kochają i nie kryją się z okazywaniem uczuć. Mają mieszkanie, co prawda niewłasnościowe, ale są samodzielni, są też bardzo religijni. On pracuje i ona. Mają wspaniałego synka. Dzieckiem zajmuje się teściowa. My mamy własne mieszkanie, też jesteśmy samodzielni, ale nikt nam w niczym nie pomaga. Romek pracuje ja nie. Pomimo tego, że przez lata spłacaliśmy kredyt ich najstarszego brata, jakoś sobie radziliśmy. W naszym związku też jest wszystko w porządku, ale do szczęścia brakuje nam jeszcze maleństwa. Tymczasem oni planują już drugie. Mam żal do nich wszystkich, że my tyle lat spłacaliśmy kredyt ich brata a tymczasem oni obchodzą się z nim jak z jajkiem. Szwagier, ten, którego płaciliśmy kredyt, zamieszkał z teściami a oni w ogóle zachowują się tak, jakby nic się nie stało. A on nawet nie raczył zadzwonić, przeprosić, czy jakąkolwiek pomoc zaoferować, przy spłacie tego kredytu. Przecież to nie był nasz kredyt tylko jego. I właśnie przez niego mamy zepsute relacje z całą ich rodzinką, bo nie mam do nikogo najmniejszego zaufania. I z bólem to muszę przyznać, bo wiem, że Romek ich kocha, ale ja czuję czuję awersję do tej rodziny. Tymczasem oni zgrywają szczęśliwą rodzinkę a to my, najbardziej pokrzywdzeni, JESTEŚMY WYKLUCZENI, nikt nie liczy się z naszymi uczuciami.
Dziewczyny, co myślicie? Może powinnam zapomnieć o tym kredycie? I udawać się, że nic się nie stało? Że wszyscy się kochamy i jest nam bardzo dobrze ? I może powinniśmy zajeżdżać do teściów, pomimo obecności tam szwagra? Kilka lat tam nie zajeżdżaliśmy, dopiero w tegoroczne wakacje, zrobiłam to dla Romka i pojechaliśmy tam, jak szwagier był w pracy. Ale to chyba on powinien nas unikać a nie my jego?
W piątek pojechałam do mojej uczelni odebrać dyplom. Szłam tą znienawidzoną przeze mnie drogą i ciągle sobie w głowie powtarzałam: "to już ostatni raz tam idę, ostatni raz". Jak fajnie to brzmi: "pani mgr Magdalena X" :) Nie myślałam, że kiedyś osiągnę to, że powiedzie mi się.
Potem postanowiłam pójść do nowo otwartej galerii handlowej, żeby kupić coś sobie na ślub siostry. Tak się złożyło, że w zeszłym miesiącu zapłaciliśmy ostatnią ratę kredytu, najstarszego brata Romka. Przez lata liczyliśmy grosz do grosza, płacąc za coś, czego nigdy na oczy nie widzieliśmy. Wiem, że teraz, też na pewno będziemy liczyć pieniądze, że nagle nie przestanie nam ich brakować, ale to już zawsze 1000 zł więcej i co najważniejsze, to będą nasze, własne wydatki. Tyle na to czekaliśmy.
W galerii tyle czasu chodziłam, oglądałam ciuchy, ale nic mi się nie podobało a poza tym, jakieś zwykłe bluzki kosztowały nawet 400 zł. Byłam już zrezygnowana, nie mogłam chodzić, bo tak mnie nogi bolały. Po kilku godzinach dołączył do mnie Romek i poszliśmy do restauracji na frytki i kurczaka a potem udaliśmy się do starej, sprawdzonej galerii. Tam, od razu, w drugim sklepie, do którego zaszliśmy, kupiłam sobie sukienkę. Sukienka jest jasnoróżowa z delikatną, czarną koronką. Potem poszliśmy jeszcze do sklepu dziecięcego kupić prezent dla dziecka, młodszego brata Romka. Ceny zabawek w tamtym sklepie również były przerażające. Nie było zabawek poniżej 100 zł, może kilka i to naprawdę bardzo małych. Ale kupiliśmy małemu piękny, duży, wóz strażacki. Kiedy szliśmy z tym wozem do kasy, pomyślałam, żeby Romek zadzwonił do brata, zapytać się, czy mały nie ma takiej zabawki, bo szkoda wydać tyle kasy na coś, co on może ma. Jednak szwagier powiedział, żebyśmy czasem nie kupowali betoniarek i śmieciarek, bo mały tego ma pełno a żebyśmy kupili może wóz strażacki. A my w śmiech, bo właśnie w ręku trzymaliśmy tą zabawkę. Potem okazało się, że mamy mnóstwo czasu do pociągu to jeszcze raz wróciliśmy się do nowej galerii, kupiłam sobie kolczyki, pierścionek i czapkę a dla Romka marynarkę. Kupiliśmy też koszulę na prezent świąteczny dla mojego brata.
