O mnie
- Magda
- Trzydzistoparolatka. Żona. Mama dwóch chłopców. Dzięki nim moje życie nabrało barw. Na blogu pragnę uwiecznić naszą (nie)codzienność. Chcesz do mnie napisać? Mój email: madzia435@gmail.com
Obserwatorzy
Online
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mieszkanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mieszkanie. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 9 kwietnia 2017
Nowe mieszkanie
Plany zmieniają nam się tak szybko, że za nami nikt nie nadąży. Czasami nawet sama nie nadążam. Praktycznie od roku myśleliśmy o zmianie mieszkania: kupnie nowego albo o budowie. Cały czas zastanawialiśmy się, analizowaliśmy, przeglądaliśmy oferty. Mieliśmy w życiu ponad 10 przeprowadzek (potem przestałam już liczyć) i dlatego teraz nie chcieliśmy popełnić żadnego błędu. W końcu znaleźliśmy, te jedyne, idealne, wymarzone. Szukaliśmy daleko a ono było bardzo blisko. Dobrze, że mój R. czuwał. Do poprzednich mieszkań nigdy nie byłam przekonana, ale kupowaliśmy z konieczności, bo nie było wyboru. A teraz nam się poszczęściło. Po świętach rozpoczynamy kapitalny remont a w czerwcu czeka nas przeprowadzka. Jestem przekonana, że tam już zostaniemy na długie lata.
niedziela, 1 stycznia 2017
DOM
Zaczęło się przypadkiem. Tak naprawdę zawsze o tym marzyliśmy, ale od dawna byliśmy pochłonięci obowiązkami, że nawet nie mieliśmy czasu na przemyślenia, na refleksje.
W zeszłym roku, mniej więcej jak byłam w połowie ciąży, mojego R. zaczepił sąsiad. Zapytał się, czy nie chcemy kupić jego mieszkania. Sąsiad wie, że mamy małe mieszkanie, zaledwie 50 metrów, że zaraz urodzi nam się dziecko i dlatego przydałoby się nam większe. Jednak R. odpowiedział, że nie chcemy kupić, że mu w głębi serca marzy się mały domek. Za jakiś czas sąsiad znów zaczepił R. i jeszcze raz zapytał się o to samo. Niespodziewanie zaciągnął R. do siebie i oprowadził po całym mieszkaniu. R. wrócił oczarowany. Mówił, że tamto mieszkanie jest piękne i takie duże, że zupełnie nie ma się wrażenia, że to jest blok. Kilka tygodni później sąsiedzi zaprosili również mnie, żebym obejrzała mieszkanie. Byłam zachwycona. Sąsiadów mieszkanie jest 80-metrowe, czyste, piękne, luksusowe, urządzone w naszym stylu i dlatego, co najważniejsze, moglibyśmy w nim od razu zamieszkać. Żaden remont nie jest konieczny, bo przy dzieciach remontować to byłoby bardzo trudne. Nie miałam żadnych wątpliwości, że chcę tu zamieszkać.
W naszym mieszkaniu jak mieszkaliśmy we trójkę nie było aż tak źle. Ale kiedy zaczęliśmy szykować kącik dla Frania to zaczęła się masakra. Zupełnie nie mamy miejsca na ubrania ani nie mamy gdzie trzymać innych rzeczy. Całe mieszkanie opanowały dzieci i ich rzeczy są wszędzie a my z R. nie mamy żadnej przestrzeni dla siebie, swojego kącika. Dosłownie, dusimy się tutaj.
Z sąsiadami dogadaliśmy się tak, że wszystko robimy na spokojnie. Dajemy im dwa lata na przeprowadzkę i w międzyczasie płacimy połowę kwoty, żeby mogli dokończyć swój nowy dom. Tymczasem, od tamtej pory minął rok a oni nie podejmują tematu. Zapadła cisza. My byliśmy napaleni, ale przez ten rok emocje opadły i zaczęliśmy trzeźwo myśleć. Mieszkanie piękne, ale blok to blok, wokół sąsiedzi a my chcielibyśmy gdzieś z daleka od ludzi. Chcielibyśmy mieć ciszę i spokój. Chcielibyśmy ogródek koło domu. Marzyliśmy, aby dzieciom urządzić tam plac zabaw. Poza tym czynsz nas odstraszył -800 zł miesięcznie i tak naprawdę mieszkanie nigdy nie byłoby do końca nasze, bo ciągle trzeba płacić taki wysoki czynsz i nie wiadomo za co. Dodać do tego nasze wydatki to miesięcznie płacilibyśmy 2,5 tysiące złotych na same rachunki. I cena którą zażyczyli sobie sąsiedzi może nie duża, ale tak naprawdę niewiele brakuje, żebyśmy wybudowali się.
