Wbrew wielu opiniom na temat pojawienia się drugiego dziecka na świecie, stwierdzam, że wcale nie jest tak źle i ciężko, jak słyszałam. Oczywiście jest dwa razy więcej pracy, dwa razy więcej obowiązków, sprzątania, prania. Trzeba bardziej się poświęcać. Trzeba włożyć więcej uwagi i troski w opiekę i wychowanie. Jest mniej czasu dla siebie, albo w ogóle brak tego czasu - jak w moim przypadku. Samo przygotowanie do wyjścia na spacer pochłania mnóstwo czasu. Najpierw muszę nakarmić młodszego i zmienić mu pieluszkę, potem wyszykować starszego, potem znów małemu zmienić pieluszkę i ewentualnie jeszcze raz nakarmić, żeby dobrze spało mu się podczas spaceru. W międzyczasie sama muszę zjeść i w coś się ubrać.
Ale jestem bardzo, bardzo szczęśliwa. Kocham to, co robię! Kocham moje dzieci! I jestem dumna, że wszystko robię SAMA, że nikt mi w niczym nie pomaga. Potem nikt mi niczego nie wygada. Bo często tak było, że gdy mama raz wzięła Filipka na spacer to potem przeżywała jakby nieustannie z nim spacerowała. Gdy Filipek był jeszcze niemowlakiem obiecywała, że w każdy piątek będzie z nim spacerowała a na jednym razie skończyło się. Gdy byłam w ciąży z Franiem mama znów obiecywała, że w każdą sobotę będzie do siebie go brała i też na jednym razie skończyło się. A teraz znów padały obietnice, że jak urodzę, będzie pomagać, ale ja nie robiłam sobie żadnych nadziei. I słusznie. Gdybym nie pojechała do szpitala rodzić Frania to przez cztery lata nie miałaby okazji wziąć Filipka do siebie. O teściach już nawet nie wspomnę. Ich wnuki wcale nie interesują. Trzy lata nie widzieli starszego, młodszego ani razu, pomimo tego, że nieraz mijamy się w mieście. Udają, że nas nie widzą, że nie znają. W przyszłym miesiącu planujemy chrzciny. Nie zamierzam ich zapraszać. Bo niby z jakiej racji? Nie biorą żadnego udziału w życiu moich dzieci.
Nie mam o to pretensji do nikogo. Sama doskonale sobie radzę. Tylko żal mi Filipka, bo tęskni za babcią, za moją mamą. A ona teraz nawet wcale nas nie odwiedza. Zajmuje się swoją chorą mamą, prababcią Filipka, no ale bez przesady, żeby w ogóle czasu nie mieć i nie przyjść na chwilę. Franiu wcale jej nie zna. Kiedy spotykamy ją na mieście robi podkówkę na jej widok. Przykro mi jest, że każdy ma moje dzieci w dupie!!!!!!!!!!!! Że mama jest, kiedy chce a nie, kiedy jej się potrzebuje. A przecież fajne mam dzieciaczki: Filipek taki grzeczny, mądry, ułożony; Franiu, wiecznie uśmiechnięty, ciekawy świata.
Jedynie na męża mogę liczyć, ale on i tak całe dnie jest w pracy. Gdy wróci zajmuje się starszym synem, szykuje mu kolację, kąpie. Wieczorem robi jakieś zakupy, wychodzi z psem na spacer i sprząta kuchnię. A ja postawiłam sobie poprzeczkę bardzo wysoko. Mam duże wymagania i oczekiwania wobec siebie. Wcale nie idę na łatwiznę, że dam dziecku tablet, czy włączę telewizję. Żyjemy bez tego. Nie posyłam starszego do przedszkola, żeby było mi lżej. Sama angażuję się we wszystko na maksa. Mam wszystko poukładane, zaplanowane. Mamy czas, żeby zjeść wspólnie z Filipkiem posiłek, pójść na spacer i poczytać książkę. Chodź i tak Filipek może czuć się trochę opuszczony, zaniedbany, bo teraz wszystko kręci się wokół Frania.
O mnie
- Magda
- Trzydzistoparolatka. Żona. Mama dwóch chłopców. Dzięki nim moje życie nabrało barw. Na blogu pragnę uwiecznić naszą (nie)codzienność. Chcesz do mnie napisać? Mój email: madzia435@gmail.com
Obserwatorzy
Online
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą problematycznie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą problematycznie. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 12 września 2016
poniedziałek, 16 maja 2016
Już przygotowana. Tylko czekam...
Przygotowania do powitania Frania na świecie ruszyły pełną parą. Franiu ma już przygotowaną swoją szafkę z ubrankami i akcesoriami. Ma wszystkie ubranka wyprane i wyprasowane. Pamiętam, że gdy pakowałam ciuchy Filipka do kartonów ryczałam, bo nie wiedziałam, czy będzie nam dane jeszcze raz je otworzyć. Jaka radość była, gdy je wyciągałam i zdziwienie, że nasz Filipek nosił takie maleńkie ubranka, że był taki malutki. A Filipek także był podekscytowany. Stale krzyczał: "ale ładne", "mamusia zobacz, jakie to ładne". Do tej pory wiedział, że będzie miał braciszka, ale to wszystko było takie nierealne a teraz nareszcie urzeczywistnia się. Byłam w szoku, ile ubranek kupowałam, jak dużo pieniędzy marnotrawiłam. Do pół roku ma chyba z 40 sztuk spodni. Większość nie nosił, ponieważ używałam tylko kilka ulubionych sztuk. Miałam siedem automatów prania. Rano przyszła mama i wszystko mi wyprasowała. Łącznie prasowała ponad 6 godzin.
Byliśmy na dużych zakupach w mieście i kupiliśmy Franiowi nowy wózek z gondolą, spacerówką i fotelikiem do samochodu. Po raz pierwszy, nie miałam żadnego problemu z wyborem. Ten wózek od razu rzucił mi się w oczy. Nie mogłam napatrzeć się jaki jest śliczny, duży, praktyczny, wygodny i po prostu fajny. Żałuję, że Filipek nie miał takiego "dyliżansu". Kupiliśmy także kosmetyki i wiele innych akcesoriów. A babcia z dziadkiem kupili Maluszkowi wanienkę, gąbeczki, pieluszki i kaftaniki. Filipek był przeszczęśliwy, że teraz także kupuje się rzeczy dla Franka, nie tylko dla Filipka. Pokazywał nam w sklepie wiele rzeczy dla braciszka, pomagał wybierać.
Pewnego wieczoru zaczęło strasznie boleć mnie krocze, nie mogłam nic robić ani ruszyć się, ani zrobić małego kroku. Myślałam, że w nocy urodzę. Dwa miesiące przed terminem. Ciągle czułam ból, ciągnięcie w dół. Na następny dzień wcale nie przeszło. Byłam przerażona. Na szczęście po kolejnej nocy ból ustąpił.
Myślałam, że jeszcze mam czas a tu jednak nigdy do końca nic nie wiadomo dlatego spakowałam już torbę do szpitala. Gdy tylko poczułam się lepiej, wrzuciłam ręczniki do prania i powoli zaczęłam pakować się. Martwi mnie tylko jedno, ale najważniejsze. Z kim zostanie Filipek jak pojadę rodzić. Naprawdę nie mam z kim go zostawić. Romek musi być ze mną. Nie ma innej opcji. Bez niego nie poradzę sobie. Zresztą, gdyby nie on nie wiem, czy Filipek urodziłby się zdrowy, bo źle byłam traktowana w szpitalu i przez wiele godzin byłam pozostawiona bez opieki. To było traumatyczne przeżycie. Nie chcę o tym pamiętać. Dlatego teraz też nie chcę być sama. Termin porodu mam wyznaczony na koniec czerwca a jednocześnie w tym okresie moja rodzina wyjeżdża za granicę. Teoretycznie jakby przesunęli wyjazd o tydzień nic by się nie stało, ale chyba raczej nie chcą tego robić. Moja prababcia jest za stara. Nie dałaby rady zająć się nim. A na teściów nie mam co liczyć i nawet NIE CHCĘ. Filipek ich nie zna a oni nie znają go. Boję się, że będę zmuszona rodzić sama. Że Romek będzie musiał zostać z Filipkiem. Jedynym chodź marnym pocieszeniem jest to, że prawdopodobnie będę mogła zdecydować czy chcę urodzić naturalnie, czy przez cięcie cesarskie. Jeśli Romek będzie przy mnie zdecyduję się rodzić naturalnie a jak będę sama będę raczej za cesarką. Boję się strasznie o Filipka :( Pierwszy raz w życiu taka ważna sprawa i nie mam na kogo liczyć!!!!!!!!!!
A tak w ogóle znów miałam złe wyniki z cukru. Ginekolog po raz kolejny chciał mnie wziąć do siebie do szpitala na badania, ale odmówiłam ze względu na Filipka. Już jest na mnie wkurzony. Umówiłam się więc z diabetologiem. Stwierdził on, że jestem na granicy cukrzycy ciążowej. Zalecił dietę cukrzycową i dwa razy w tygodniu badanie poziomu cukru we krwi glukometrem. Na początku, strasznie bałam się kłucia w palce, ale w końcu musiałam wiedzieć na czym stoję. Jednak nie jest to takie straszne. Na szczęście, wtedy kiedy odżywiam się prawidłowo mam dobre wyniki. Jestem zdziwiona, że tak niewiele potrzeba żebym miała prawidłowy wynik. Wystarczyło rzucić słodycze, przerzucić się na chude mleko, naturalne twarożki i w sumie to wszystko.
W końcu zaczęłam sypiać w nocy, dzięki czemu czuję się wypoczęta. Mam więcej siły i chęci do zabawy z Filipkiem, aby posprzątać mieszkanie, czy ugotować obiad. Końcówka ciąży mija mi dobrze.
33/34 tydzień ciąży
Byliśmy na dużych zakupach w mieście i kupiliśmy Franiowi nowy wózek z gondolą, spacerówką i fotelikiem do samochodu. Po raz pierwszy, nie miałam żadnego problemu z wyborem. Ten wózek od razu rzucił mi się w oczy. Nie mogłam napatrzeć się jaki jest śliczny, duży, praktyczny, wygodny i po prostu fajny. Żałuję, że Filipek nie miał takiego "dyliżansu". Kupiliśmy także kosmetyki i wiele innych akcesoriów. A babcia z dziadkiem kupili Maluszkowi wanienkę, gąbeczki, pieluszki i kaftaniki. Filipek był przeszczęśliwy, że teraz także kupuje się rzeczy dla Franka, nie tylko dla Filipka. Pokazywał nam w sklepie wiele rzeczy dla braciszka, pomagał wybierać.
Pewnego wieczoru zaczęło strasznie boleć mnie krocze, nie mogłam nic robić ani ruszyć się, ani zrobić małego kroku. Myślałam, że w nocy urodzę. Dwa miesiące przed terminem. Ciągle czułam ból, ciągnięcie w dół. Na następny dzień wcale nie przeszło. Byłam przerażona. Na szczęście po kolejnej nocy ból ustąpił.
Myślałam, że jeszcze mam czas a tu jednak nigdy do końca nic nie wiadomo dlatego spakowałam już torbę do szpitala. Gdy tylko poczułam się lepiej, wrzuciłam ręczniki do prania i powoli zaczęłam pakować się. Martwi mnie tylko jedno, ale najważniejsze. Z kim zostanie Filipek jak pojadę rodzić. Naprawdę nie mam z kim go zostawić. Romek musi być ze mną. Nie ma innej opcji. Bez niego nie poradzę sobie. Zresztą, gdyby nie on nie wiem, czy Filipek urodziłby się zdrowy, bo źle byłam traktowana w szpitalu i przez wiele godzin byłam pozostawiona bez opieki. To było traumatyczne przeżycie. Nie chcę o tym pamiętać. Dlatego teraz też nie chcę być sama. Termin porodu mam wyznaczony na koniec czerwca a jednocześnie w tym okresie moja rodzina wyjeżdża za granicę. Teoretycznie jakby przesunęli wyjazd o tydzień nic by się nie stało, ale chyba raczej nie chcą tego robić. Moja prababcia jest za stara. Nie dałaby rady zająć się nim. A na teściów nie mam co liczyć i nawet NIE CHCĘ. Filipek ich nie zna a oni nie znają go. Boję się, że będę zmuszona rodzić sama. Że Romek będzie musiał zostać z Filipkiem. Jedynym chodź marnym pocieszeniem jest to, że prawdopodobnie będę mogła zdecydować czy chcę urodzić naturalnie, czy przez cięcie cesarskie. Jeśli Romek będzie przy mnie zdecyduję się rodzić naturalnie a jak będę sama będę raczej za cesarką. Boję się strasznie o Filipka :( Pierwszy raz w życiu taka ważna sprawa i nie mam na kogo liczyć!!!!!!!!!!