Na następny dzień spodziewaliśmy się gości: teściów, młodszego brata mojego męża, jego żonę i synka. Ich chłopiec jest naprawdę fajnym dzieckiem. Niczego się nie wstydził, gaduła niesamowity, cały czas uśmiechał się. I ciocię cały czas przytulał i wujka, za zabawkę wycałował. A potem zaglądał do miejsca, skąd wyciągnęliśmy zabawkę, czy czasem jeszcze nie ma tam dla niego niespodzianki. Kiedy zaczął wygłupiać się i trochę rozrabiać to szwagier zabrał mu zabawkę. A on spuścił oczka i mówi: "tatusiu przepraszam, przepraszam, będę już grzeczny". A gdy odjeżdżali to zapytał się, czy tą zabawkę, którą dostał od nas, może wziąć do domu. Nie wiedział, czy to jest już jego. I mnie się o to pytał, potem Romka. Naprawdę, uroczy chłopak. Ma niespełna trzy latka a taki już mądry.
Po ich wizycie załapałam doła. Szwagier i jego żona stwarzają obraz IDEALNEJ rodziny. Oboje bardzo się kochają i nie kryją się z okazywaniem uczuć. Mają mieszkanie, co prawda niewłasnościowe, ale są samodzielni, są też bardzo religijni. On pracuje i ona. Mają wspaniałego synka. Dzieckiem zajmuje się teściowa. My mamy własne mieszkanie, też jesteśmy samodzielni, ale nikt nam w niczym nie pomaga. Romek pracuje ja nie. Pomimo tego, że przez lata spłacaliśmy kredyt ich najstarszego brata, jakoś sobie radziliśmy. W naszym związku też jest wszystko w porządku, ale do szczęścia brakuje nam jeszcze maleństwa. Tymczasem oni planują już drugie. Mam żal do nich wszystkich, że my tyle lat spłacaliśmy kredyt ich brata a tymczasem oni obchodzą się z nim jak z jajkiem. Szwagier, ten, którego płaciliśmy kredyt, zamieszkał z teściami a oni w ogóle zachowują się tak, jakby nic się nie stało. A on nawet nie raczył zadzwonić, przeprosić, czy jakąkolwiek pomoc zaoferować, przy spłacie tego kredytu. Przecież to nie był nasz kredyt tylko jego. I właśnie przez niego mamy zepsute relacje z całą ich rodzinką, bo nie mam do nikogo najmniejszego zaufania. I z bólem to muszę przyznać, bo wiem, że Romek ich kocha, ale ja czuję czuję awersję do tej rodziny. Tymczasem oni zgrywają szczęśliwą rodzinkę a to my, najbardziej pokrzywdzeni, JESTEŚMY WYKLUCZENI, nikt nie liczy się z naszymi uczuciami.
Dziewczyny, co myślicie? Może powinnam zapomnieć o tym kredycie? I udawać się, że nic się nie stało? Że wszyscy się kochamy i jest nam bardzo dobrze ? I może powinniśmy zajeżdżać do teściów, pomimo obecności tam szwagra? Kilka lat tam nie zajeżdżaliśmy, dopiero w tegoroczne wakacje, zrobiłam to dla Romka i pojechaliśmy tam, jak szwagier był w pracy. Ale to chyba on powinien nas unikać a nie my jego?
poniedziałek, 13 czerwca 2011
Sesja
Jestem bardzo zestresowana sesją i moją magisterką. Na razie wszystko idzie do przodu, brakuje mi jeszcze 4 zaliczeń. Najgorzej idzie mi pisanie pracy. Mam nadzieję, że wyrobię się do końca czerwca, ewentualnie września. Nie mogę uwierzyć, że to już koniec studiów. Za dwa tygodnie odbędzie się absolutorium, byłam więc na zakupach i kupiłam spódnicę, marynarkę, bluzkę, kolczyki i naszyjnik. Zaprosiłam na uroczystość rodziców i brata. Tata jest obecnie w pracy w Niemczech, prawie na drugim końcu granicy i specjalnie przyjedzie na tę okazję.