Dlatego zdecydowaliśmy się, że jednak będziemy budować się. Mały, prosty domek. Mamy już wstępny projekt: kuchnia połączona z jadalnią i z salonem. Z salonu mamy wyjście na taras. Do tego trzy pokoje i łazienka. Prawie 100 m2. Mamy na oku dużą działkę w przepięknej okolicy. Działka ma 3000 m2, więc będziemy mieli mnóstwo przestrzeni. Z dala od ludzi, zabudowań. Po lewej stronie jest park i płynie sobie mały strumyk a z tarasu będziemy mieli widok na las i będziemy mogli podziwiać zachód
słońca. Mieszkamy w małej miejscowości więc jednocześnie do sklepu czy szkoły nie będzie daleko, ok.200m. Zobaczymy, co to będzie. Mam nadzieję, że powoli uda nam się zrealizować nasze największe marzenia i że w 2018 roku już tam zamieszkamy.
W zeszłym roku, mniej więcej jak byłam w połowie ciąży, mojego R. zaczepił sąsiad. Zapytał się, czy nie chcemy kupić jego mieszkania. Sąsiad wie, że mamy małe mieszkanie, zaledwie 50 metrów, że zaraz urodzi nam się dziecko i dlatego przydałoby się nam większe. Jednak R. odpowiedział, że nie chcemy kupić, że mu w głębi serca marzy się mały domek. Za jakiś czas sąsiad znów zaczepił R. i jeszcze raz zapytał się o to samo. Niespodziewanie zaciągnął R. do siebie i oprowadził po całym mieszkaniu. R. wrócił oczarowany. Mówił, że tamto mieszkanie jest piękne i takie duże, że zupełnie nie ma się wrażenia, że to jest blok. Kilka tygodni później sąsiedzi zaprosili również mnie, żebym obejrzała mieszkanie. Byłam zachwycona. Sąsiadów mieszkanie jest 80-metrowe, czyste, piękne, luksusowe, urządzone w naszym stylu i dlatego, co najważniejsze, moglibyśmy w nim od razu zamieszkać. Żaden remont nie jest konieczny, bo przy dzieciach remontować to byłoby bardzo trudne. Nie miałam żadnych wątpliwości, że chcę tu zamieszkać.
W naszym mieszkaniu jak mieszkaliśmy we trójkę nie było aż tak źle. Ale kiedy zaczęliśmy szykować kącik dla Frania to zaczęła się masakra. Zupełnie nie mamy miejsca na ubrania ani nie mamy gdzie trzymać innych rzeczy. Całe mieszkanie opanowały dzieci i ich rzeczy są wszędzie a my z R. nie mamy żadnej przestrzeni dla siebie, swojego kącika. Dosłownie, dusimy się tutaj.
Z sąsiadami dogadaliśmy się tak, że wszystko robimy na spokojnie. Dajemy im dwa lata na przeprowadzkę i w międzyczasie płacimy połowę kwoty, żeby mogli dokończyć swój nowy dom. Tymczasem, od tamtej pory minął rok a oni nie podejmują tematu. Zapadła cisza. My byliśmy napaleni, ale przez ten rok emocje opadły i zaczęliśmy trzeźwo myśleć. Mieszkanie piękne, ale blok to blok, wokół sąsiedzi a my chcielibyśmy gdzieś z daleka od ludzi. Chcielibyśmy mieć ciszę i spokój. Chcielibyśmy ogródek koło domu. Marzyliśmy, aby dzieciom urządzić tam plac zabaw. Poza tym czynsz nas odstraszył -800 zł miesięcznie i tak naprawdę mieszkanie nigdy nie byłoby do końca nasze, bo ciągle trzeba płacić taki wysoki czynsz i nie wiadomo za co. Dodać do tego nasze wydatki to miesięcznie płacilibyśmy 2,5 tysiące złotych na same rachunki. I cena którą zażyczyli sobie sąsiedzi może nie duża, ale tak naprawdę niewiele brakuje, żebyśmy wybudowali się.
Dlatego zdecydowaliśmy się, że jednak będziemy budować się. Mały, prosty domek. Mamy już wstępny projekt: kuchnia połączona z jadalnią i z salonem. Z salonu mamy wyjście na taras. Do tego trzy pokoje i łazienka. Prawie 100 m2. Mamy na oku dużą działkę w przepięknej okolicy. Działka ma 3000 m2, więc będziemy mieli mnóstwo przestrzeni. Z dala od ludzi, zabudowań. Po lewej stronie jest park i płynie sobie mały strumyk a z tarasu będziemy mieli widok na las i będziemy mogli podziwiać zachód
słońca. Mieszkamy w małej miejscowości więc jednocześnie do sklepu czy szkoły nie będzie daleko, ok.200m. Zobaczymy, co to będzie. Mam nadzieję, że powoli uda nam się zrealizować nasze największe marzenia i że w 2018 roku już tam zamieszkamy.