A tak w ogóle znów miałam złe wyniki z cukru. Ginekolog po raz kolejny chciał mnie wziąć do siebie do szpitala na badania, ale odmówiłam ze względu na Filipka. Już jest na mnie wkurzony. Umówiłam się więc z diabetologiem. Stwierdził on, że jestem na granicy cukrzycy ciążowej. Zalecił dietę cukrzycową i dwa razy w tygodniu badanie poziomu cukru we krwi glukometrem. Na początku, strasznie bałam się kłucia w palce, ale w końcu musiałam wiedzieć na czym stoję. Jednak nie jest to takie straszne. Na szczęście, wtedy kiedy odżywiam się prawidłowo mam dobre wyniki. Jestem zdziwiona, że tak niewiele potrzeba żebym miała prawidłowy wynik. Wystarczyło rzucić słodycze, przerzucić się na chude mleko, naturalne twarożki i w sumie to wszystko.
W końcu zaczęłam sypiać w nocy, dzięki czemu czuję się wypoczęta. Mam więcej siły i chęci do zabawy z Filipkiem, aby posprzątać mieszkanie, czy ugotować obiad. Końcówka ciąży mija mi dobrze.
33/34 tydzień ciąży
sobota, 6 czerwca 2015
Babcia
Moja kochana babcia jest w szpitalu. Miała operację. W ostatniej chwili ją uratowano. Każdego dnia i nocy boję się o jej życie. Płaczę.
Pomimo tego, że widujemy się na co dzień, gdy pojechałam odwiedzić ją do szpitala, zupełnie jej nie poznałam. Tak bardzo zmieniła się. Choroba ją wycieńczyła. Postarzała się. Zrobiła się taka szczupła i malutka. Stałam nad jej łóżkiem i zastanawiałam się czy to ona. Oczy miała zamknięte. Kiedy je otworzyła rozpoznała mnie. Powiedziała: "Magdzia?" Wtedy dopiero miałam pewność, że to ona!
Babcia jest bez sił. Nie może wstać, chodzić, ani w łóżku przekręcić się na bok. Nie ma nawet siły utrzymać butelki, żeby napić się wody. Jest taka bezradna i... samotna.
Babcia bardzo mocno mnie kochała, wspierała, dbała o mnie, dawała mnóstwo prezentów, rozpieszczała. Zawsze miałyśmy bardzo dobry kontakt. Z nią mogłam szczerze porozmawiać o wszystkim.
Niespełna cztery lata temu, kiedy umarł dziadek, babcia załamała się. Już nic jej nie cieszyło. Wiele razy powtarzała, że nie ma po co żyć, że jej życie nie ma już sensu...
Kiedy przeprowadziłam się do rodzinnej miejscowości, babcia cały czas wypatrywała mnie i Filipka w oknie. Otwierała okno albo wychodziła na balkon, żeby zapytać się, co u nas i jak Filipek. Codziennie rano, czekała na nas na rynku. Spędzałyśmy razem bardzo dużo czasu. W zeszłym roku, całe lato siedziała z nami w parku, na placu zabaw, a w tym roku siedziałyśmy ciągle na ogródku.
I z Filipkiem babcia jest bardzo zżyta, choć to jego prababcia. Tak jak mnie kiedyś, tak teraz rozpieszczała Filipka. Stale kupowała mu zabawki albo dawała pieniądze. Często mówiła, że jak jeden czy dwa dni go nie widzi, to tak bardzo tęskni.
Ostatnio denerwowałam się na nią, bo powoli już nie miałam swojego życia. Gdzie się nie ruszyłam, zawsze była ona. Chodziła za mną. Nawet nie miałam jak pogadać z Romkiem, bo cały czas z nami siedziała. Ale teraz, gdy jej nie ma, czuję taką pustkę, żal i smutek. I Filipek stale pyta się o nią, czy przyjdzie na ogródek. My tu, u niej na ogródku a ona sama w szpitalu!
Nie wiem, czy babcia z tego wyjdzie. Jest taka słaba. A nawet jeśli wyjdzie, nie będzie już tak, jak dawniej. Nie będzie samodzielna. Będzie potrzebowała całodobowej opieki. Jaka starość jest okropna!!!!
Wszyscy, którzy mnie bardzo kochali i byli całe życie za mną tak szybko, niespodziewanie odchodzą. Najpierw prababcia (2009), następnie dziadek! (2011), potem wujek (2013) a teraz nie wiadomo, co będzie z babcią. Poza babcią i rodzicami nie mam już nikogo!!!!
2 lata, 7 miesięcy
Pomimo tego, że widujemy się na co dzień, gdy pojechałam odwiedzić ją do szpitala, zupełnie jej nie poznałam. Tak bardzo zmieniła się. Choroba ją wycieńczyła. Postarzała się. Zrobiła się taka szczupła i malutka. Stałam nad jej łóżkiem i zastanawiałam się czy to ona. Oczy miała zamknięte. Kiedy je otworzyła rozpoznała mnie. Powiedziała: "Magdzia?" Wtedy dopiero miałam pewność, że to ona!
Babcia jest bez sił. Nie może wstać, chodzić, ani w łóżku przekręcić się na bok. Nie ma nawet siły utrzymać butelki, żeby napić się wody. Jest taka bezradna i... samotna.
Babcia bardzo mocno mnie kochała, wspierała, dbała o mnie, dawała mnóstwo prezentów, rozpieszczała. Zawsze miałyśmy bardzo dobry kontakt. Z nią mogłam szczerze porozmawiać o wszystkim.
Niespełna cztery lata temu, kiedy umarł dziadek, babcia załamała się. Już nic jej nie cieszyło. Wiele razy powtarzała, że nie ma po co żyć, że jej życie nie ma już sensu...
Kiedy przeprowadziłam się do rodzinnej miejscowości, babcia cały czas wypatrywała mnie i Filipka w oknie. Otwierała okno albo wychodziła na balkon, żeby zapytać się, co u nas i jak Filipek. Codziennie rano, czekała na nas na rynku. Spędzałyśmy razem bardzo dużo czasu. W zeszłym roku, całe lato siedziała z nami w parku, na placu zabaw, a w tym roku siedziałyśmy ciągle na ogródku.
I z Filipkiem babcia jest bardzo zżyta, choć to jego prababcia. Tak jak mnie kiedyś, tak teraz rozpieszczała Filipka. Stale kupowała mu zabawki albo dawała pieniądze. Często mówiła, że jak jeden czy dwa dni go nie widzi, to tak bardzo tęskni.
Ostatnio denerwowałam się na nią, bo powoli już nie miałam swojego życia. Gdzie się nie ruszyłam, zawsze była ona. Chodziła za mną. Nawet nie miałam jak pogadać z Romkiem, bo cały czas z nami siedziała. Ale teraz, gdy jej nie ma, czuję taką pustkę, żal i smutek. I Filipek stale pyta się o nią, czy przyjdzie na ogródek. My tu, u niej na ogródku a ona sama w szpitalu!
Nie wiem, czy babcia z tego wyjdzie. Jest taka słaba. A nawet jeśli wyjdzie, nie będzie już tak, jak dawniej. Nie będzie samodzielna. Będzie potrzebowała całodobowej opieki. Jaka starość jest okropna!!!!
Wszyscy, którzy mnie bardzo kochali i byli całe życie za mną tak szybko, niespodziewanie odchodzą. Najpierw prababcia (2009), następnie dziadek! (2011), potem wujek (2013) a teraz nie wiadomo, co będzie z babcią. Poza babcią i rodzicami nie mam już nikogo!!!!
2 lata, 7 miesięcy
środa, 29 kwietnia 2015
O nowej pracy i przedszkolu
Romek ukończył kurs i zdobył nowy zawód! Na drugi dzień pojechał do firmy w naszym miasteczku i dostał pracę!!!!! Jestem bardzo szczęśliwa i do dziś do mnie nie dociera, że będzie pracował na miejscu. Wreszcie koniec z dojazdami! Wcześniej, żeby dojechać do pracy na 7. rano musiał wstawać o 3. w nocy i po 18. był z powrotem. Nie było czasu na nic. A teraz ma pół godziny drogi w jedną stronę na piechotę. Będzie pracował od 7. do 15. a o 15.30 będzie w domu. Będzie czas na pracę i na odpoczynek, na czas z dzieckiem i na działkę, działkę, na realizowanie swoich pasji.
Ostatnio zewsząd czuję presję, żeby posłać syna do przedszkola. Ludzie dziwią mi się, że nie chcę. Mówią, że źle postępuję i na siłę próbują przekonać mnie do swoich poglądów. Śmieszy mnie ta dziwna moda na przedszkola. Uważam, że to jest bezsens, żebym posyłała dziecko do przedszkola, jeżeli nie pracuję i będę w domu. Przecież sama mogę i chcę zająć się dzieckiem. Nikt nie zajmie się lepiej moim dzieckiem niż ja sama. Rozumiem, kiedy matka pracuje czy zajmuje się w domu młodszym dzieckiem, ale często jest tak, że matkom nie chce się zajmować dzieckiem. Wolą posłać do przedszkola i mieć spokój. Poza tym uważam, że skończyłby się pewien etap w życiu Filipka: dzieciństwa, swobody i beztroski. Zaczną się obowiązki, codzienne przygotowywania, poranne wstawanie, stres itd. Od małego wyścig szczurów. On ma jeszcze na to czas. Jeszcze zdąży nauczyć się życia. Tak wiem, że w przedszkolu jest także zabawa, są koledzy, koleżanki, ale trzylatek nie potrzebuje ani kolegów, ani koleżanek. Nadal na tym etapie rozwoju najważniejsi są rodzice, przede wszystkim matka.
2 lata, 6 miesięcy i 5 dni
Ostatnio zewsząd czuję presję, żeby posłać syna do przedszkola. Ludzie dziwią mi się, że nie chcę. Mówią, że źle postępuję i na siłę próbują przekonać mnie do swoich poglądów. Śmieszy mnie ta dziwna moda na przedszkola. Uważam, że to jest bezsens, żebym posyłała dziecko do przedszkola, jeżeli nie pracuję i będę w domu. Przecież sama mogę i chcę zająć się dzieckiem. Nikt nie zajmie się lepiej moim dzieckiem niż ja sama. Rozumiem, kiedy matka pracuje czy zajmuje się w domu młodszym dzieckiem, ale często jest tak, że matkom nie chce się zajmować dzieckiem. Wolą posłać do przedszkola i mieć spokój. Poza tym uważam, że skończyłby się pewien etap w życiu Filipka: dzieciństwa, swobody i beztroski. Zaczną się obowiązki, codzienne przygotowywania, poranne wstawanie, stres itd. Od małego wyścig szczurów. On ma jeszcze na to czas. Jeszcze zdąży nauczyć się życia. Tak wiem, że w przedszkolu jest także zabawa, są koledzy, koleżanki, ale trzylatek nie potrzebuje ani kolegów, ani koleżanek. Nadal na tym etapie rozwoju najważniejsi są rodzice, przede wszystkim matka.
2 lata, 6 miesięcy i 5 dni
wtorek, 30 września 2014
Kłótnia z mamą
Nie tylko nie mam łatwo z teściami, ale też z moją mamą :( Czasami zrobi pierogi dla Filipka, czy ugotuje jakąś zupkę. Czasami kupi parówki na śniadanko, albo jajka i... to wszystko. A jest przekonana, że tyle robi dla Filipka, tak się poświęca.
Nie wiem, może to ja mam za duże oczekiwania? Chociaż tak na prawdę niczego nie oczekuję. Nie chce żadnej pomocy. Chcę tylko po prostu czasami szczerze porozmawiać. I na to też liczyć nie mogę, bo cokolwiek powiem, co jest nie po jej myśli, to od razu zaczyna denerwować się, wrzeszczeć na mnie przy ludziach jak na jakąś gówniarę.
Spotkałam ją na mieście. Mówiła, że właśnie jechała do Filipka na godzinkę. Powiedziałam, pół żartem, pół serio, że tylko na godzinkę to się "dużo" z nim pobawi. A ona wyskoczyła do mnie z mordą, że jakby była dłużej to też byłoby źle. I od razu moją teściową we wszystko zaczęła mieszać. Odpowiedziałam, że nawet teściowa mojej siostry dla niej też jest zła, chociaż tamta cały czas zajmuje się wnukiem, kąpie, spaceruje a nawet śpi z nim. A mama, że jej dzieci nikt nie chował. A ja, do niej, że dlatego właśnie dziś ma tyle żalu, a jest taka sama. I mama odjechała. Po 15 minutach przyjechała z powrotem, żeby dalej przy ludziach, na rynku, kłócić. Przyjechała, bo przemyślała, co ma powiedzieć. Martwi się tym, co ja w domu robiłabym, gdyby ona wzięła Filipka. I mówi do mnie, że co ja mam tyle do roboty? Przecież mam tylko dwa pokoje, że na internecie całe dnie(!) siedzę itd. A ona przecież pierożki robi dla Filipka, że przyjechała po porodzie pomóc. Tego nie zaprzeczam i jestem jej wdzięczna...