Nadal z Romkiem biegamy, jednak efektów biegania nie widać, bo niestety zajadam stres. Kondycję mam, biegnę już przez pół godziny, ale niestety nie chudnę. Chyba dopiero zacznę inaczej odżywiać się jak skończę te studia i będę miała trochę spokoju.
Z Dzióbeczkiem jest już dobrze. To nie było uczulenie, tylko maszynka podrażniła jego skórę tak, że miał ranki. Biedny, cały czas lizał się i lizał, skóra go piekła, był nerwowy i wystraszony, bo nie wiedział co się dzieje, wcale nie mógł spać. Ale już "wrócił" mój Dzióbuś . Znów bawi się, rozrabia, podgryza swoją panią, smacznie śpi. Mały znalazł sobie nowe miejsce do spania, nasze łóżko. Na początku pozwoliliśmy mu z nami spać, bo myśleliśmy, że chłopakowi jest zimno po tym strzyżeniu, ale teraz to on się już przyzwyczaił. Ile razy zdejmujemy go z łóżka to on wskakuje na nie i chce do środka a potem strasznie się rozspycha...
Ooooo, zobaczcie jak mu dobrze :))
poniedziałek, 9 maja 2011
Pesymistycznie
Odkąd wróciliśmy do domu nie mam nastroju. Jestem rozdrażniona, przybita. Mam świadomość tego, że muszę w końcu napisać pracę, a kompletnie nie potrafię się do tego zmusić! To mnie przeraża…
Dlatego dziwię się, że mam mnóstwo energii, żeby pójść pobiegać. Znowu polubiłam to. Głośna muzyka w uszach i śmigam jedno okrążenie stadionu za drugim… Już nawet gubię się w liczeniu okrążeń :)
Niedawno Romek poruszył temat tego, co chciałabym robić po studiach, jakie mam plany. Oczywiście, chciałabym pracować w zawodzie, ale na to nie mam szans. Dziewczyny z mojej grupy po całej Polsce wysyłają CV i nikt im nie odpowiada. W każdej szkole słyszą to samo: polonistów nikt nie potrzebuje. A ja nawet nie mam pewności czy studia skończę w terminie! Zastanawiam się, czy w ogóle pójść na absolutorium.
Romek chciałby już zostać tatusiem… Ja o maleństwu również marzę, ostatnio jest to niemal moja obsesja, ale naprawdę brakuje mi siły na co dzień i wiary w siebie… Nie wiem, czy dałabym radę zająć się maleństwem. Chyba sama potrzebuję pomocy.
piątek, 25 marca 2011
Urodziny spędziłam w rodzinnym gronie. Coś tak miałam przeczucie, żeby upiec ciasto. Po chwilach wahania mąż pojechał w niedzielę na szkolenie, ale jak dowiedział się, że będziemy mieli gości urwał się. A co! Przecież trzeba uhonorować wielowiekową tradycję i zrobić sobie wagary ;) Od taty i brata dostałam śliczne róże, dziadek zadzwonił z pięknym, urodzinowym wierszem :)
Na uczelni nudy, każdy już trochę olewa sobie naukę. Ja ciągle męczę się z pisaniem pracy. Chyba muszę mieć cały czas bata nad sobą, ponieważ jak denerwuję się, że nie zdążę napisać pracy, to pisanie idzie mi błyskawicznie. Natomiast, gdy poczuję trochę luzu to marnotrawię czas i mam ogromne wyrzuty sumienia z tego powodu…
Z mężem nadal biegamy na stadionie. Właśnie trochę pogubiłam się, nie wiem czy to już 3. czy 4. tydzień. Do biegania zmotywowałam się tym bardziej, że w lusterku widać już pierwsze efekty - giną okropne boczki :) Daję już radę przebiec 4 okrążenia stadionu - to prawie 2 km.
A tak poza tym, dużo się dzieje u moich rodziców i mojej siostry, ale niestety jakoś nie chce mi się o tym pisać. W ogóle ostatnio zmuszam się do tego, żeby tutaj napisać parę słów.
piątek, 11 marca 2011
Jak szybko ten czas mija...
Bardzo szybko mija mi tydzień za tygodniem, aż nie nadążam. Niestety, mam ostatnio dużego lenia. Słońce tak pięknie świeci a mi zupełnie nie chce się już jeździć na zajęcia. O 13.30 chciałabym wracać do domku a nie dopiero rozpoczynać zajęcia.