środa, 23 kwietnia 2014
Remont. Choroba Filipka
Przez miesiąc mieszkaliśmy u moich rodziców, ponieważ remontowaliśmy mieszkanie. Filipek bardzo szybko zaaklimatyzował się u rodziców. Rodzice mają duży dom, więc Filipek miał sporo miejsca do zabawy. Tylko, że on wcale tam nie bawił się. Czas spędzał na zwiedzaniu domu i bieganiu.
Filipek bardzo zżył się z moim tatą. Rano, gdy tata wchodził do kuchni, Filipek denerwował się na niego, mruczał a po śniadaniu już szedł z nim do pokoju i spędzali razem czas. Na tatę zaczął wołać "łała".
Gdy Filipek zauważył mleko na stole, chwytał je i szedł do miski kota, bo chciał mu nalać trochę mleczka. Potem brał karmę psa i usiłował nasypać psu jedzenie. Kiedy mama dała powąchać Filipkowi garnek z ciastem drożdżowym, Filipek zaczął płakać. Domyślił się, że z tego będą pyszne racuszki i chciał już jeść. Ciasto nie zdążyło wyrosnąć, bo trzeba było smażyć już dla Filipka, bo tak bardzo nie mógł doczekać się.
Któregoś ranka budzimy się a tu Filipek jest gorący. Nie była to wysoka gorączka, ale zdecydowaliśmy się pojechać do lekarza. Okazało się , że miał stan zapalny dziąseł. To wszystko od wyrzynających się ząbków. I dlatego przez kilka dni niewiele jadł. Lekarka zaleciła podawać antybiotyk i przeróżne maści do smarowania dziąseł. Zaznaczyła, że jakby na drugi dzień gorączkował to musi wtedy dostać zastrzyki. Na szczęście było widać poprawę i obyło się bez zastrzyków. Podczas wizyty, lekarka zapytała się, ile słów dwusylabowych mówi Filipek. Gdy zaczęliśmy jej wymieniać, była pod dużym wrażeniem. Tłumaczyła, że w wieku Filipka, dziecko powinno mówić pięć słów a Filipek mówi znacznie więcej. Mówiła, że z pewnością zacznie szybko mówić.
Remont jak to remont przysporzył na sporo nerwów i stresów. Kładliśmy płytki w łazience i w kuchni, w całym mieszkaniu wymieniliśmy panele, drzwi i ościeżnice, w przedpokoju robiliśmy elektrykę i gładź. W jednym dniu zdawało się, że wszystko idzie według planu a przez kolejne dni robota stała w miejscu. Martwiliśmy się, czy wyrobimy się do świąt. I remont skończyliśmy tuż przed świętami. A w święta, było wielkie sprzątanie, układanie, składanie szafy i malowanie mieszkania. Od rana do wieczora. Ale warto było. Mieszkanie teraz bardzo nam się podoba. Poprzestawialiśmy trochę meble i mamy znacznie więcej przestrzeni a Filipek, gdy wrócił do mieszkania, tylko biega z jednego końca na drugi.
Rok, 5 miesięcy, 4 tygodnie i 2 dni
Filipek bardzo zżył się z moim tatą. Rano, gdy tata wchodził do kuchni, Filipek denerwował się na niego, mruczał a po śniadaniu już szedł z nim do pokoju i spędzali razem czas. Na tatę zaczął wołać "łała".
Gdy Filipek zauważył mleko na stole, chwytał je i szedł do miski kota, bo chciał mu nalać trochę mleczka. Potem brał karmę psa i usiłował nasypać psu jedzenie. Kiedy mama dała powąchać Filipkowi garnek z ciastem drożdżowym, Filipek zaczął płakać. Domyślił się, że z tego będą pyszne racuszki i chciał już jeść. Ciasto nie zdążyło wyrosnąć, bo trzeba było smażyć już dla Filipka, bo tak bardzo nie mógł doczekać się.