Jednak przez dwa lata trzy razy wzięła Filipka na spacer. Ona przecież nie pracuje zawodowo, a jej największym życiowym priorytetem jest czysty dom. A jak chcę gdzieś jechać, czy gdzieś ruszyć się, to nawet na pół godziny nie mam z kim dziecka zostawić! Cały czas, przez 24 godziny na dobę, Filipek jest ze mną tyle co w sobotę i niedziele spaceruje z Romkiem. Teraz to wszystkie babcie chyba takie wygodne są. Nie oczekuję, że będzie dziecko mi wychowywała, bo sama wychowam jak najlepiej potrafię, ale za taką dobrą babcię się uważa a ma problem wziąć go trochę do siebie. Poza tym nie chciałam kłócić się z nią. Bo dla mnie jest dobrze tak jak jest. Nie chce nie musi. Chciałam tylko pogadać a ona tak reaguje. Nie mogę mieć własnego zdania.
Ostatnio w ogóle same jakieś takie błahe problemy do takiej ranki urastają. Nie wiem, czy to ludzie uwzięli się, czy to ja jestem jakaś dziwna? :(
Nie wiem, może to ja mam za duże oczekiwania? Chociaż tak na prawdę niczego nie oczekuję. Nie chce żadnej pomocy. Chcę tylko po prostu czasami szczerze porozmawiać. I na to też liczyć nie mogę, bo cokolwiek powiem, co jest nie po jej myśli, to od razu zaczyna denerwować się, wrzeszczeć na mnie przy ludziach jak na jakąś gówniarę.
Spotkałam ją na mieście. Mówiła, że właśnie jechała do Filipka na godzinkę. Powiedziałam, pół żartem, pół serio, że tylko na godzinkę to się "dużo" z nim pobawi. A ona wyskoczyła do mnie z mordą, że jakby była dłużej to też byłoby źle. I od razu moją teściową we wszystko zaczęła mieszać. Odpowiedziałam, że nawet teściowa mojej siostry dla niej też jest zła, chociaż tamta cały czas zajmuje się wnukiem, kąpie, spaceruje a nawet śpi z nim. A mama, że jej dzieci nikt nie chował. A ja, do niej, że dlatego właśnie dziś ma tyle żalu, a jest taka sama. I mama odjechała. Po 15 minutach przyjechała z powrotem, żeby dalej przy ludziach, na rynku, kłócić. Przyjechała, bo przemyślała, co ma powiedzieć. Martwi się tym, co ja w domu robiłabym, gdyby ona wzięła Filipka. I mówi do mnie, że co ja mam tyle do roboty? Przecież mam tylko dwa pokoje, że na internecie całe dnie(!) siedzę itd. A ona przecież pierożki robi dla Filipka, że przyjechała po porodzie pomóc. Tego nie zaprzeczam i jestem jej wdzięczna...
Jednak przez dwa lata trzy razy wzięła Filipka na spacer. Ona przecież nie pracuje zawodowo, a jej największym życiowym priorytetem jest czysty dom. A jak chcę gdzieś jechać, czy gdzieś ruszyć się, to nawet na pół godziny nie mam z kim dziecka zostawić! Cały czas, przez 24 godziny na dobę, Filipek jest ze mną tyle co w sobotę i niedziele spaceruje z Romkiem. Teraz to wszystkie babcie chyba takie wygodne są. Nie oczekuję, że będzie dziecko mi wychowywała, bo sama wychowam jak najlepiej potrafię, ale za taką dobrą babcię się uważa a ma problem wziąć go trochę do siebie. Poza tym nie chciałam kłócić się z nią. Bo dla mnie jest dobrze tak jak jest. Nie chce nie musi. Chciałam tylko pogadać a ona tak reaguje. Nie mogę mieć własnego zdania.
Ostatnio w ogóle same jakieś takie błahe problemy do takiej ranki urastają. Nie wiem, czy to ludzie uwzięli się, czy to ja jestem jakaś dziwna? :(
niedziela, 10 sierpnia 2014
Życie traci sens
Krytykuje
Wyzywa
Próbuje skłócić mnie z rodziną
Oszukuje
Ubliża
Przeklina
Szarpie
Bije
Pluje na mnie
Jak ja jutro spojrzę w oczy synkowi?!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Tak bardzo staram się być dobrą mamą, wychować go na dobrego, wrażliwego człowieka a tu jeden dzień z tatusiem wszystko zaprzepaści!!!
Wyzywa
Próbuje skłócić mnie z rodziną
Oszukuje
Ubliża
Przeklina
Szarpie
Bije
Pluje na mnie
Jak ja jutro spojrzę w oczy synkowi?!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Tak bardzo staram się być dobrą mamą, wychować go na dobrego, wrażliwego człowieka a tu jeden dzień z tatusiem wszystko zaprzepaści!!!
środa, 2 lipca 2014
Filipek jest chory
A jednak kocha!!! A ja myślałam, że jest zupełnie inaczej. Myślałam, że jest ze mną tylko ze względu na Filipka.
Rozpoczynamy starania o braciszka lub siostrzyczkę dla Filipka. Już od dłuższego czasu o niczym innym nie marzę. Jednak jest sporo we mnie obaw i strachu. Czy sobie poradzę w opiece nad Filipkiem będąc w ciąży? I boję się tego, co będzie potem... Czy sama podołam ze wszystkim? Jednak nie chcę, żeby między dziećmi była duża różnica wieku. Chcę, żeby razem bawili się, przyjaźnili.
Ostatnio, Filipek często budził się w nocy, sapał, miał trudności w oddychaniu. Coś niepokojącego zaczęło dziać się także na jego skórze, w okolicach intymnych. Pojawiły się tam czerwone plamy, krostki, skóra stała się chropowata. Najpierw myśleliśmy, że to odparzenie od pieluszki, ale zawsze wystarczyło posmarować Sudocremem i na kolejny dzień wszystko wracało do normy. Tymczasem te plamy postępowały dalej i dalej. Pojechaliśmy do lekarza. Obyło się bez antybiotyku a te zmiany w kroczu to zapalenie skóry. Lekarka powiedziała, że nawet nie wyobrażamy sobie, jak to musi Filipka piec! I faktycznie, ostatnio może był więcej marudny. Dostaliśmy maść z antybiotykiem i smarujemy mu te plamy, robimy kąpiele w krochmalu a także musimy zrezygnować z pampersów. Zaczęliśmy więc uczyć Filipka siadania na nocnik, ale nie bardzo podoba mu się to. Gdy pytam się go, czy idziemy zrobić siku na nocniczek zawsze odpowiada: "nie, nie, nie" Woła mnie dopiero wtedy, gdy już narobi w majtki i dopiero wtedy siada na nocnik. Przez trzy dni tylko raz zrobił do nocnika... Nie wiem, czy on jest już na to gotowy. Ale jeszcze będziemy próbować i zobaczymy, co dalej.
Rok, 8 miesięcy, 1 tydzień i 1 dzień
Rozpoczynamy starania o braciszka lub siostrzyczkę dla Filipka. Już od dłuższego czasu o niczym innym nie marzę. Jednak jest sporo we mnie obaw i strachu. Czy sobie poradzę w opiece nad Filipkiem będąc w ciąży? I boję się tego, co będzie potem... Czy sama podołam ze wszystkim? Jednak nie chcę, żeby między dziećmi była duża różnica wieku. Chcę, żeby razem bawili się, przyjaźnili.
Ostatnio, Filipek często budził się w nocy, sapał, miał trudności w oddychaniu. Coś niepokojącego zaczęło dziać się także na jego skórze, w okolicach intymnych. Pojawiły się tam czerwone plamy, krostki, skóra stała się chropowata. Najpierw myśleliśmy, że to odparzenie od pieluszki, ale zawsze wystarczyło posmarować Sudocremem i na kolejny dzień wszystko wracało do normy. Tymczasem te plamy postępowały dalej i dalej. Pojechaliśmy do lekarza. Obyło się bez antybiotyku a te zmiany w kroczu to zapalenie skóry. Lekarka powiedziała, że nawet nie wyobrażamy sobie, jak to musi Filipka piec! I faktycznie, ostatnio może był więcej marudny. Dostaliśmy maść z antybiotykiem i smarujemy mu te plamy, robimy kąpiele w krochmalu a także musimy zrezygnować z pampersów. Zaczęliśmy więc uczyć Filipka siadania na nocnik, ale nie bardzo podoba mu się to. Gdy pytam się go, czy idziemy zrobić siku na nocniczek zawsze odpowiada: "nie, nie, nie" Woła mnie dopiero wtedy, gdy już narobi w majtki i dopiero wtedy siada na nocnik. Przez trzy dni tylko raz zrobił do nocnika... Nie wiem, czy on jest już na to gotowy. Ale jeszcze będziemy próbować i zobaczymy, co dalej.
Rok, 8 miesięcy, 1 tydzień i 1 dzień
sobota, 24 maja 2014
Nienawidzę
Ciągle dręczy mnie to [klik].
Już trzy miesiące nie widzieli wnuka. Nie zadzwonili do męża zapytać się, co u Filipka. Jakby nie istniał. Nie przejawiają w sobie żadnych ludzkich uczuć: miłości ani troski. Doszły mnie słuchy, że... szykują jakąś niespodziankę dla Filipka na Dzień Dziecka. Nie wiem, jak się zachować, czy mam z nimi rozmawiać, czy w ogóle, jak przyjadą, mam wpuścić ich do mieszkania?! Nienawidzę tych fałszywych ludzi z całego serca!!!
Nie wiem, co mam robić, żeby nie skrzywdzić mojego, małego chłopca :(((((((
Pomóżcie :(
Już trzy miesiące nie widzieli wnuka. Nie zadzwonili do męża zapytać się, co u Filipka. Jakby nie istniał. Nie przejawiają w sobie żadnych ludzkich uczuć: miłości ani troski. Doszły mnie słuchy, że... szykują jakąś niespodziankę dla Filipka na Dzień Dziecka. Nie wiem, jak się zachować, czy mam z nimi rozmawiać, czy w ogóle, jak przyjadą, mam wpuścić ich do mieszkania?! Nienawidzę tych fałszywych ludzi z całego serca!!!
Nie wiem, co mam robić, żeby nie skrzywdzić mojego, małego chłopca :(((((((
Pomóżcie :(
niedziela, 20 kwietnia 2014
Teściowa to potwór!!!
Kiedy wyszłam z synem na spacer zauważyłam, że jadą moi teściowie. Nagle teściowa wyskoczyła z samochodu i od razu na mnie naskoczyła. Zaczęła wyzywać mnie i grozić mi palcem pod nosem. Krzyczała, że telefonu od niej nie odbieram, tak jakby wydzwaniała do mnie codziennie a zadzwoni raz na miesiąc albo i rzadziej. Zaczęła gadać, że nie pasuje jej moich bliskich pytać o Filipka a zresztą kiedy ja przez ostatnie trzy lata zadzwoniłam do niej i ją o zdrowie zapytałam??? Stara egoistka! Myśli tylko o sobie! Porównuje siebie do półtorarocznego dziecka i chciałaby, żebym interesowała się nią i chodziła koło niej jak koło dziecka. Jeszcze, chociaż żeby była jakaś schorowana, czy niedołężna, gdyby potrzebowała pomocy i opieki... Gadała, że myślała, że jestem osobą wykształconą, ale jestem nikim, że wszyscy ludzie gadają o mnie, że jestem leniwa, że co sobie Romek za żonę wziął... Podkreślała, że ona pracuje a ja nie, ja nic nie robię. A ja stałam jak kołek, nic jej nie powiedziałam. Byłam w szoku. Niczego nie spodziewałam się a ona miała już gadkę, wszystko ułożone, przemyślane. Wiedziałam, że jest wredną, zimną, babą ale, nigdy nie przypuszczałam, że posunie się do tego stopnia. Jak się okazało, godzinę wcześniej, Romek ją opieprzył, że wnukiem nie interesuje się i dlatego wyżyła się na mnie. Przez pierwszy rok widziała Filipka tyle, co spotkała nas przypadkiem na mieście, robiła zakupy w naszym osiedlowym sklepie i wcale nie zaszła, bo gadała, że Filip mały, bo nic nie rozumie. Ale to nie chodzi o to. Jak można nie tęsknić za takim małym, bezbronnym, niewinnym dzieckiem?!!! Ona serca nie ma!!!! A ludziom rozpowiada, że to ja bronię jej kontaktu z Filipkiem!!! Przez 11 lat jesteśmy z Romkiem razem i dopiero pierwszy raz w życiu, na Boże Narodzenie, zaprosiła nas do siebie a tak ma nas w dupie!!!
Nie wiem, czy dalej gryźć się w język, czy w końcu też powiedzieć jej, co o niej myślę: że ona niby jest taka pracowita a wszędzie ma brudy w domu i na ogrodzie, nawet mężowi czystych ubrań nie da. Kiedy od nas wychodzili zawsze musiałam wietrzyć całe mieszkanie, bo śmierdziało nimi. Widzi mnie, że jestem leniem a nie widzi swojego najstarszego synka, jakim jest leniem, alkoholikiem, oszustem i złodziejem. Przecież kiedyś Romek wziął dla niego kredyt i później przez lata musiał spłacać, bo tamten nie płacił. Tyle krzywdy nam wyrządził, ale o tym nie pamięta. Nie była żadną matką dla swoich dzieci więc nie będzie też babcią dla mojego syna. Swoim dzieciom wcale nie zapewniła miłości matczynej i ciepła. I to ja jestem złą żoną? Tylko, że jak z nią Romek mieszkał to nadużywał alkoholu, kombinował, do pracy raz poszedł raz nie poszedł, miał depresję, chciał się zbić. Wiele razy mówił, że uratowałam mu życie. Gdybym nie ja to na cmentarz chodziłaby do syna!