Romek dużo pracuje, coraz częściej zostaje dłużej w pracy. Nie mamy czasu, żeby pójść na spacer i nacieszyć się nowym aparatem. Jednak, na stadion wytrwale chodzimy pobiegać. Kupiłam sobie mp3 i specjalne słuchawki, żeby nie wypadały z uszu podczas biegania. Przy głośnej muzyce zdecydowanie lepiej się biega, mam więcej siły. Jak mam poczucie, że zmarnowałam cały dzień, na byle czym i jestem przybita z tego powodu, wystarczy pójść trochę pobiegać i od razu zmienia się całe moje nastawienie...
W tym tygodniu złożyliśmy wniosek o wykup mieszkania, no i czekamy.
Z niecierpliwością oczekujemy już Wielkanocy. Dopiero wtedy będziemy mieli okazję wspólnie poleniuchować, odpocząć. Myślimy o tym, żeby pojechać do moich rodziców…
wtorek, 2 listopada 2010
Chcę schudnąć
Zawsze byłam bardzo zgrabną dziewczyną. Niestety, na studiach to się zmieniło. Zmienił się zupełnie mój tryb życia (na siedzący), zaczęłam inaczej odżywiać się. Nie miałam czasu, żeby przygotować sobie coś wartościowego do jedzenia, tylko opychałam się jakimiś chemicznymi produktami. Aby tylko było szybko i prosto. I w trakcie studiów przytyłam, ponad 20 kg. Oczywiście, widać było, że mam więcej tu i tam, ale potrafiłam się odpowiednio ubrać, dobrze ukrywałam ten tłuszcz. Jednak czułam się bardzo źle psychicznie. W pewnym momencie, wszystko zaczęło walić się, w każdej dziedzinie mojego życia. Źle mi było, źle się czułam w swoim ciele, na studiach przestałam sobie radzić i w małżeństwie było okropnie.
Nie wiem jak to się stało, ale 13. października 2008 roku coś we mnie pękło. Nie chciałam już tak dalej żyć. Postanowiłam działać. Nie wiem skąd znalazłam w sobie tyle siły, ale radykalnie zaczęłam wszystko zmieniać. Począwszy od jedzenia. Zaczęłam czytać etykiety, kupować zdrową żywność, mnóstwo warzyw i jeszcze więcej owoców. Zrezygnowałam ze smażenia na oleju i z napojów gazowanych. Słodycze zastąpiłam pysznymi koktajlami owocowymi. Codziennością stały się czterogodzinne marsze. Po miesiącu mogłam już biegać przez pół godziny. W tym czasie często też chodziłam na basen, vacu line i do sauny. Zimą, gdy przyszły mrozy 20-stopniowe, ja szłam na stadion pobiegać, nie mogłam już inaczej. Miałam to już we krwi. I tym sposobem, w ciągu trzech miesięcy, schudłam ponad 20 kg! Podkreślić trzeba, że wcale nie głodziłam się, nie byłam na żadnej diecie. Oczywiście, mąż towarzyszył mi w tym wszystkim. Nasze życie zmieniło się o 180 stopni. Wtedy tak naprawdę, po raz pierwszy, poczułam że jestem szczęśliwa. Jednak w tamtym okresie miałam przerwę w studiowaniu, miałam więc czas na sport.
Po powrocie na studia, tego czasu było zdecydowanie mniej. Powróciły stresy a ja nie umiałam sobie z tym poradzić. Poszłam na łatwiznę, znów zaczęłam opychać się czekoladami, frytkami itp. I tak minął rok... Na początku tego roku mieliśmy mnóstwo spraw na głowie: nowe mieszkanie, generalny remont, przeprowadzka. O sporcie nie było nawet czasu pomyśleć. Moja waga zdecydowanie poszła, a raczej skoczyła, w górę. 15 kg!
Teraz chcę znowu zgubić te kilogramy. Może nie wyglądam grubo, ale strasznie brzuch mi odstaje a ostatnio jak założyłam dżinsy zauważyłam okropne wałki, które wylewają mi się ze spodni! Poza tym, wszystkie dziewczyny z mojej nowej grupy są szczupłe. Nawet nie szczupłe, wręcz chude. To dodatkowo mnie motywuje. Jak któregoś dnia wróciłam z uczelni, weszłam prosto do kuchni i wylałam olej z frytkownicy a frytkownicę dałam mężowi, żeby schował ją przede mną dopiwnicy.