Któregoś ranka budzimy się a tu Filipek jest gorący. Nie była to wysoka gorączka, ale zdecydowaliśmy się pojechać do lekarza. Okazało się , że miał stan zapalny dziąseł. To wszystko od wyrzynających się ząbków. I dlatego przez kilka dni niewiele jadł. Lekarka zaleciła podawać antybiotyk i przeróżne maści do smarowania dziąseł. Zaznaczyła, że jakby na drugi dzień gorączkował to musi wtedy dostać zastrzyki. Na szczęście było widać poprawę i obyło się bez zastrzyków. Podczas wizyty, lekarka zapytała się, ile słów dwusylabowych mówi Filipek. Gdy zaczęliśmy jej wymieniać, była pod dużym wrażeniem. Tłumaczyła, że w wieku Filipka, dziecko powinno mówić pięć słów a Filipek mówi znacznie więcej. Mówiła, że z pewnością zacznie szybko mówić.
Remont jak to remont przysporzył na sporo nerwów i stresów. Kładliśmy płytki w łazience i w kuchni, w całym mieszkaniu wymieniliśmy panele, drzwi i ościeżnice, w przedpokoju robiliśmy elektrykę i gładź. W jednym dniu zdawało się, że wszystko idzie według planu a przez kolejne dni robota stała w miejscu. Martwiliśmy się, czy wyrobimy się do świąt. I remont skończyliśmy tuż przed świętami. A w święta, było wielkie sprzątanie, układanie, składanie szafy i malowanie mieszkania. Od rana do wieczora. Ale warto było. Mieszkanie teraz bardzo nam się podoba. Poprzestawialiśmy trochę meble i mamy znacznie więcej przestrzeni a Filipek, gdy wrócił do mieszkania, tylko biega z jednego końca na drugi.
Rok, 5 miesięcy, 4 tygodnie i 2 dni
wtorek, 30 kwietnia 2013
Przeprowadzka
Jak przyjemnie jest obudzić się rano, otworzyć okno i SŁYSZEĆ TYLKO CISZĘ I ŚPIEW PTAKÓW! Dziesięć lat szukaliśmy naszego miejsca na ziemi a ono było tak blisko! Mieszkamy już w rodzinnej miejscowości.Jednak żal było opuszczać tamtą miejscowość. Spędziliśmy tam pięć lat. To były nasze najpiękniejsze lata. Tam zmienił się nasz sposób myślenia i styl życia. Zaczęliśmy zdrowo odżywiać się i pokochaliśmy sport. Oboje schudliśmy po 20 kg i wtedy poczuliśmy się jak nowonarodzeni. Nie było dnia bez aktywności fizycznej na świeżym powietrzu a w każdy weekend chodziliśmy na długie spacery z piesiem do lasu. Wtedy odrodziła się miłość między nami. Znów czułam motylki w brzuchu. Tam, po raz pierwszy, doznałam szczęścia, spokoju i poczucia bezpieczeństwa. No i tam, urodziłam kochanego syneczka.
Pakowania było co niemiara. Worków i kartonów mieliśmy aż do sufitu a pośród nich leżał grzecznie Filipek. Biedny, nie wiedział, co się dzieje. A mnie aż w gardle ściskało, bo on tak samiutki sobie leżal a ja zamiast zająć się nim, pakowałam nasze rzeczy. Żal mi było synka dlatego postanowiłam pojechać z nim do rodziców, kilka dni wcześniej. Ze łzami w oczach opuszczałam nasze mieszkanie. Bałam się, jak cholera, całej tej przeprowadzki a najbardziej martwiłam się o Filipka. Zastanawiałam się, jak on zniesie takie zmiany. Bałam się o to, że Filipek będzie tęsknił za swoim niebieskim pokojem, za łóżeczkiem, za naszym mieszkaniem. Obawiałam się, że gdy obudzi się w nocy, będzie płakał, bo nie będzie wiedział, gdzie jest i co się dzieje. Na szczęście, moje lęki okazały się bezpodstawne. Moja mama z tatą przyszykowali dla niego piękny pokoik. Filipek bardzo dobrze w nim się czuł. Szybko u rodziców zaklimatyzował się, choć wcześniej nigdzie nie bywał, bo nie mieliśmy tam nikogo bliskiego.