Nie wiem, czy wygarnąć jej wszystko, czy powiedzieć, co leży mi na sercu, bo z drugiej strony, gdybym była dla niej taka chamska, jak ona dla mnie, tylko utwierdziłabym ją w przekonaniu, że ona miała rację... Nie mam pojęcia, jak będą wyglądały nasze relacje, w końcu powiedziała, co o mnie naprawdę myśli... Od samego początku czułam, że mnie nie lubi, ale łudziłam się, że to może, tylko moje wyobrażenia, moje subiektywne odczucia. Nie zależało mi na jakiejś wielkiej miłości, ale na poprawnych relacjach, ale ona wcale mnie nie szanuje. Skoro ma takie podejście do mnie, nie pozwolę jej więcej widywać mojego syna. Boję się tylko, że ona całkiem skłóci mnie z Romkiem, że on odsunie się ode mnie i zostanę sama. On też już ma wszystkiego dosyć.
Nie wiem, czy dalej gryźć się w język, czy w końcu też powiedzieć jej, co o niej myślę: że ona niby jest taka pracowita a wszędzie ma brudy w domu i na ogrodzie, nawet mężowi czystych ubrań nie da. Kiedy od nas wychodzili zawsze musiałam wietrzyć całe mieszkanie, bo śmierdziało nimi. Widzi mnie, że jestem leniem a nie widzi swojego najstarszego synka, jakim jest leniem, alkoholikiem, oszustem i złodziejem. Przecież kiedyś Romek wziął dla niego kredyt i później przez lata musiał spłacać, bo tamten nie płacił. Tyle krzywdy nam wyrządził, ale o tym nie pamięta. Nie była żadną matką dla swoich dzieci więc nie będzie też babcią dla mojego syna. Swoim dzieciom wcale nie zapewniła miłości matczynej i ciepła. I to ja jestem złą żoną? Tylko, że jak z nią Romek mieszkał to nadużywał alkoholu, kombinował, do pracy raz poszedł raz nie poszedł, miał depresję, chciał się zbić. Wiele razy mówił, że uratowałam mu życie. Gdybym nie ja to na cmentarz chodziłaby do syna!
Nie wiem, czy wygarnąć jej wszystko, czy powiedzieć, co leży mi na sercu, bo z drugiej strony, gdybym była dla niej taka chamska, jak ona dla mnie, tylko utwierdziłabym ją w przekonaniu, że ona miała rację... Nie mam pojęcia, jak będą wyglądały nasze relacje, w końcu powiedziała, co o mnie naprawdę myśli... Od samego początku czułam, że mnie nie lubi, ale łudziłam się, że to może, tylko moje wyobrażenia, moje subiektywne odczucia. Nie zależało mi na jakiejś wielkiej miłości, ale na poprawnych relacjach, ale ona wcale mnie nie szanuje. Skoro ma takie podejście do mnie, nie pozwolę jej więcej widywać mojego syna. Boję się tylko, że ona całkiem skłóci mnie z Romkiem, że on odsunie się ode mnie i zostanę sama. On też już ma wszystkiego dosyć.
czwartek, 28 listopada 2013
Słodycze
Niedawno mama obchodziła urodziny. Pojechaliśmy więc do niej z życzeniami i małym upominkiem. Kiedy, na chwilę, wyszłam z kuchni, mama chciała dać Filipkowi... ptasie mleczko! Za moimi plecami!!! Myślała, że Romek pozwoli jej na to.
Bardzo zawiodłam się na niej. Czytam dużo książek m.in. o macierzyństwie, o zdrowym odżywianiu i ona dobrze wie, jak bardzo zależy mi na tym, aby Filipka zdrowo odżywiać. Chcę, aby moje dziecko nabrało zdrowych nawyków żywieniowych. Tymczasem słodycze nie mają żadnych właściwości odżywczych tylko zbędne kalorie, które prowadzą do otyłości a u dzieci także do próchnicy. No i słodycze też uzależniają...
Bardzo zawiodłam się na niej. Czytam dużo książek m.in. o macierzyństwie, o zdrowym odżywianiu i ona dobrze wie, jak bardzo zależy mi na tym, aby Filipka zdrowo odżywiać. Chcę, aby moje dziecko nabrało zdrowych nawyków żywieniowych. Tymczasem słodycze nie mają żadnych właściwości odżywczych tylko zbędne kalorie, które prowadzą do otyłości a u dzieci także do próchnicy. No i słodycze też uzależniają...
Kiedyś byłam baaardzo gruba. Nie da się opisać jak bardzo źle się czułam w swoim ciele i jak cierpiałam z tego powodu. Wiele wysiłku, potu i łez kosztowało mnie to, żeby schudnąć. Nie chcę, aby mój syn musiał przez to przechodzić. Nie chcę też, aby musiał stale patrzeć na wagę i wszystkiego ciągle sobie odmawiać. Jeśli słodycze nie będą na porządku dziennym to dziecko nie będzie się tego domagać. Wybierze jakąś inną, zdrowszą przekąskę. Oczywiście, jak będzie starszy, od czasu do czasu, pozwolę mu zjeść coś słodkiego, ale nie codziennie, jak to było w moim, rodzinnym domu.
Nie wiem, dlaczego mama to zrobiła. A najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie potrafi przyznać się do błędu tylko wini Romka, że mi powiedział o tym. Co ona sobie myśli?!! Że będzie durnia ze mnie robić i za moimi plecami dalej chciała paść go słodyczami?!!
Nie chce pomagać mi w opiece nad Filipkiem to niech przynajmniej mi nie szkodzi.
Nie chce pomagać mi w opiece nad Filipkiem to niech przynajmniej mi nie szkodzi.
środa, 21 sierpnia 2013
Czasami bywa ciężko
Urlop, urlop i po urlopie... Nie wiadomo, kiedy minął. Dużo było oczekiwań a wyszło jak zawsze. Zero odpoczynku, zero leniuchowania, mało snu. Niedawno przeprowadziliśmy się tutaj, więc mnóstwo rzeczy było jeszcze do zrobienia w domu: położyliśmy w kuchni płytki i malowaliśmy ją, trzeba było poobrabiać okna, pomalować balkon i jeszcze było sporo innych, pracochłonnych, rzeczy do zrobienia. Więc Romek robił a ja zajmowałam się synkiem. Kiedy skończył, on spacerował z Filipkiem a ja prałam, sprzątałam ten syf, gotowałam. I tak minęło...
Teraz Filipkowi wychodzą kolejne ząbki, cierpi w nocy, nie śpi i ja też. W nocy wstaję tak często, że nie raz mam wrażenie, że zegarek zepsuł się i stoi w miejscu.
Tak gadałam na teściową, że wcale wnukiem się nie zajmuje, że nie weźmie go na spacer ani w niczym nie pomoże, ale moja mama jest taka sama. Owszem, przyjedzie do niego, posiedzi godzinę albo dwie a potem idzie. Jednak, odkąd tutaj mieszkamy, też ani razu nie wzięła go na spacer, żebym sobie posiedziała sama w domu i trochę odpoczęła. Jeśli spacerujemy to w trójkę i zawsze wtedy, kiedy przypadkowo spotkamy się na mieście. Gdybyśmy z Romkiem nie jechali trzy razy do miasta, po zakupy, to wcale nie miałaby okazji pospacerować z wnukiem.
Co to za różnica, czy mieszkamy tutaj, czy tam jak w wychowaniu syna jestem skazana tylko i wyłącznie na siebie?! Od rana do nocy i przez całą noc!!!!!!!! Tylko doradców jest mnóstwo. Przeprowadziliśmy się, bo rzekomo miało mi być lżej a nie jest!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
Teraz Filipkowi wychodzą kolejne ząbki, cierpi w nocy, nie śpi i ja też. W nocy wstaję tak często, że nie raz mam wrażenie, że zegarek zepsuł się i stoi w miejscu.
Tak gadałam na teściową, że wcale wnukiem się nie zajmuje, że nie weźmie go na spacer ani w niczym nie pomoże, ale moja mama jest taka sama. Owszem, przyjedzie do niego, posiedzi godzinę albo dwie a potem idzie. Jednak, odkąd tutaj mieszkamy, też ani razu nie wzięła go na spacer, żebym sobie posiedziała sama w domu i trochę odpoczęła. Jeśli spacerujemy to w trójkę i zawsze wtedy, kiedy przypadkowo spotkamy się na mieście. Gdybyśmy z Romkiem nie jechali trzy razy do miasta, po zakupy, to wcale nie miałaby okazji pospacerować z wnukiem.
Co to za różnica, czy mieszkamy tutaj, czy tam jak w wychowaniu syna jestem skazana tylko i wyłącznie na siebie?! Od rana do nocy i przez całą noc!!!!!!!! Tylko doradców jest mnóstwo. Przeprowadziliśmy się, bo rzekomo miało mi być lżej a nie jest!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
sobota, 27 kwietnia 2013
Babcia obraziła się na mnie, bo...
Babcia obraziła się na mnie, bo... poprosiłam ją, aby zdjęła buty u nas w mieszkaniu. Na początku nic jej nie mówiłam, jak chodziła w butach, bo miałam brudno w mieszkaniu, po remoncie. Z całą rodziną przez ponad tydzień sprzątaliśmy, od rana do nocy, więc kiedy w końcu posprzątaliśmy ona nadal po całym mieszkaniu chodziła w butach. Nawet do Filipka pokoju ich nie zdjęła. Dlatego grzecznie poprosiłam ją, żeby zdjęła a ona odwróciła się na pięcie i powiedziała: " ja już więcej tu nie przyjdę" i poszła. Zdążyłam jej powiedzieć, że cieszymy się, jak nas odwiedza, ale u nas buty się ściąga i nikt nie gniewa się z tego powodu. Ja mam małe dziecko i nie mam czasu, aby codziennie stać z miotłą i mopem i sprzątać po gościach. Poza tym, Filipek zaraz będzie bawił się na podłodze, będzie raczkował i ma to robić na brudnej podłodze? Po dwóch dniach, kiedy spacerowałam z mamą, patrzymy babcia idzie. Była z 20 metrów od nas i udała, że nas nie widzi. Szybko skręciła w boczną uliczkę. Potem, gdy spotkała mamę żaliła jej się, że tak jej Madzia powiedziała, że kazała jej buty ściągać, że całą niedzielę przepłakała, że przecież kiedyś z dziadkiem tyle mi pomagali, że przecież teraz u ludzi butów się nie ściąga... itp. A właśnie, że nie. Tam, gdzie ludzie mają porobione, położone nowe płytki czy panele, tam zdejmuje się buty. Albo tam, gdzie w domu sprząta się. Tymczasem ona u siebie nie sprząta, bo jej się nie chce. Mieszkanie to nie podwórko.
W zeszłym roku zmarł dziadek. Babcia została sama. Ma tylko nas i za takie pierdoły gniewa się? Jej druga córka wraz z rodziną wyjechała, dwa dni po pogrzebie za granicę i zostawła ją tak w tej żałobie. Wcale się nią nie interesują. Tylko moja mama zajmuje się nią, chociaż babcia jest sprawna, chodzi z nią do lekarza, woła na obiady, robi jej zakupy, tata rąbie drzewo a i tak my jesteśmy najgorsi i to zawsze na nas się obraża. Mnie też nieraz mówiła, że ze wszystkich wnuczek tylko ja zawsze o niej pamiętam, o dniu babci, o jej urodzinach...
W zeszłym roku zmarł dziadek. Babcia została sama. Ma tylko nas i za takie pierdoły gniewa się? Jej druga córka wraz z rodziną wyjechała, dwa dni po pogrzebie za granicę i zostawła ją tak w tej żałobie. Wcale się nią nie interesują. Tylko moja mama zajmuje się nią, chociaż babcia jest sprawna, chodzi z nią do lekarza, woła na obiady, robi jej zakupy, tata rąbie drzewo a i tak my jesteśmy najgorsi i to zawsze na nas się obraża. Mnie też nieraz mówiła, że ze wszystkich wnuczek tylko ja zawsze o niej pamiętam, o dniu babci, o jej urodzinach...
środa, 13 marca 2013
Chrzciny Filipka
Czekaliśmy do wiosny, aby ochrzcić synka, ponieważ chcieliśmy, aby było już ciepełko. Chcieliśmy z rodziną, spokojnie przespacerować się do Kościoła a potem do restauracji na obiad. Dłużej nie mogliśmy czekać, bo w kwietniu mój tata wyjeżdża za granicę.