W piątek poszłam z Romkiem pobiegać. Mimo to, że prawie 1,5 roku nie biegałam i pomimo takiej nadwagi, dałam radę przebiec dwa okrążenia stadionu. To prawie kilometr. Miałam nawet siłę, żeby jeszcze pobiegać, ale nie chciałam przesadzać, bo nogi robiły mi się już miękkie. W sobotę spacerowaliśmy 3 godziny w lesie, w niedzielę 6 godzin i dzisiaj 3 godziny. Tak w ogóle, planujemy dwa razy w tygodniu (w zwykłe dni) biegać na stadionie a w sobotę i niedzielę w lesie. Wiem, że teraz będzie mi trudniej schudnąć, bo mam studia na głowie, mnóstwo czytania, pisanie pracy, dojeżdżanie, ale muszę to wszystko jakoś pogodzić. Bo w zdrowym ciele zdrowy duch.
„ Motywacja jest tym copozwala Ci zacząć.
Nawyk jest tym, copozwala Ci wytrwać ”.
niedziela, 6 grudnia 2009
O bieganiu
Kondycja już nie ta. Nie ma się co dziwić, dawno nie biegałam. Przebiegłam 2 okrążenia na stadionie i nogi zrobiły mi się miękkie jak z waty. Następne okrążenie przemaszerowałam a potem rozkręciłam się i przebiegłam jeszcze 3 okrążenia. Następnego dnia mogłam przebiec już 6 okrążeń stadionu. W piątak było podobnie. Chociaż miałam pokusę, żeby przestać dalej biec, bo zwyczajnie nie chciało mi się. Pokonałam jednak te myśli i moje słabości. Byłam bardzo zadowolona z siebie i dumna. W sobotę i niedzielę był dwugodzinny marsz do lasu. Dawno nie byłam tak przyjemnie zmęczona . Jak NIEWIELE TRZEBA ŻEBY BYĆ SZCZĘŚLIWYM. Przez cały dzień uśmiecham się sama do siebie, bez żadnego powodu i nucę coś pod nosem.
Mężusiowi kupiłam pod choinkę odzież termoaktywną do biegania :)
środa, 2 grudnia 2009
Takie tam
Mimo że, siedzę w domu i raczej nic nie robię czas szybko mija. Wydaje mi się, że tak niedawno była Wigilia, a już niedługo znowu będzie. Odczuwa się już atmosferę świąteczną, widać lampki, ozdoby świąteczne, choinki w sklepach.
Święta planujemy spędzić u mojej rodziny. Prezenty świąteczne mamy już zakupione: dla mamy i siostry kupiliśmy gruby naszyjnik, dla brata zegarek sportowy, dla taty szalik i jeszcze pozostało coś kupić dla nas.
A tak w ogóle to nie najlepiej się czuję, dołuję się moją wagą. Jeszcze w styczniu ważyłam 63 kg, teraz ważę prawie 69. Muszę zrzucić ok. 10 kg. Nogi już nas nie bolą dlatego od dzisiaj zaczynamy znowu biegać. A tu zbliżają się święta, na pewno będzie leniuchowanie i objadanie się… Nie wiem jak to zrobiłam, że wtedy schudłam tak dużo.
czwartek, 12 listopada 2009
Moje uzależnienie
Książki, których naczytałam się o zdrowym odżywianiu i zasady których przestrzegałam, to wszystko, czego nauczyłam się poszło w las. Teoria sobie i praktyka sobie. Zaczęło się chyba od mojej sesji egzaminacyjnej, nie mogłam poradzić sobie ze stresem. Na pocieszenie zaczęłam kupować sobie ptasie mleczko, deserki, słodycze no i moje ukochane frytki. Nie wiem, kiedy to wszystko wymknęło się spod kontroli. Nie mogę się powstrzymać, żeby nie zjeść przepysznych frytek z sosem czosnkowym Winiary , z cebulką lub jakąś surówką. Objadam się tym prawie codziennie i nie mogę przestać. A kiedy zjem je już, mam ogromny dół psychiczny i ogromne wyrzuty sumienia. Mężowi przysięgam, że już więcej nie kupię a po kryjomu robię to. Chociaż wybieram mniejsze zło, bo nie smażę ich w głębokim oleju, tylko w mikrofalówce, ale i tak zdążyłam przytyć 3 kg (?), widać że moje niektóre spodnie zrobiły się przyciasne. Poza tym od lata bardzo ciężko jest zmobilizować mi się do biegania, nawet na wieczorny marsz mąż musi nieźle natrudzić się, żebym poszła z nim. Mam gorszy nastrój, stałam się bardziej nerwowa i ostatnio cierpię na bezsenność. Nie chce ruszyć mi się tyłka, wychodzę tylko na spacer z psem. Wolę siedzieć w domu i czytać książki. Na pewno stąd biorą się częstsze kłótnie, kłócimy się czasami nawet bez żadnego powodu. To moja wina.