Moi rodzice zajęli się wszystkim, całym remontem. Wymienili nam okna, drzwi, panele, wc, wynajęli faceta, aby zrobił gładź w mieszkaniu i pomalował ściany. Romek zajął się pakowaniem rzeczy i transportem. Potem, przez ponad dwa tygodnie sprzątaliśmy i rozpakowywaliśmy rzeczy. Siedzieliśmy od rana do nocy i układaliśmy wszystko. A Filipcio leżał z grzechotką w tych brudach, w wózeczku i sam grzecznie się bawił. Musiałam brać go ze sobą, bo przecież, co chwilę, domagał się cyca. Strasznie źle się czułam psychicznie. Byłam rozdrażniona i chciało mi się ryczeć dlatego, że tak mało czasu poświęcałam Filipkowi. Od kilku tygodni, zamiast skupiać się na synku, my zajmowaliśmy się mieszkaniem, sprzedaniem starego, kupnem nowego, pakowaniem, przeprowadzką, rozpakowywaniem, sprzątaniem i jeszcze raz sprzątaniem. Świąt nie mieliśmy. Całe dnie siedzieliśmy u nas z moimi rodzicami i bratem i porządkowaliśmy wszystko. Kiedy Romek poprosił swoich rodziców o pomoc, teściowa przyjechała zła jak osa, że musi pomóc, bo przecież są święta a ona jeszcze nie pogotowała! Trochę pomyła płytki w łazience i nie minęła nawet godzina a ona już pojechała. I tylko w drzwiach, na dowidzenia, powiedziała "wesołych świąt" i wyszła. Ani do mnie ani do Romka nie powiedziała: "synu, to przyjedźcie z Magdą na kawę, czy ciasto"! Nic, zero zainteresowania. Zero pomocy. Ale poradziliśmy sobie bez ich pomocy.Teraz mamy fajnie. Blisko są moi rodzice, więc mamy gdzie spacerować. Filipcio ma babcię i dziadka na co dzień. I w końcu, mamy czas z Filipciem tylko dla siebie :))))) Kocham mojego małego Smerfunia całym sercem. To wszystko robimy dla niego. Chcemy, aby wokół siebie miał ludzi, którzy go kochają.
17.03.13 r.
Pakowania było co niemiara. Worków i kartonów mieliśmy aż do sufitu a pośród nich leżał grzecznie Filipek. Biedny, nie wiedział, co się dzieje. A mnie aż w gardle ściskało, bo on tak samiutki sobie leżal a ja zamiast zająć się nim, pakowałam nasze rzeczy. Żal mi było synka dlatego postanowiłam pojechać z nim do rodziców, kilka dni wcześniej. Ze łzami w oczach opuszczałam nasze mieszkanie. Bałam się, jak cholera, całej tej przeprowadzki a najbardziej martwiłam się o Filipka. Zastanawiałam się, jak on zniesie takie zmiany. Bałam się o to, że Filipek będzie tęsknił za swoim niebieskim pokojem, za łóżeczkiem, za naszym mieszkaniem. Obawiałam się, że gdy obudzi się w nocy, będzie płakał, bo nie będzie wiedział, gdzie jest i co się dzieje. Na szczęście, moje lęki okazały się bezpodstawne. Moja mama z tatą przyszykowali dla niego piękny pokoik. Filipek bardzo dobrze w nim się czuł. Szybko u rodziców zaklimatyzował się, choć wcześniej nigdzie nie bywał, bo nie mieliśmy tam nikogo bliskiego.
Moi rodzice zajęli się wszystkim, całym remontem. Wymienili nam okna, drzwi, panele, wc, wynajęli faceta, aby zrobił gładź w mieszkaniu i pomalował ściany. Romek zajął się pakowaniem rzeczy i transportem. Potem, przez ponad dwa tygodnie sprzątaliśmy i rozpakowywaliśmy rzeczy. Siedzieliśmy od rana do nocy i układaliśmy wszystko. A Filipcio leżał z grzechotką w tych brudach, w wózeczku i sam grzecznie się bawił. Musiałam brać go ze sobą, bo przecież, co chwilę, domagał się cyca. Strasznie źle się czułam psychicznie. Byłam rozdrażniona i chciało mi się ryczeć dlatego, że tak mało czasu poświęcałam Filipkowi. Od kilku tygodni, zamiast skupiać się na synku, my zajmowaliśmy się mieszkaniem, sprzedaniem starego, kupnem nowego, pakowaniem, przeprowadzką, rozpakowywaniem, sprzątaniem i jeszcze raz sprzątaniem. Świąt nie mieliśmy. Całe dnie siedzieliśmy u nas z moimi rodzicami i bratem i porządkowaliśmy wszystko. Kiedy Romek poprosił swoich rodziców o pomoc, teściowa przyjechała zła jak osa, że musi pomóc, bo przecież są święta a ona jeszcze nie pogotowała! Trochę pomyła płytki w łazience i nie minęła nawet godzina a ona już pojechała. I tylko w drzwiach, na dowidzenia, powiedziała "wesołych świąt" i wyszła. Ani do mnie ani do Romka nie powiedziała: "synu, to przyjedźcie z Magdą na kawę, czy ciasto"! Nic, zero zainteresowania. Zero pomocy. Ale poradziliśmy sobie bez ich pomocy.Teraz mamy fajnie. Blisko są moi rodzice, więc mamy gdzie spacerować. Filipcio ma babcię i dziadka na co dzień. I w końcu, mamy czas z Filipciem tylko dla siebie :))))) Kocham mojego małego Smerfunia całym sercem. To wszystko robimy dla niego. Chcemy, aby wokół siebie miał ludzi, którzy go kochają.