Rano, 10. marca, budzimy się a tu całe miasteczko zasypane. Padał śnieg, wiał silny wiatr i był mróz. Zaczęliśmy bać się, czy rodzina dojedzie, bo drogi takie pozaśnieżane.
Na uroczystość zaprosiliśmy tylko najbliższą rodzinę: naszych rodziców - dziadków Filipka, chrzestnych oraz ich dzieci, moją babcię i brata. Rodzinka zaczęła zjeżdżać się po 9. Kiedy weszli do domku ja akurat karmiłam Filipka. Wszyscy czekali na naszego Maluszka w dużym pokoju. Po karmieniu, tatuś przyszedł po synka i wziął go do dużego pokoju. Bałam się, że jak Filipek zobaczy tłum ludzi, zacznie płakać, bo nikogo poza moją mamą nie zna a poza tym tyle ludzi na raz jeszcze nie widział. Romek dumny, że ma takiego synka, trzymał go na rękach a on się tylko rozglądał i śmiał się, aż dołeczki miał w policzkach. Moja siostra pierwszy raz widziała Filipka. Mówiła, że on taki malutki, przyzwyczajona do swojego, rocznego łobuziaka. My tak wszyscy gadu-gadu a tu nagle trzeba było zbierać się do Kościoła. Msza miała rozpocząć się o 10.30. Na ulicy były zaspy, śnieg ciągle sypał, było mroźno, więc pędziliśmy szybko do Kościoła, bo Filipek dopiero co po chorobie.
W Kościele były nuuuudy. Nie mogłam doczekać się TEGO momentu. Filipek przez pierwsze pół godziny spał a potem obudził się i leżał sobie spokojnie. Wreszcie nadszedł moment chrztu. Tatuś wziął syneczka na ręce, wszyscy odmówiliśmy modlitwę, uczyniliśmy znak krzyża na czółku Filipka a ksiądz polał wodą święconą jego główkę. Filipek nic nie płakał. Obserwował tylko. Pod koniec mszy był trochę marudny, ale i tak wytrzymał dzielnie. Po mszy nadal na dworze była zamieć śnieżna więc szybko poszliśmy na obiad do restauracji. Od razu poszłam nakarmić synka. Kiedy wróciliśmy, goście siedzieli już przy stole. Teściowie jak gdyby nic, zajęli miejsce po środku stołu, miejsce honorowe a my musieliśmy usiąść z boku, na samym końcu stołu. Atmosfera panowała bardzo przyjemna i wesoła. Restauracja była piękna, bardzo ekskluzywna. Jedzenie bardzo smaczne, takie domowe. Filipek był noszony z rąk do rąk, nikogo się nie bał. Był radosny i zaciekawiony pomimo tego, że od 6. rano wcale nie spał.
Tylko jedni goście wcale na niego uwagi nie zwracali. Tak jakby zapomnieli z jakiej okazji tutaj są. Jakby zapomnieli, że jest tutaj jeszcze z nami Filipek... Mowa tu o moich teściach. W ogóle ani razu nie wstali od stołu, żeby spojrzeć na Filipka, żeby pogłaskać go po główce, czy pocałować w rączkę. Do zdjęć, owszem, wstawali, chętnie pozowali a do wnuka ani razu nie podeszli. W końcu moja mama wzięła Filipka na ręce i podeszła z nim do stołu, między moich teściów, ale teść odwrócił głowę w drugą stronę a teściowa w ogóle zajęła się czym innym. Tak mnie serce bolało. To synek brata mojego męża, chłopiec 4- letni, cały czas podchodził do wózka i głaskał Filipka po główce, podobnie jak moja babcia- Filipka prababcia a teściowie NIC, ZERO zainteresowania wnukiem. Za to zainteresowali się naszym nowym mieszkaniem. Zdążyliśmy im tylko powiedzieć o naszych planach, że wracamy w rodzinne strony, że kupiliśmy tam mieszkanie a oni od razu, na drugi dzień, pojechali oglądać mi kąty!!!! To ja jeszcze tego mieszkania nie widziałam a oni już wiedzą jak będę mieszkała!!!!
Wieczorem, gdy patrzałam się na Filipka było mi tak przykro i szkoda mi było Filipka. Nieraz z Romkiem rozmawialiśmy, że chcemy aby zarówno jedni jak i drudzy dziadkowie, brali udział w życiu dziecka, właśnie dlatego przeprowadzamy się a tu widać, że same nasze chęci nie wystarczą. Bo tego muszą chcieć dwie strony. Ja miałam kochających dziadków dlatego wiem, jak ważni są w życiu dziecka. A oni interesują się, ale czymś zupełnie innym. Zepsuli mi pierwszą w życiu uroczystość mojego synka i dwa następne dni.
Po chrzcinach, mama została u nas na kilka dni, żeby pobyć trochę z wnusiem. Gotowała nam pyszne obiadki, bawiła się z Filipkiem. Kupiła mu wielkiego balona z Myszką Miki a Filipek nie mógł oczu od niego oderwać. I tylko zerkał na mnie i na balonik. Patrzył, czy ja go obserwuję. Na drugi dzień poszłyśmy z mamą na szczepienie Filipka. Już wszystkie podstawowe szczepienia ma za sobą. Już więcej nie będą go kłuć aż trzy razy. Filipcio płakał, na szczęście, nie tak bardzo jak ostatnio. No i dziś mama pojechała, bo po remoncie, chce nam wysprzątać całe mieszkanie, żebyśmy mieli już czysto, jak się wprowadzimy. W tym tygodniu czeka nas wielkie pakowanie a za tydzień przeprowadzka.
Rano, 10. marca, budzimy się a tu całe miasteczko zasypane. Padał śnieg, wiał silny wiatr i był mróz. Zaczęliśmy bać się, czy rodzina dojedzie, bo drogi takie pozaśnieżane.
Na uroczystość zaprosiliśmy tylko najbliższą rodzinę: naszych rodziców - dziadków Filipka, chrzestnych oraz ich dzieci, moją babcię i brata. Rodzinka zaczęła zjeżdżać się po 9. Kiedy weszli do domku ja akurat karmiłam Filipka. Wszyscy czekali na naszego Maluszka w dużym pokoju. Po karmieniu, tatuś przyszedł po synka i wziął go do dużego pokoju. Bałam się, że jak Filipek zobaczy tłum ludzi, zacznie płakać, bo nikogo poza moją mamą nie zna a poza tym tyle ludzi na raz jeszcze nie widział. Romek dumny, że ma takiego synka, trzymał go na rękach a on się tylko rozglądał i śmiał się, aż dołeczki miał w policzkach. Moja siostra pierwszy raz widziała Filipka. Mówiła, że on taki malutki, przyzwyczajona do swojego, rocznego łobuziaka. My tak wszyscy gadu-gadu a tu nagle trzeba było zbierać się do Kościoła. Msza miała rozpocząć się o 10.30. Na ulicy były zaspy, śnieg ciągle sypał, było mroźno, więc pędziliśmy szybko do Kościoła, bo Filipek dopiero co po chorobie.
W Kościele były nuuuudy. Nie mogłam doczekać się TEGO momentu. Filipek przez pierwsze pół godziny spał a potem obudził się i leżał sobie spokojnie. Wreszcie nadszedł moment chrztu. Tatuś wziął syneczka na ręce, wszyscy odmówiliśmy modlitwę, uczyniliśmy znak krzyża na czółku Filipka a ksiądz polał wodą święconą jego główkę. Filipek nic nie płakał. Obserwował tylko. Pod koniec mszy był trochę marudny, ale i tak wytrzymał dzielnie. Po mszy nadal na dworze była zamieć śnieżna więc szybko poszliśmy na obiad do restauracji. Od razu poszłam nakarmić synka. Kiedy wróciliśmy, goście siedzieli już przy stole. Teściowie jak gdyby nic, zajęli miejsce po środku stołu, miejsce honorowe a my musieliśmy usiąść z boku, na samym końcu stołu. Atmosfera panowała bardzo przyjemna i wesoła. Restauracja była piękna, bardzo ekskluzywna. Jedzenie bardzo smaczne, takie domowe. Filipek był noszony z rąk do rąk, nikogo się nie bał. Był radosny i zaciekawiony pomimo tego, że od 6. rano wcale nie spał.
Tylko jedni goście wcale na niego uwagi nie zwracali. Tak jakby zapomnieli z jakiej okazji tutaj są. Jakby zapomnieli, że jest tutaj jeszcze z nami Filipek... Mowa tu o moich teściach. W ogóle ani razu nie wstali od stołu, żeby spojrzeć na Filipka, żeby pogłaskać go po główce, czy pocałować w rączkę. Do zdjęć, owszem, wstawali, chętnie pozowali a do wnuka ani razu nie podeszli. W końcu moja mama wzięła Filipka na ręce i podeszła z nim do stołu, między moich teściów, ale teść odwrócił głowę w drugą stronę a teściowa w ogóle zajęła się czym innym. Tak mnie serce bolało. To synek brata mojego męża, chłopiec 4- letni, cały czas podchodził do wózka i głaskał Filipka po główce, podobnie jak moja babcia- Filipka prababcia a teściowie NIC, ZERO zainteresowania wnukiem. Za to zainteresowali się naszym nowym mieszkaniem. Zdążyliśmy im tylko powiedzieć o naszych planach, że wracamy w rodzinne strony, że kupiliśmy tam mieszkanie a oni od razu, na drugi dzień, pojechali oglądać mi kąty!!!! To ja jeszcze tego mieszkania nie widziałam a oni już wiedzą jak będę mieszkała!!!!
Wieczorem, gdy patrzałam się na Filipka było mi tak przykro i szkoda mi było Filipka. Nieraz z Romkiem rozmawialiśmy, że chcemy aby zarówno jedni jak i drudzy dziadkowie, brali udział w życiu dziecka, właśnie dlatego przeprowadzamy się a tu widać, że same nasze chęci nie wystarczą. Bo tego muszą chcieć dwie strony. Ja miałam kochających dziadków dlatego wiem, jak ważni są w życiu dziecka. A oni interesują się, ale czymś zupełnie innym. Zepsuli mi pierwszą w życiu uroczystość mojego synka i dwa następne dni.
Po chrzcinach, mama została u nas na kilka dni, żeby pobyć trochę z wnusiem. Gotowała nam pyszne obiadki, bawiła się z Filipkiem. Kupiła mu wielkiego balona z Myszką Miki a Filipek nie mógł oczu od niego oderwać. I tylko zerkał na mnie i na balonik. Patrzył, czy ja go obserwuję. Na drugi dzień poszłyśmy z mamą na szczepienie Filipka. Już wszystkie podstawowe szczepienia ma za sobą. Już więcej nie będą go kłuć aż trzy razy. Filipcio płakał, na szczęście, nie tak bardzo jak ostatnio. No i dziś mama pojechała, bo po remoncie, chce nam wysprzątać całe mieszkanie, żebyśmy mieli już czysto, jak się wprowadzimy. W tym tygodniu czeka nas wielkie pakowanie a za tydzień przeprowadzka.
środa, 13 lutego 2013
To się dzieje zbyt szybko... Wystawiliśmy mieszkanie na sprzedaż. Myśleliśmy, że sprzedaż mieszkania zajmie nam przynajmniej rok czasu a to już na następny dzień rozdzwoniły się telefony... Mamy już zdecydowanego klienta...
A ja zastanawiam się, czy słusznie robimy? Mamy już na oku, mieszkanie w naszej rodzinnej miejscowości. Mieszkanie jest na pierwszym piętrze, trzypokojowe, z balkonem, działką, sadem owocowym, altanką lecz do kapitalnego remontu. Pieniądze na remont mielibyśmy, bo ze sprzedaży tego mieszkania zostałoby nam parę groszy, ale martwię się jak to będzie?
Zastanawiam się, co wybrać? Miasto, czy wieś? Jak byłam nastolatką marzyłam o tym, aby się stamtąd wybić a teraz mam tam wracać? Gdy przyjeżdżaliśmy tam, na wakacje, już po kilku dniach, mieliśmy dosyć tamtej miejscowości i chcieliśmy wracać do domu. Czas tam tak strasznie dłużył się.
Często też, bałam się tam, że Romek... nie wróci. Teściowie wykorzystywali go na każdym kroku. Z najmniejszym problemem dzwonili do niego, jakby mieli tylko jednego syna a mają trzech. A on był z nimi zżyty, chyba bardziej niż ze mną. Ciekawe, czy w tej kwestii będzie teraz inaczej?
Jednak tutaj mnie nic nie trzyma. Nie mam tu znajomych, rodziny, całe dnie spędzam sama. Mieszkam na 4. piętrze i z synkiem coraz ciężej jest wychodzić na spacerki, bo on rośnie z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. A tam jest rodzina, zawsze by pomogli.