czwartek, 17 września 2009
Przygotowania
Mam nadzieję, że kto chciał, to znalazł do mnie drogę. Stwierdziłam, że nadszedł czas na małą zmianę mojego bloga, bo od kiedy założyłam bloga, moje życie zmieniło się o 360 stopni, więc niektóre treści były już dawno nieaktualne.
Ostatnie dni czasu wolnego mijają bardzo szybko. Czas ten spędzam bardzo przyjemnie i aktywnie. Z Dzióbkiem obowiązków mi nie brakuje. Codzienne czesanie i pielęgnacja, częste spacery, mnóstwo przytulania i głaskania, bo cały czas domaga się miłości i do tego trzeba go pilnować jak małe dziecko. Można powiedzieć, że jest szalony, jak to szczeniak, dużo biega, wygłupia się, trzeba uważać, żeby sobie krzywdy nie zrobił. Cały czas domaga się siedzenia na kolanach lub szczeka, żeby tylko dostać się do naszej pościeli. Mamy więc z nim bardzo wesoło.
I właśnie po części z tego powodu, nie miałam czasu na zakupy, a przecież trzeba powoli szykować się na uczelnię. Garderoby jesiennej i zimowej w ogóle nie mam, bo oddałam wszystkie ubrania, ponieważ były na mnie za duże. Kupiłam więc sobie na allegro piękną skórzaną kurtkę, buty skórzane i jedną apaszkę w panterkę. Mam na oku jeszcze kilka innych apaszek, ale muszę się jeszcze powstrzymać. Zaopatrzyłam się też w siedem sweterków, na razie przysłali mi dwa, są bardzo eleganckie. Cieszę się, że już niedługo skończy się laba, przecież trzeba być wśród ludzi i zająć się czymś konkretnym, ale też trochę martwię się o Dzióbka, bo całe dni będzie musiał być sam a on jest jeszcze taki malutki.
Poza tym passa do sportu powróciła. Co prawda, biegamy z mężem dopiero od kilku dni, ale motywację mamy ogromną. Latem miałam wyrzuty sumienia, zupełnie niepotrzebnie, że odpuściłam bieganie, ale przecież było tak gorąco i zwyczajnie nie chciało się a teraz to jest prawdziwa przyjemność. Pod wieczór chodzimy na stadion, mnóstwo ludzi jest o tej porze, też biegają, więc w większym gronie raźniej się biega. Głupio po kilku okrążeniach poddać się, więc trzeba dalej biec ;) Biegam ok. 4 km. W zeszłym roku, 13. października, zaczynałam od marszu, trwało to kilka tygodni, nawet jednego okrążenia stadionu nie byłam w stanie zrobić. Co ja piszę?! Nawet pół okrążenia nie mogłam przebiec! Wtedy też przywiozłam do domu moje ulubione, stare spodnie, które miałam na sobie zaledwie kilka razy, ale przytyłam, więc leżały przez kilka lat w szafie. Na początku moim celem było schudnąć tak, abym włożyła te spodnie, nawet przez biodra nie mogłam ich wcisnąć. Myślałam sobie, że jak będę w stanie je kiedyś założyć, to już nie będę chciała więcej schudnąć, że ten rozmiar mi wystarczy. Dziś i te spodnie mi zjeżdżają z tyłka a ja chcę jeszcze schudnąć, ok. 8-10 kg. Wierzę, że się uda.
wtorek, 11 sierpnia 2009
Lenistwo
Jak ten czas szybko mija. Mężowi już urlop minął, dzisiaj pierwszy dzień jest w pracy a ja już tęsknię za nim! Dobrze, że mam jeszcze Dzióbka :) Mnóstwo czasu spędzamy razem, wychodzimy już na pierwsze spacerki.