17.03.13 r.
wtorek, 5 marca 2013
Decyzja zapadła. Kupujemy mieszkanie w rodzinnej miejscowości. Mieszkanie, może do końca nie jest takie o jakim marzyliśmy - ma tylko dwa pokoje, ale i tak jest o 11 m2 większe od naszego obecnego. Jest na pierwszym piętrze, więc nie będzie problemu z dźwiganiem Filipka. Klatka schodowa jest ogromna, zatem wózek będę mogła zostawiać na dole. I ma ogromny balkon. Za blokiem znajduje się plac zabaw dla dzieci, będę więc mogła z domu obserwować, jak bawi się Filipek. A po drugiej stronie ulicy jest przedszkole, szkoła podstawowa i gimnazjum. Filipek będzie miał blisko do szkoły i może, za jakiś czas, będę tam pracowała. Okolica jest spokojna, nie będzie tego hałasu za oknem, co tutaj. A co najważniejsze, rodzina będzie pod ręką. Będą codzienne odwiedziny babć i dziadków. Filipek w końcu nie będzie sam. Tutaj nawet na chwilę nie mam z kim zostawić synka. A planujemy jeszcze jedno dziecko. Nie wiem, jak wychodziłabym na spacer, z dwojgiem małych dzieci i z psem, z czwartego piętra.
Właściciel mieszkania stwierdził, że na pieniądze poczeka nawet pół roku, dopóki nie sprzedamy swojego. Moim rodzicom wręczył klucze i oni już od pierwszego dnia działają. Remontują nam mieszkanie, tak że przyjedziemy już na gotowe.
Nawet nie wiem, ile nocy nie spałam, zastanawiając się, czy dobrze robimy. Wracać z miasta na wieś? Ale tak czy inaczej, tam jest nasze serce. Tam się wychowaliśmy.
Denerwuję się, że zamiast spokojnie cieszyć się macierzyństwem, skupiam się na mieszkaniu.
A w niedzielę odbędą się chrzciny Filipka.
Właściciel mieszkania stwierdził, że na pieniądze poczeka nawet pół roku, dopóki nie sprzedamy swojego. Moim rodzicom wręczył klucze i oni już od pierwszego dnia działają. Remontują nam mieszkanie, tak że przyjedziemy już na gotowe.
Nawet nie wiem, ile nocy nie spałam, zastanawiając się, czy dobrze robimy. Wracać z miasta na wieś? Ale tak czy inaczej, tam jest nasze serce. Tam się wychowaliśmy.
Denerwuję się, że zamiast spokojnie cieszyć się macierzyństwem, skupiam się na mieszkaniu.
A w niedzielę odbędą się chrzciny Filipka.
piątek, 22 lutego 2013
Filipek zachorował :((( Po nim wcale nie było widać, że jest chory. Jak zawsze, był uśmiechnięty, gaworzył, wymachiwał łapkami, przebierał nóżkami. Dopiero we wtorek, podczas kąpieli, był strasznie marudny, płakał a on przecież tak bardzo lubi się kąpać. Po kąpieli położyłam go do łóżeczka a Filipek od razu usnął. Jęczał przez sen. Myślałam, że może jest tak wyczerpany po całym dniu. O drugiej w nocy, kiedy brałam go do karmienia, był gorący jak ogień. Zmierzyłam mu temperaturę, miał aż 39,6 stopni!!! Szybko dałam mu czopek. Podczas każdej zmiany pieluszki, mierzyłam mu temperaturę a ona powoli spadała. Rano Filipek uśmiechał się, aż dołeczki miał w policzkach, machał rączkami, apetycik dopisywał, więc myślałam, że wszystko jest już ok. Nie wiedziałam, czy powinnam pójść do lekarza czy nie, bo nie chciałam, żeby czasem nie zaraził się w poczekalni. Jednak zdecydowałam, że pójdziemy. Do lekarza weszliśmy bez kolejki, pierwsi. Pan doktor zajrzał w gardełko, posłuchał bicia serduszka. Filipek był bardzo dzielny. Rozglądał się dookoła, wcale nie zapłakał. Okazało się, że Filipek ma zapalenie gardła. Wczoraj źle Filipek wyglądał, oczka miał szklące i spuchnięte, stracił apetyt, dużo spał. Ale mimo to, ciągle się uśmiecha.