Myślę sobie, że już nic nie będzie, tak jak przedtem. Koniec już z wolnością, z robieniem, co się chce i kiedy się chce. Teraz mamy synka, mnóstwo obowiązków, więc na nudę nie będziemy mogli narzekać :)
A ja zastanawiam się, czy słusznie robimy? Mamy już na oku, mieszkanie w naszej rodzinnej miejscowości. Mieszkanie jest na pierwszym piętrze, trzypokojowe, z balkonem, działką, sadem owocowym, altanką lecz do kapitalnego remontu. Pieniądze na remont mielibyśmy, bo ze sprzedaży tego mieszkania zostałoby nam parę groszy, ale martwię się jak to będzie?
Zastanawiam się, co wybrać? Miasto, czy wieś? Jak byłam nastolatką marzyłam o tym, aby się stamtąd wybić a teraz mam tam wracać? Gdy przyjeżdżaliśmy tam, na wakacje, już po kilku dniach, mieliśmy dosyć tamtej miejscowości i chcieliśmy wracać do domu. Czas tam tak strasznie dłużył się.
Często też, bałam się tam, że Romek... nie wróci. Teściowie wykorzystywali go na każdym kroku. Z najmniejszym problemem dzwonili do niego, jakby mieli tylko jednego syna a mają trzech. A on był z nimi zżyty, chyba bardziej niż ze mną. Ciekawe, czy w tej kwestii będzie teraz inaczej?
Jednak tutaj mnie nic nie trzyma. Nie mam tu znajomych, rodziny, całe dnie spędzam sama. Mieszkam na 4. piętrze i z synkiem coraz ciężej jest wychodzić na spacerki, bo on rośnie z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. A tam jest rodzina, zawsze by pomogli.
Myślę sobie, że już nic nie będzie, tak jak przedtem. Koniec już z wolnością, z robieniem, co się chce i kiedy się chce. Teraz mamy synka, mnóstwo obowiązków, więc na nudę nie będziemy mogli narzekać :)
piątek, 25 stycznia 2013
Od miłości do nienawiści jeden krok
Odkąd urodził się nasz synek nie układa nam się. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale nie ma dnia bez spięć, bez kłótni. Gdy coś jest nie tak, mój mąż natychmiast wybucha, eksploduje. Nie widać po nim jakiegoś stopniowego zdenerwowania, napięcia, dlatego trudno jest przewidzieć moment, kiedy to nastąpi. Zdarza się, że kiedy pochylam się nad synkiem, szarpie mnie za włosy, uderzy w twarz. Nie wspomnę nawet o znęcaniu psychicznym: wyzywa mnie, mówi, że nic nie robię, wypomina, że nie pracuję, wmawia, że moja rodzina ma mnie dość. Też nie jestem bez winy, ale po co zaraz ta agresja?! Jak Boga kocham, gdybym była niezależna finansowo, nie pozwoliłabym tak się poniżać. Dawno spakowałabym walizki, wzięła synka i pieska i uciekła w siną dal. Owszem, dużo mi w domu pomagał i pomaga, ale odczułam ulgę, gdy skończył mu się urlop i wrócił do pracy. Jestem zmęczona i wycięczona tą atmosferą, która panuje w domu. A najbardziej żal mi synka. Bo czemu on jest winien?!! Czemu ma przenikać tą atmosferą?!! Dlaczego ma słuchać krzyków i wyzwisk?!! Boję się tego, co będzie za pół roku, za rok, kiedy to Filipek będzie już rozumiał o co chodzi, gdy będzie świadomy tego, co się dzieje. On ma być wzorem i autorytetem dla Filipka, tymczasem taki przykład mu daje?!! Patologia!!!
poniedziałek, 4 czerwca 2012
Romek zrobił badanie krwi. Po trzech tygodniach zadzwoniła pani z laboratorium i powiedziała, że wykryto u niego komórki rakowe, że jest to rak jądra i powinien jak najszybciej udać się do onkologa. Romek dowiedział się o tym w dniu mojego wyjazdu do rodziców i w przeddzień wyjazdu na poligon. Niczego mi nie powiedział, ze względu na mnie i ciążę. I chyba dobrze zrobił, bo zwariowałabym wiedząc o tym i jednocześnie będąc tak daleko od niego. Jednak, po powrocie, gdy mnie tylko zobaczył, rozpłakał się i powiedział mi, co się stało. Był to dla mnie szok i niedowierzanie. Pomyślałam sobie, że widocznie za długo byliśmy szczęśliwi, że za dobrze nam się układało, że właśnie teraz musiało nas to spotkać. Mamy poukładane życie, dzidziuś w drodze, tyle planów i marzeń przed nami a tu miałby nastąpić koniec?!! Pomyślałam, że widocznie człowiek nigdy nie może doznać w pełni szczęścia i spokoju, że to życie jest bardzo kruche i nic nie warte. Siedziałam u niego na kolanach i cały czas płakaliśmy, całą noc, cały dzień...
W końcu Romek zadzwonił do poradni onkologicznej i tam mu powiedzieli, że niemożliwe jest to, aby ze zwykłego badania krwi postawić tak jednoznaczną diagnozę. Nie da się opisać, jakiego doznałam wtedy uczucia ulgi, myślałam że zemdleję, cała byłam spocona z nerwów. Pojawiła się nadzieja. Tak, czy inaczej, Romek będzie musiał zrobić szczegółowe badania. Termin ma wyznaczony za dwa tygodnie. Modlę się, aby wszystko było dobrze.
W końcu Romek zadzwonił do poradni onkologicznej i tam mu powiedzieli, że niemożliwe jest to, aby ze zwykłego badania krwi postawić tak jednoznaczną diagnozę. Nie da się opisać, jakiego doznałam wtedy uczucia ulgi, myślałam że zemdleję, cała byłam spocona z nerwów. Pojawiła się nadzieja. Tak, czy inaczej, Romek będzie musiał zrobić szczegółowe badania. Termin ma wyznaczony za dwa tygodnie. Modlę się, aby wszystko było dobrze.
poniedziałek, 19 marca 2012
Ostatnio, gdy wyszłam od ginekologa, ledwo powstrzymywałam się, żeby nie zadzwonić do domu i nie powiedzieć rodzicom, że zostaną dziadkami. Jednak myślę, że przekazanie takiej wiadomości przez telefon, byłoby trochę dziwne. Poza tym, chciałabym zobaczyć ich minę, ponieważ tak naprawdę nie wiem, jaka będzie ich reakcja i czego mogę się spodziewać. Rodzice na pewno liczyli na to, że jak skończyłam studia, to teraz znajdę pracę w zawodzie. Oni zawsze wymagali ode mnie więcej, musiałam być lepsza od innych, wróżyli dla mnie nie wiadomo jaką "karierę". Oni są przekonani o tym, że jak skończy się studia i ma się wyższe wykształcenie to to jest gwarancją do lepszej pracy, lepszej przyszłości. Tymczasem wiadomo, jak teraz jest w ogóle, z jakąkolwiek pracą. Sami rodzice nie pracują. Tata wyjeżdża tylko, na sezonową pracę, za granicę i w wakacje mama również do niego dołącza. I żyć z tego muszą przez cały rok.
Tymczasem, gdy moja siostra, zaszła w ciążę, nie miała ( i nadal nie ma poza mężem) męża, mieszkania, wykształcenia ani pracy a oni nie widzieli żadnego problemu. Wszystko dla nich było ok. Gdybym to była ja...
Ale staram się nie myśleć o tym, co powiedzą inni. Jestem szczęśliwa, cieszę się ciążą, dzidzią. Jestem bardzo pozytywnie nastawiona do macierzyństwa, do przyszłości. Mój mąż również jest szczęśliwy. I to jest najważniejsze. Długo na to czekaliśmy a teraz nasze marzenie spełnia się.
Czuję się bardzo dobrze, dolegliwości ciążowych nie mam, poza zmęczeniem i bólem piersi. Często ogarnia mnie takie zmęczenie, że na nic nie mam siły. A tak poza tym, gdybym nie wiedziała, że jestem w ciąży, nie wiem, czy czułabym ten stan. Może dlatego, że ciąża, jeszcze nie jest widoczna, że nie czuć ruchów maleństwa. Ale już zakupiłam sobie całą gamę kosmetyków dla kobiet w ciąży :)
Romek bardzo mnie wspiera, dba o mnie i pomaga na co dzień. Przejął niektóre moje obowiązki. Przede wszystkim, robi teraz zakupy, bo włazić z torbami pełnymi zakupów, na 4. piętro, to była dla mnie prawdziwa masakra. Lodówkę całą wyposażył w przeróżne jogurty, serki, soczki naturalne, warzywa, kupuje pyszności na obiad i owoce na deser. Zawsze, gdy rano wstaję, naczynia są już umyte, kuchenka jest wypolerowana, aż błyszczy i cała kuchnia jest wysprzątana. I gdy tyko jest w domu, wychodzi z psem na spacer, żebym sobie odpoczywała. Co wieczór robi pyszną kolacyjkę, na deserek obiera jabłka i pijemy, pyszne, gorące kakao. Już tradycyjnie, spać chodzimy bardzo wcześnie.
A tu Dzióbulek, śpi zmęczony po naszej, weekendowej, wędrówce do lasu :)
Tymczasem, gdy moja siostra, zaszła w ciążę, nie miała ( i nadal nie ma poza mężem) męża, mieszkania, wykształcenia ani pracy a oni nie widzieli żadnego problemu. Wszystko dla nich było ok. Gdybym to była ja...
Ale staram się nie myśleć o tym, co powiedzą inni. Jestem szczęśliwa, cieszę się ciążą, dzidzią. Jestem bardzo pozytywnie nastawiona do macierzyństwa, do przyszłości. Mój mąż również jest szczęśliwy. I to jest najważniejsze. Długo na to czekaliśmy a teraz nasze marzenie spełnia się.
Czuję się bardzo dobrze, dolegliwości ciążowych nie mam, poza zmęczeniem i bólem piersi. Często ogarnia mnie takie zmęczenie, że na nic nie mam siły. A tak poza tym, gdybym nie wiedziała, że jestem w ciąży, nie wiem, czy czułabym ten stan. Może dlatego, że ciąża, jeszcze nie jest widoczna, że nie czuć ruchów maleństwa. Ale już zakupiłam sobie całą gamę kosmetyków dla kobiet w ciąży :)
Romek bardzo mnie wspiera, dba o mnie i pomaga na co dzień. Przejął niektóre moje obowiązki. Przede wszystkim, robi teraz zakupy, bo włazić z torbami pełnymi zakupów, na 4. piętro, to była dla mnie prawdziwa masakra. Lodówkę całą wyposażył w przeróżne jogurty, serki, soczki naturalne, warzywa, kupuje pyszności na obiad i owoce na deser. Zawsze, gdy rano wstaję, naczynia są już umyte, kuchenka jest wypolerowana, aż błyszczy i cała kuchnia jest wysprzątana. I gdy tyko jest w domu, wychodzi z psem na spacer, żebym sobie odpoczywała. Co wieczór robi pyszną kolacyjkę, na deserek obiera jabłka i pijemy, pyszne, gorące kakao. Już tradycyjnie, spać chodzimy bardzo wcześnie.
A tu Dzióbulek, śpi zmęczony po naszej, weekendowej, wędrówce do lasu :)
poniedziałek, 5 marca 2012
W zeszłym tygodniu pogoda była bardzo wiosenna. Jednak ja nie byłam w radosnym nastroju. Czułam znużenie, zmęczenie. Od kiedy zrobiłam testy ciążowe, musiałam zweryfikować wszystkie plany. Przestałam ćwiczyć. Dlatego dni zaczęły mi się tak bardzo dłużyć. Byłam nieco przygnębiona. W parku zaczęło pojawiać się coraz więcej ludzi, z wózkami, z dziećmi, z rodzinami, a ja spacerowałam sama z Dzióbkiem i czułam się taka samotna. I na co dzień też jestem ciągle sama. Romek wraca z pracy dopiero przed 18. A ja tutaj nie mam nikogo bliskiego, nikogo znajomego. Nie mam z kim pogadać, pospacerować. Nie mam z kim, podzielić się moim szczęściem, zapytać się o radę. Nikt mnie nie odwiedza, nie zapyta się, jak się teraz czuję, jak sobie radzę, czy może mi w czymś pomóc. Byłam sfrustrowana i bardzo tęskniłam za moją rodziną.
W czwartek, z tego powodu, pokłóciliśmy się z Romkiem. Wiem, że on nie jest niczemu winien, ale stało się. Romek dla świętego spokoju poszedł spać do drugiego pokoju. Zabolało mnie to. Podjęłam decyzję, że tak łatwo nie dam mu się przeprosić. W nocy wyłączyłam komórkę i przez cały następny dzień, kiedy on był w pracy, miałam wyłączony telefon.
W piątek, gdy przyjechał z pracy, wszedł do mieszkania, uklęknął w przedpokoju i wyciągnął zza pleców, piękną, czerwono-żółtą różę :) i zaczął przepraszać mnie za wczorajsze zachowanie. Śmiesznie to wyglądało. Oczywiście, nie mogłam już dłużej się gniewać, mocno wyściskałam go. Romek mówił, jak bardzo tęsknił, za mną, nie mogąc porozmawiać ze mną, chociaż przez chwilę, przez telefon. Po powrocie, miał takie uczucie, jakby nie widział mnie, przez kilka dni. Następnie, zaprosił mnie na pizzę :) Chyba sto lat nie jadłam pizzy, bardzo, bardzo mi smakowała.