W zeszłym tygodniu trochę chorowałam, miałam gorączkę. Przestaliśmy też biegać, bo jest za gorąco a ja już zdążyłam przytyć 4 kg! We wrześniu trzeba będzie wziąć się za siebie, bo teraz nic się nie chce.
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Wakacje i nasze plany
Cały czas uczyłam się i uczyłam teraz, aż dziwnie czuję się, bo nie mam już nic do nauki. Dzisiaj miałam egzamin, wyniki będą być może w czwartek, ale jestem dobrej myśli. Odpowiedziałam na wszystkie pytania. Może choć raz będę miała spokojne wakacje i będę mogła skupić się na sobie.
Nasze plany na wakacje ciągle zmieniały się z różnych przyczyn i finansowych i rodzinnych, ale w końcu postanowiliśmy, że zostajemy w domu. Nareszcie będziemy mieli czas na systematyczne bieganie, na przejażdzki rowerowe, na basen, na długie spacery... A spacery na pewno będą długie i częstsze, gdyż za 3 tygodnie będziemy mieli pieska, Shih Tzu. Chociaż waham się, czy słuszną podjęliśmy decyzję z zakupem pieska. Oboje z R. chcemy jeszcze zgubić kilka kilogramów. Planujemy też krótkie wyjazdy nad morze. Chcemy w końcu pooglądać filmy, poleniuchować trochę beztrosko, poczytać książki na które ostatnio nie było w ogóle czasu. Takie są nasze plany.
Zaraz zobaczę co słychać u Was. Tyle czasu mnie nie było u Was, że stęskniłam się a potem zabieram się za porządki.
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
I po świętach
Święta minęły, chociaż dla mnie nie miało większego znaczenia, że to były święta. Najważniejsze jest to, że R. nie musiał jechać do pracy i mogliśmy ten czas spędzić wspólnie. Przygotowań świątecznych też żadnych nie robiłam, nawet nie malowałam jajek, tylko zrobiłam trochę więcej zakupów i po raz kolejny porządki w szafie. Musiałam oddać znowu za duże ciuchy. Schudłam 20 kg, cały czas wymieniam garderobę i mam z tym olbrzymi problem. Ubrania, które teraz kupuję, po miesiącu znów robią się luźne. Od kilku tygodni ruszam się jeszcze więcej, ponieważ pogoda jest cudowna i cały czas chudnę :))
A do Kościoła nie chodzę, nawet w święta. Mam pomieszane w głowie, mam mnóstwo wątpliwości i pytań na które muszę znaleźć odpowiedź. Kiedyś byłam osobą bardzo religijną, w każdą niedzielę chodziłam do Kościoła a latem na piesze pielgrzymki do Częstochowy. Wszystko zmieniło się. A kiedy jeszcze miałam pisać pracę magisterską na temat związany z Kościołem i zaczęłam zbierać materiały, wgłębiać się w lektury, doznałam szoku. Zdałam sobie sprawę jaki Kościół jest obłudny, zakłamany, pełen nienawiści i zawiści do osób które mają inne zdanie. Nie chodzę do Kościoła, ponieważ nie wierzę w Kościół, w księży. Wierzę w Boga.