Romek od miesiąca nie może się wyleczyć, ciągle kaszle. Mnie zaraził, brałam antybiotyki, wyzdrowiałam i po tygodniu, znowu gardło mnie boli i z nosa cieknie. Więc jak synek ma być zdrowy, jak my ciągle chorujemy?
Postanowiliśmy sprzedać nasze mieszkanie. Dzisiaj będziemy mieli kolejną prezentacje naszego mieszkania a okazuje się, że jeśli sprzedamy mieszkanie, sami nie będziemy mieli gdzie mieszkać. Chcieliśmy kupić mieszkanie w naszej, rodzinnej, miejscowości. Rozmowy były już bardzo zaawansowane a w ostatniej chwili sprzedający zmienili zdanie i nie chcą sprzedawać mieszkania. Innych, atrakcyjnych ofert w naszej miejscowości nie ma i raczej nie będzie, bo to bardzo mała miejscowość, więc chyba zostaniemy bez dachu nad głową :((((
Romek od miesiąca nie może się wyleczyć, ciągle kaszle. Mnie zaraził, brałam antybiotyki, wyzdrowiałam i po tygodniu, znowu gardło mnie boli i z nosa cieknie. Więc jak synek ma być zdrowy, jak my ciągle chorujemy?
Postanowiliśmy sprzedać nasze mieszkanie. Dzisiaj będziemy mieli kolejną prezentacje naszego mieszkania a okazuje się, że jeśli sprzedamy mieszkanie, sami nie będziemy mieli gdzie mieszkać. Chcieliśmy kupić mieszkanie w naszej, rodzinnej, miejscowości. Rozmowy były już bardzo zaawansowane a w ostatniej chwili sprzedający zmienili zdanie i nie chcą sprzedawać mieszkania. Innych, atrakcyjnych ofert w naszej miejscowości nie ma i raczej nie będzie, bo to bardzo mała miejscowość, więc chyba zostaniemy bez dachu nad głową :((((
środa, 13 lutego 2013
To się dzieje zbyt szybko... Wystawiliśmy mieszkanie na sprzedaż. Myśleliśmy, że sprzedaż mieszkania zajmie nam przynajmniej rok czasu a to już na następny dzień rozdzwoniły się telefony... Mamy już zdecydowanego klienta...
A ja zastanawiam się, czy słusznie robimy? Mamy już na oku, mieszkanie w naszej rodzinnej miejscowości. Mieszkanie jest na pierwszym piętrze, trzypokojowe, z balkonem, działką, sadem owocowym, altanką lecz do kapitalnego remontu. Pieniądze na remont mielibyśmy, bo ze sprzedaży tego mieszkania zostałoby nam parę groszy, ale martwię się jak to będzie?
Zastanawiam się, co wybrać? Miasto, czy wieś? Jak byłam nastolatką marzyłam o tym, aby się stamtąd wybić a teraz mam tam wracać? Gdy przyjeżdżaliśmy tam, na wakacje, już po kilku dniach, mieliśmy dosyć tamtej miejscowości i chcieliśmy wracać do domu. Czas tam tak strasznie dłużył się.
Często też, bałam się tam, że Romek... nie wróci. Teściowie wykorzystywali go na każdym kroku. Z najmniejszym problemem dzwonili do niego, jakby mieli tylko jednego syna a mają trzech. A on był z nimi zżyty, chyba bardziej niż ze mną. Ciekawe, czy w tej kwestii będzie teraz inaczej?
Jednak tutaj mnie nic nie trzyma. Nie mam tu znajomych, rodziny, całe dnie spędzam sama. Mieszkam na 4. piętrze i z synkiem coraz ciężej jest wychodzić na spacerki, bo on rośnie z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. A tam jest rodzina, zawsze by pomogli.
Myślę sobie, że już nic nie będzie, tak jak przedtem. Koniec już z wolnością, z robieniem, co się chce i kiedy się chce. Teraz mamy synka, mnóstwo obowiązków, więc na nudę nie będziemy mogli narzekać :)
A ja zastanawiam się, czy słusznie robimy? Mamy już na oku, mieszkanie w naszej rodzinnej miejscowości. Mieszkanie jest na pierwszym piętrze, trzypokojowe, z balkonem, działką, sadem owocowym, altanką lecz do kapitalnego remontu. Pieniądze na remont mielibyśmy, bo ze sprzedaży tego mieszkania zostałoby nam parę groszy, ale martwię się jak to będzie?