W sobotę rano, wzięliśmy Dzióbka i poszliśmy na spacer do parku a potem do weterynarza, na szczepienie przeciwko wściekliźnie, parwowirozie a także odrobaczyć Dzióbka. Romek trzymał Dzióbka a ja musiał się odwrócić, bo nie mogłam patrzeć, jak lekarz wbija igłę w Dzióbka. A Dzióbeczek na stole trząsł się jak galareta, jednak zastrzyku wcale nie poczuł. W nagrodę, dostał od weterynarza, medal za odwagę. Po powrocie szykowałam obiad. Zrobiłam paszteciki z mięsem i kapustą a Dzióbeczek, jak zwykle, na progu kuchni, obserwował swoją panią. Po obiedzie, trochę odpoczywaliśmy przed telewizorem a potem znowu poszliśmy z Dzióbkiem na spacer do parku i po mieście. Po spacerze zrobiliśmy się tacy zmęczeni i senni, więc leniuchowaliśmy w łóżku. Wieczorem znowu byliśmy na spacerze. Potem zaczęliśmy oglądać jakiś film, ale nie dotrwaliśmy nawet do połowy, tylko poszliśmy spać.
W niedzielę, pojechaliśmy do miasta, na zakupy. Kupiliśmy od razu bilet powrotny, więc na zakupy nie mieliśmy zbyt wiele czasu. Zresztą nie chcieliśmy wracać późno, bo przecież na następny dzień, Romek wcześnie wstaje do pracy a chciał jeszcze wykorzystać trochę niedzieli, na odpoczynek i na przygotowanie się do pracy. Najpierw poszliśmy do KFC na frytki, surówkę i kurczaka. Potem chodziliśmy po sklepach w poszukiwaniu wiosennych ubrań. Romek kupił dla siebie 3 koszule i bluzkę a ja sobie kupiłam 1 koszulę w kolorową kratkę i trzy bluzki z krótkim rękawkiem oraz kolorową, wiosenną, apaszkę. A potem szybko poszliśmy na pkp. Gdy wróciliśmy, Romek wyszedł od razu z Dzióbem na spacer a ja zrobiłam kawę i przygotowałam surówkę z pomidorów, cebuli i z jogurtem naturalnym. Po tej podróży byłam tak zmęczona, że przewrotnie, nie mogłam zdrzemnąć się, tylko leżałam. Potem miałam zachciankę na kakao, niestety nie mieliśmy w domu. Romek wyskoczył do sklepu. Napiliśmy się ciepłego kakao, zjedliśmy jabłka i poszliśmy spać. Tym razem, spałam jak zabita.
Ze względu na mnie, Romek wziął w tym tygodniu służbę 24-godzinną, z czwartku na piątek. W piątek, po służbie, będzie wcześniej w domu i chce, żebyśmy od razu pojechali na weekend do moich rodziców. A ja, jak zawsze, widzę jakieś problemy. Z jednej strony chcę tam pojechać, bo tęsknie za nimi a z drugiej strony nie chcę jeszcze dzielić się z rodziną, wiadomością o ciąży, bo jeszcze nie byłam u lekarza. A wizyta dopiero w przyszłym tygodniu. Wydaje mi się, że głupio będzie, powiedzieć im o tym, dopiero jak wrócimy od nich, ale za nim nie będę miała potwierdzenia od lekarza, nie chcę z nikim dzielić się tą wiadomością. Poza tym, jestem przekonana, że będzie tak, że zanim ja otrzymam potwierdzenie od lekarza, już całe moje rodzinne miasteczko, będzie wiedziało o tym, że jestem w ciąży. Bo mamie coś powiedzieć, to zaraz wszyscy ludzie o tym wiedzą. W sumie, ona powie tylko babci a babcia dalej... Nie chcę robić z tego żadnej tajemnicy, ale najpierw chcę pójść do lekarza. Dlatego nie wiem, czy jechać do nich, czy nie.
W czwartek, z tego powodu, pokłóciliśmy się z Romkiem. Wiem, że on nie jest niczemu winien, ale stało się. Romek dla świętego spokoju poszedł spać do drugiego pokoju. Zabolało mnie to. Podjęłam decyzję, że tak łatwo nie dam mu się przeprosić. W nocy wyłączyłam komórkę i przez cały następny dzień, kiedy on był w pracy, miałam wyłączony telefon.
W piątek, gdy przyjechał z pracy, wszedł do mieszkania, uklęknął w przedpokoju i wyciągnął zza pleców, piękną, czerwono-żółtą różę :) i zaczął przepraszać mnie za wczorajsze zachowanie. Śmiesznie to wyglądało. Oczywiście, nie mogłam już dłużej się gniewać, mocno wyściskałam go. Romek mówił, jak bardzo tęsknił, za mną, nie mogąc porozmawiać ze mną, chociaż przez chwilę, przez telefon. Po powrocie, miał takie uczucie, jakby nie widział mnie, przez kilka dni. Następnie, zaprosił mnie na pizzę :) Chyba sto lat nie jadłam pizzy, bardzo, bardzo mi smakowała.
W sobotę rano, wzięliśmy Dzióbka i poszliśmy na spacer do parku a potem do weterynarza, na szczepienie przeciwko wściekliźnie, parwowirozie a także odrobaczyć Dzióbka. Romek trzymał Dzióbka a ja musiał się odwrócić, bo nie mogłam patrzeć, jak lekarz wbija igłę w Dzióbka. A Dzióbeczek na stole trząsł się jak galareta, jednak zastrzyku wcale nie poczuł. W nagrodę, dostał od weterynarza, medal za odwagę. Po powrocie szykowałam obiad. Zrobiłam paszteciki z mięsem i kapustą a Dzióbeczek, jak zwykle, na progu kuchni, obserwował swoją panią. Po obiedzie, trochę odpoczywaliśmy przed telewizorem a potem znowu poszliśmy z Dzióbkiem na spacer do parku i po mieście. Po spacerze zrobiliśmy się tacy zmęczeni i senni, więc leniuchowaliśmy w łóżku. Wieczorem znowu byliśmy na spacerze. Potem zaczęliśmy oglądać jakiś film, ale nie dotrwaliśmy nawet do połowy, tylko poszliśmy spać.
W niedzielę, pojechaliśmy do miasta, na zakupy. Kupiliśmy od razu bilet powrotny, więc na zakupy nie mieliśmy zbyt wiele czasu. Zresztą nie chcieliśmy wracać późno, bo przecież na następny dzień, Romek wcześnie wstaje do pracy a chciał jeszcze wykorzystać trochę niedzieli, na odpoczynek i na przygotowanie się do pracy. Najpierw poszliśmy do KFC na frytki, surówkę i kurczaka. Potem chodziliśmy po sklepach w poszukiwaniu wiosennych ubrań. Romek kupił dla siebie 3 koszule i bluzkę a ja sobie kupiłam 1 koszulę w kolorową kratkę i trzy bluzki z krótkim rękawkiem oraz kolorową, wiosenną, apaszkę. A potem szybko poszliśmy na pkp. Gdy wróciliśmy, Romek wyszedł od razu z Dzióbem na spacer a ja zrobiłam kawę i przygotowałam surówkę z pomidorów, cebuli i z jogurtem naturalnym. Po tej podróży byłam tak zmęczona, że przewrotnie, nie mogłam zdrzemnąć się, tylko leżałam. Potem miałam zachciankę na kakao, niestety nie mieliśmy w domu. Romek wyskoczył do sklepu. Napiliśmy się ciepłego kakao, zjedliśmy jabłka i poszliśmy spać. Tym razem, spałam jak zabita.
Ze względu na mnie, Romek wziął w tym tygodniu służbę 24-godzinną, z czwartku na piątek. W piątek, po służbie, będzie wcześniej w domu i chce, żebyśmy od razu pojechali na weekend do moich rodziców. A ja, jak zawsze, widzę jakieś problemy. Z jednej strony chcę tam pojechać, bo tęsknie za nimi a z drugiej strony nie chcę jeszcze dzielić się z rodziną, wiadomością o ciąży, bo jeszcze nie byłam u lekarza. A wizyta dopiero w przyszłym tygodniu. Wydaje mi się, że głupio będzie, powiedzieć im o tym, dopiero jak wrócimy od nich, ale za nim nie będę miała potwierdzenia od lekarza, nie chcę z nikim dzielić się tą wiadomością. Poza tym, jestem przekonana, że będzie tak, że zanim ja otrzymam potwierdzenie od lekarza, już całe moje rodzinne miasteczko, będzie wiedziało o tym, że jestem w ciąży. Bo mamie coś powiedzieć, to zaraz wszyscy ludzie o tym wiedzą. W sumie, ona powie tylko babci a babcia dalej... Nie chcę robić z tego żadnej tajemnicy, ale najpierw chcę pójść do lekarza. Dlatego nie wiem, czy jechać do nich, czy nie.
poniedziałek, 5 grudnia 2011
Odwiedziny
Zdążyłam trochę pożalić się, że mało się ruszam a jeszcze tego samego dnia poszliśmy z Romkiem na stadion pobiegać. Ciężko biegało się, ale włączyłam głośną muzykę w słuchawkach, w telefonie, i jakoś udało mi się przebiec 5 okrążeń stadionu. Byłam z siebie bardzo zadowolona.
W piątek pojechałam do mojej uczelni odebrać dyplom. Szłam tą znienawidzoną przeze mnie drogą i ciągle sobie w głowie powtarzałam: "to już ostatni raz tam idę, ostatni raz". Jak fajnie to brzmi: "pani mgr Magdalena X" :) Nie myślałam, że kiedyś osiągnę to, że powiedzie mi się.
Potem postanowiłam pójść do nowo otwartej galerii handlowej, żeby kupić coś sobie na ślub siostry. Tak się złożyło, że w zeszłym miesiącu zapłaciliśmy ostatnią ratę kredytu, najstarszego brata Romka. Przez lata liczyliśmy grosz do grosza, płacąc za coś, czego nigdy na oczy nie widzieliśmy. Wiem, że teraz, też na pewno będziemy liczyć pieniądze, że nagle nie przestanie nam ich brakować, ale to już zawsze 1000 zł więcej i co najważniejsze, to będą nasze, własne wydatki. Tyle na to czekaliśmy.
W galerii tyle czasu chodziłam, oglądałam ciuchy, ale nic mi się nie podobało a poza tym, jakieś zwykłe bluzki kosztowały nawet 400 zł. Byłam już zrezygnowana, nie mogłam chodzić, bo tak mnie nogi bolały. Po kilku godzinach dołączył do mnie Romek i poszliśmy do restauracji na frytki i kurczaka a potem udaliśmy się do starej, sprawdzonej galerii. Tam, od razu, w drugim sklepie, do którego zaszliśmy, kupiłam sobie sukienkę. Sukienka jest jasnoróżowa z delikatną, czarną koronką. Potem poszliśmy jeszcze do sklepu dziecięcego kupić prezent dla dziecka, młodszego brata Romka. Ceny zabawek w tamtym sklepie również były przerażające. Nie było zabawek poniżej 100 zł, może kilka i to naprawdę bardzo małych. Ale kupiliśmy małemu piękny, duży, wóz strażacki. Kiedy szliśmy z tym wozem do kasy, pomyślałam, żeby Romek zadzwonił do brata, zapytać się, czy mały nie ma takiej zabawki, bo szkoda wydać tyle kasy na coś, co on może ma. Jednak szwagier powiedział, żebyśmy czasem nie kupowali betoniarek i śmieciarek, bo mały tego ma pełno a żebyśmy kupili może wóz strażacki. A my w śmiech, bo właśnie w ręku trzymaliśmy tą zabawkę. Potem okazało się, że mamy mnóstwo czasu do pociągu to jeszcze raz wróciliśmy się do nowej galerii, kupiłam sobie kolczyki, pierścionek i czapkę a dla Romka marynarkę. Kupiliśmy też koszulę na prezent świąteczny dla mojego brata.
Na następny dzień spodziewaliśmy się gości: teściów, młodszego brata mojego męża, jego żonę i synka. Ich chłopiec jest naprawdę fajnym dzieckiem. Niczego się nie wstydził, gaduła niesamowity, cały czas uśmiechał się. I ciocię cały czas przytulał i wujka, za zabawkę wycałował. A potem zaglądał do miejsca, skąd wyciągnęliśmy zabawkę, czy czasem jeszcze nie ma tam dla niego niespodzianki. Kiedy zaczął wygłupiać się i trochę rozrabiać to szwagier zabrał mu zabawkę. A on spuścił oczka i mówi: "tatusiu przepraszam, przepraszam, będę już grzeczny". A gdy odjeżdżali to zapytał się, czy tą zabawkę, którą dostał od nas, może wziąć do domu. Nie wiedział, czy to jest już jego. I mnie się o to pytał, potem Romka. Naprawdę, uroczy chłopak. Ma niespełna trzy latka a taki już mądry.