Święta spędziłam odpoczywając, oczywiście aktywnie. Spacerowaliśmy bardzo dużo z mężem po lesie, biegaliśmy, jeździliśmy rowerami. Wieczorami oglądaliśmy filmy, co zdarza nam się bardzo rzadko, bo zazwyczaj po bieganiu od razu bierzemy prysznic i szybko zasypiamy ze zmęczenia. Byli także u nas moi rodzice z bratem i miło spędziliśmy czas. A Wam Kochane jak minęły święta? Pozdrawiam Was słonecznie :))
czwartek, 5 marca 2009
Stresujący tydzień
Rozpoczął się nowy semestr. W niedzielę oka nie zmrużyłam, kręciłam się z boku na bok, było mi bardzo gorąco, o 4. nad ranem już wstałam. Nie potrafię radzić sobie ze stresem, jak mi wejdzie coś do głowy to siedzi tam i siedzi. Nie mogę przestać o tym myśleć ani nic robić. Strach paraliżuje mnie a wtedy wpadam w panikę, że coś jeszcze muszę zrobić, że mogę nie zdążyć, albo o czymś zapomnieć. Przez cały tydzień strasznie głowa mnie bolała. Może znacie jakiś skuteczny sposób, żeby tak bardzo nie stresować się wszystkim??? R. wykazywał się dużą cierpliwością wobec mnie, zrozumieniem mojego dziwnego humoru oraz ogromnym wsparciem. Jemu serduszko biło tak mocno, jakby to on miał wrócić na uczelnię J
Byłam u wykładowców z prośbą o przepisanie ocen, żebym nie musiała znowu chodzić na zajęcia, w końcu kiedyś to już zaliczyłam. Wszyscy się zgodzili, nie było żadnego problemu. Muszę tylko chodzić na ten przedmiot z którego baba mnie usadziła. Całe szczęście w tym tygodniu nie było jej. Wkurzyła mnie koleżanka, zaczęła już mnie wykorzystywać. Zadzwoniłam do niej z pytaniem co u niej słychać, temat zeszedł nam na sprawy uczelniane. Ona nagle wyszła z propozycją, że skoro jest na miejscu ( mieszka tam, gdzie jest nasza uczelnia), więc pójdzie jutro zapytać się o możliwość przepisania oceny również dla mnie i mówi do mnie: kochana, co będziesz przyjeżdżała specjalnie na jeden przedmiot. Obiecała od razu napisać do mnie, co załatwiła. Byłam w szoku, bo na nią nigdy nie można było liczyć, a do mnie pisała i dzwoniła tylko wtedy, gdy miała jakąś prośbę. Pomyślałam, że zmieniła się, w końcu tyle czasu minęło odkąd widziałyśmy się. Jednak nie napisała. W nocy dopiero przysłała informację, że muszę iść sama, bo trochę ciężko jej było wytłumaczyć pani dr o co jej chodzi (a sobie wpis załatwiła! ). Będę więc musiała iść za tydzień i czekać na uczelni 6 godzin na ten wykład, ponieważ mam taką długą przerwę między zajęciami. Z rana dostałam następnego smsa od niej z prośbą( !) , abym ja w jej imieniu poprosiła wykładowcę o przepisanie oceny. Więc to o to chodzi: odpisała mi w nocy dlatego, bo przypomniało jej się, że będzie miała do mnie prośbę. Dzisiaj też już mnie prosiła, żebym jutro poszła do następnego wykładowcy w jej imieniu, żebym poszła do dziekanatu zapytać się o to i o tamto. Mam iść za nią, pytać się, prosić, bo ona siedzi w bufecie ?! Potem ponad 1,5 godziny czekałabym na pociąg. Ja z natury jestem osobą spokojną, naprawdę nie przeszkadzałoby mi to, że idę gdzieś w jej imieniu, ale dlaczego ona nie jest w porządku wobec mnie? Nie wiem, o co jej chodzi.
Ostatnio mało biegałam. Niestety pogoda sprawiała, że nie było możliwości: najpierw był straszny mróz, który zaczął mnie zniechęcać, bałam się, że tuż przed powrotem na studia rozchoruję się. Potem śnieg zasypał całą bieżnię, nikt nie odśnieżał, potem było błoto. Co weekend chodzę z R. do lasu, ok. 8 km, ale to dla mnie mało. Zaplanowałam, że jak będzie troszkę cieplej będę biegała częściej, nawet 2 razy dziennie i trochę dłużej. Chciałabym kiedyś pobiec w jakimś maratonie.
Wreszcie nadszedł długo oczekiwany weeeeekeeeeend… J
poniedziałek, 2 lutego 2009
Wspólne leniuchowanie
Styczeń szybko minął, nawet nie wiem kiedy. Zaraz znowu pójdę na uczelnię, coraz częściej o tym myślę... Trochę denerwuję się, ale też nie mogę doczekać się. Może wtedy odpędzę myśli o dzidzi.
Mój R. zachorował, miał 39.5 stopni gorączki. Dostał zwolnienie lekarskie na tydzień. Cały czas opiekowałam się nim. Tydzień bardzo szybko nam minął. Nic nie robiliśmy, tylko leniuchowaliśmy. Jemu odpoczynek jak najbardziej należał się, od jakiegoś czasu był przemęczony pracą. Pozwoliliśmy sobie na małe łakocie, mianowicie na wafelki, chipsy i pepsi. Muszę przyznać, że po tak długiej przerwie, jak nie je się tego, już to nie smakuje :) . Przez 3 tygodnie nie biegaliśmy z powodu ślizgawicy a moja waga nie zmieniła się. Gdy R. wyzdrowiał kupił mi nowego laptopa SAMSUNGA NC 10.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