Po ich wizycie załapałam doła. Szwagier i jego żona stwarzają obraz IDEALNEJ rodziny. Oboje bardzo się kochają i nie kryją się z okazywaniem uczuć. Mają mieszkanie, co prawda niewłasnościowe, ale są samodzielni, są też bardzo religijni. On pracuje i ona. Mają wspaniałego synka. Dzieckiem zajmuje się teściowa. My mamy własne mieszkanie, też jesteśmy samodzielni, ale nikt nam w niczym nie pomaga. Romek pracuje ja nie. Pomimo tego, że przez lata spłacaliśmy kredyt ich najstarszego brata, jakoś sobie radziliśmy. W naszym związku też jest wszystko w porządku, ale do szczęścia brakuje nam jeszcze maleństwa. Tymczasem oni planują już drugie. Mam żal do nich wszystkich, że my tyle lat spłacaliśmy kredyt ich brata a tymczasem oni obchodzą się z nim jak z jajkiem. Szwagier, ten, którego płaciliśmy kredyt, zamieszkał z teściami a oni w ogóle zachowują się tak, jakby nic się nie stało. A on nawet nie raczył zadzwonić, przeprosić, czy jakąkolwiek pomoc zaoferować, przy spłacie tego kredytu. Przecież to nie był nasz kredyt tylko jego. I właśnie przez niego mamy zepsute relacje z całą ich rodzinką, bo nie mam do nikogo najmniejszego zaufania. I z bólem to muszę przyznać, bo wiem, że Romek ich kocha, ale ja czuję czuję awersję do tej rodziny. Tymczasem oni zgrywają szczęśliwą rodzinkę a to my, najbardziej pokrzywdzeni, JESTEŚMY WYKLUCZENI, nikt nie liczy się z naszymi uczuciami.
Dziewczyny, co myślicie? Może powinnam zapomnieć o tym kredycie? I udawać się, że nic się nie stało? Że wszyscy się kochamy i jest nam bardzo dobrze ? I może powinniśmy zajeżdżać do teściów, pomimo obecności tam szwagra? Kilka lat tam nie zajeżdżaliśmy, dopiero w tegoroczne wakacje, zrobiłam to dla Romka i pojechaliśmy tam, jak szwagier był w pracy. Ale to chyba on powinien nas unikać a nie my jego?
W piątek pojechałam do mojej uczelni odebrać dyplom. Szłam tą znienawidzoną przeze mnie drogą i ciągle sobie w głowie powtarzałam: "to już ostatni raz tam idę, ostatni raz". Jak fajnie to brzmi: "pani mgr Magdalena X" :) Nie myślałam, że kiedyś osiągnę to, że powiedzie mi się.
Potem postanowiłam pójść do nowo otwartej galerii handlowej, żeby kupić coś sobie na ślub siostry. Tak się złożyło, że w zeszłym miesiącu zapłaciliśmy ostatnią ratę kredytu, najstarszego brata Romka. Przez lata liczyliśmy grosz do grosza, płacąc za coś, czego nigdy na oczy nie widzieliśmy. Wiem, że teraz, też na pewno będziemy liczyć pieniądze, że nagle nie przestanie nam ich brakować, ale to już zawsze 1000 zł więcej i co najważniejsze, to będą nasze, własne wydatki. Tyle na to czekaliśmy.
W galerii tyle czasu chodziłam, oglądałam ciuchy, ale nic mi się nie podobało a poza tym, jakieś zwykłe bluzki kosztowały nawet 400 zł. Byłam już zrezygnowana, nie mogłam chodzić, bo tak mnie nogi bolały. Po kilku godzinach dołączył do mnie Romek i poszliśmy do restauracji na frytki i kurczaka a potem udaliśmy się do starej, sprawdzonej galerii. Tam, od razu, w drugim sklepie, do którego zaszliśmy, kupiłam sobie sukienkę. Sukienka jest jasnoróżowa z delikatną, czarną koronką. Potem poszliśmy jeszcze do sklepu dziecięcego kupić prezent dla dziecka, młodszego brata Romka. Ceny zabawek w tamtym sklepie również były przerażające. Nie było zabawek poniżej 100 zł, może kilka i to naprawdę bardzo małych. Ale kupiliśmy małemu piękny, duży, wóz strażacki. Kiedy szliśmy z tym wozem do kasy, pomyślałam, żeby Romek zadzwonił do brata, zapytać się, czy mały nie ma takiej zabawki, bo szkoda wydać tyle kasy na coś, co on może ma. Jednak szwagier powiedział, żebyśmy czasem nie kupowali betoniarek i śmieciarek, bo mały tego ma pełno a żebyśmy kupili może wóz strażacki. A my w śmiech, bo właśnie w ręku trzymaliśmy tą zabawkę. Potem okazało się, że mamy mnóstwo czasu do pociągu to jeszcze raz wróciliśmy się do nowej galerii, kupiłam sobie kolczyki, pierścionek i czapkę a dla Romka marynarkę. Kupiliśmy też koszulę na prezent świąteczny dla mojego brata.
Na następny dzień spodziewaliśmy się gości: teściów, młodszego brata mojego męża, jego żonę i synka. Ich chłopiec jest naprawdę fajnym dzieckiem. Niczego się nie wstydził, gaduła niesamowity, cały czas uśmiechał się. I ciocię cały czas przytulał i wujka, za zabawkę wycałował. A potem zaglądał do miejsca, skąd wyciągnęliśmy zabawkę, czy czasem jeszcze nie ma tam dla niego niespodzianki. Kiedy zaczął wygłupiać się i trochę rozrabiać to szwagier zabrał mu zabawkę. A on spuścił oczka i mówi: "tatusiu przepraszam, przepraszam, będę już grzeczny". A gdy odjeżdżali to zapytał się, czy tą zabawkę, którą dostał od nas, może wziąć do domu. Nie wiedział, czy to jest już jego. I mnie się o to pytał, potem Romka. Naprawdę, uroczy chłopak. Ma niespełna trzy latka a taki już mądry.
Po ich wizycie załapałam doła. Szwagier i jego żona stwarzają obraz IDEALNEJ rodziny. Oboje bardzo się kochają i nie kryją się z okazywaniem uczuć. Mają mieszkanie, co prawda niewłasnościowe, ale są samodzielni, są też bardzo religijni. On pracuje i ona. Mają wspaniałego synka. Dzieckiem zajmuje się teściowa. My mamy własne mieszkanie, też jesteśmy samodzielni, ale nikt nam w niczym nie pomaga. Romek pracuje ja nie. Pomimo tego, że przez lata spłacaliśmy kredyt ich najstarszego brata, jakoś sobie radziliśmy. W naszym związku też jest wszystko w porządku, ale do szczęścia brakuje nam jeszcze maleństwa. Tymczasem oni planują już drugie. Mam żal do nich wszystkich, że my tyle lat spłacaliśmy kredyt ich brata a tymczasem oni obchodzą się z nim jak z jajkiem. Szwagier, ten, którego płaciliśmy kredyt, zamieszkał z teściami a oni w ogóle zachowują się tak, jakby nic się nie stało. A on nawet nie raczył zadzwonić, przeprosić, czy jakąkolwiek pomoc zaoferować, przy spłacie tego kredytu. Przecież to nie był nasz kredyt tylko jego. I właśnie przez niego mamy zepsute relacje z całą ich rodzinką, bo nie mam do nikogo najmniejszego zaufania. I z bólem to muszę przyznać, bo wiem, że Romek ich kocha, ale ja czuję czuję awersję do tej rodziny. Tymczasem oni zgrywają szczęśliwą rodzinkę a to my, najbardziej pokrzywdzeni, JESTEŚMY WYKLUCZENI, nikt nie liczy się z naszymi uczuciami.
Dziewczyny, co myślicie? Może powinnam zapomnieć o tym kredycie? I udawać się, że nic się nie stało? Że wszyscy się kochamy i jest nam bardzo dobrze ? I może powinniśmy zajeżdżać do teściów, pomimo obecności tam szwagra? Kilka lat tam nie zajeżdżaliśmy, dopiero w tegoroczne wakacje, zrobiłam to dla Romka i pojechaliśmy tam, jak szwagier był w pracy. Ale to chyba on powinien nas unikać a nie my jego?
czwartek, 4 sierpnia 2011
Rozmowa na osobności
Okazało się, że Romek nie powtórzył mi całej rozmowy z dziadkiem, bo nie chciał mnie zranić. Jestem w szoku po tym, czego dowiedziałam się. Nigdy nie przypuszczałabym, że w moich relacjach z dziadkami kryje się tyle fałszu, zakłamania. Na co dzień są uśmiechy, gadki szmatki, jeszcze do niedawna byłam ich ulubioną wnusią a przynajmniej tak mi się wydawało. Wydawało mi się też, że oni cieszą się, że jako tako życie mam poukładane, mam mieszkanie, mam za co żyć, że kończę studia. Wiele razy mówili, że zdają sobie sprawę z tego ile trudu i wysiłku mnie kosztowały te studia, że pomimo tych niepowodzeń jakie miałam nie poddałam się i wiele razy podkreślali, że jestem jedyną wnusią, która skończyła studia. Myślałam, że oni są dumni ze mnie. Nic bardziej mylnego!
Dziadek ma mnie za nieudacznika i mojego męża buntował przeciwko mnie. Pytał się go, dlaczego tyle lat studiowałam, czy nie mogłam wcześniej skończyć tych studiów. Myśli, że to wszystko jest przez moje lenistwo, że nie chciałam, że nic nie robiłam przez te wszystkie lata, bo co to niby jest takiego skończyć studia. Nic nadzwyczajnego. On uważa, że to nie jest nic trudnego, że to żaden wysiłek i żaden obowiązek. Twierdzi, że i po studiach pewnie nic nie będę miała, niczego nie osiągnę. Poza tym twierdzi, że ja lubię rządzić, że Romek strasznie ze mną będzie musiał się męczyć przez całe życie i dlatego powinien postawić mi ultimatum, że albo przez rok czasu ja się zmienię, albo on odejdzie ode mnie. Ciekawe po czym tak stwierdził, czy po tym jak przyjechał do nas raz w ciągu trzech lat, czy podczas kilku spotkań w roku, jak my ich odwiedzaliśmy. A może uważa tak dlatego, bo myśli, że każdy facet nie może oprzeć się piwu, tak jak dziadek, i Romek z pewnością też nie może a że dziadkowi ciągle odmawia więc dziadek za to mnie obwinia i stąd wyciąga dalsze wnioski. Tak jak wcześniej pisałam, dla dziadka nie ważne jest to, że ktoś sobie w życiu daje radę, ciężko pracuje, uczciwie żyje tylko ludzi ocenia po tym, czy ktoś wypije z nim piwo czy nie. Dziadek buntował też Romka przeciwko całej mojej rodzinie. Jestem w szoku, że ma on taki krytyczny stosunek do nas. Moi dziadkowie mają dwie córki. Jedna z nich, moja mama, codziennie ich odwiedza, pomaga w różnych pracach ile może. Do rodziców ma wielki respekt i szacunek i dlatego do tej pory oni rządzą jej życiem. Decydują w wielu sprawach, mówią co ma robić a czego nie a z dziadka zdaniem każdy w rodzinie się liczy, dziadek jest autorytetem. Wszędzie lubi on mieszać i widocznie w naszym życiu także próbuje. A u drugiej córki mąż-alkoholik, pije, zdradza ciotkę z kobietami w wieku jej córek, gdy wyjeżdża do pracy za granicznie nie dba o to czy ciocia ma kasę czy nie. Ale to oni są równiejsi, bo lubią z dziadkiem wypić. Tam się według dziadka nic złego nie dzieje.
Od kiedy dowiedziałam się o dziadka śpiewkach głowa boli mnie codziennie . Z dziadkami lubiłam rozmawiać, lubiłam zwierzać się im, czasami więcej rodzicom. Nie przypuszczałam… Teraz nie odwiedzam ich, dziadek pewnie domyśla się, że Romek mi powiedział. Chcę już wracać do siebie.
Nie wiem jak mam się zachowywać w stosunku do Romka i zeszłego weekendu. Ciągle powtarzam mu, bez skutku, że jak ma chęć wypić piwo to niech wypije, czy z kolegą czy ze mną, ale na następny dzień trzeba wypełniać swoje obowiązki, działać a on tego już nie potrafi. Po wypiciu piwa nie zachowuje się normalnie, wrzeszczy na mnie, wyzywa mnie, nie wraca na noc, nie idzie do pracy a ja nie wiem co się z nim dzieje. To nie jest przecież normalne a ja boję się, że on przez swoje zachowanie wyleci z pracy. Wtedy jak zadzwoniłam do niego a on pił, wrzeszczał, że on nie pije, bo nienawidzi pić alkoholu. Tysiąc razy to powtarzał trzymając butelkę w ręku. Jakby miał jakąś rozdwojoną osobowość, jak jakiś psychopata. Przeraża mnie to. Nie wiem, co robić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