Zastanawiam się, co wybrać? Miasto, czy wieś? Jak byłam nastolatką marzyłam o tym, aby się stamtąd wybić a teraz mam tam wracać? Gdy przyjeżdżaliśmy tam, na wakacje, już po kilku dniach, mieliśmy dosyć tamtej miejscowości i chcieliśmy wracać do domu. Czas tam tak strasznie dłużył się.
Często też, bałam się tam, że Romek... nie wróci. Teściowie wykorzystywali go na każdym kroku. Z najmniejszym problemem dzwonili do niego, jakby mieli tylko jednego syna a mają trzech. A on był z nimi zżyty, chyba bardziej niż ze mną. Ciekawe, czy w tej kwestii będzie teraz inaczej?
Jednak tutaj mnie nic nie trzyma. Nie mam tu znajomych, rodziny, całe dnie spędzam sama. Mieszkam na 4. piętrze i z synkiem coraz ciężej jest wychodzić na spacerki, bo on rośnie z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. A tam jest rodzina, zawsze by pomogli.
Myślę sobie, że już nic nie będzie, tak jak przedtem. Koniec już z wolnością, z robieniem, co się chce i kiedy się chce. Teraz mamy synka, mnóstwo obowiązków, więc na nudę nie będziemy mogli narzekać :)
środa, 9 lutego 2011
Ferie
Pracę wysłałam promotorowi tydzień temu. Zapytałam się też na czym powinnam skupić się w następnym rozdziale a tu nic. Ciszaaaaa. Pewnie dowiem się dopiero 17. lutego, na jego konsultacjach, a indeks trzeba złożyć do 22. W tym czasie nie dam rady napisać rozdziału i go poprawić. Chyba będę musiała przedłużać sesję, ale na mojej uczelni jest to prawie niemożliwe…
Teraz mam ferie. Czytam książki do pracy i znowu zaczęłam biegać. Bardzo długo nie biegałam a mimo to, mam kondycję - biegnę 20 min. Chciałabym zgubić parę kilogramów do wiosny.
Wczoraj otrzymaliśmy długo oczekiwaną wiadomość. Nasze mieszkanie zostało przeznaczone do sprzedaży i możemy starać się o jego wykup. Do połowy marca musimy złożyć wniosek i 1500 zł. na rozpoczęcie całej procedury.
Postanowiłam zmienić portal, bo od kiedy zostałam polecona na Onecie ( i to w związku z rodzinnym tematem ) bałam się już tam pisać. Ciężko było mi się rozstawać z tamtym blogiem, jednak wydaje mi się, że ten portal ma dużo więcej zalet, jest nowocześniejszy. Mam nadzieję, że tutaj szybko się zadomowię i Wy razem ze mną :)
Postanowiłam zmienić portal, bo od kiedy zostałam polecona na Onecie ( i to w związku z rodzinnym tematem ) bałam się już tam pisać. Ciężko było mi się rozstawać z tamtym blogiem, jednak wydaje mi się, że ten portal ma dużo więcej zalet, jest nowocześniejszy. Mam nadzieję, że tutaj szybko się zadomowię i Wy razem ze mną :)
czwartek, 23 września 2010
Ostatnie wolne dni
Ostatnie wolne dni wykorzystuję na odpoczynek. Dużo spaceruję z Dzióbkiem, czytam książki. Niestety, trochę męczą mnie poprawki w mieszkaniu. Nawet jak robi się jakieś drobne poprawki to zaraz w całym mieszkaniu jest bałagan. Chciałabym już wysprzątać mieszkanie, żeby jeszcze móc nacieszyć się nim, zanim pójdę na uczelnię. Z mężem mamy ostatnio mało czasu dla siebie. Jak wraca z pracy jest 17., potem jemy obiad i on zaraz zabiera się za prace wykończeniowe. Nie wiadomo kiedy nastaje wieczór. I weekendy również tak szybko nam mijają.
Minął już ponad miesiąc czasu, jak nie rozmawiam z mamą.
środa, 15 września 2010
Zakupy :)
Wczoraj pojechałam do miasta, na uczelnię, po wpis i złożyłam indeks w dziekanacie. Ciągle nie mogę uwierzyć, że JESTEM NA PIĄTYM ROKU :))) Pogoda była paskudna, cały czas padał deszcz , nieźle zmarzłam. Ale za to jak przyjemnie jest wrócić do własnego, przytulnego mieszkania :) A Dzióbeczek jak się ucieszył się, że jego pani wróciła:)
W tym miesiącu mieliśmy z małżonkiem zakupowe szaleństwo. Kupiliśmy wieszak wolnostojący do przedpokoju, nowoczesną baterię do zlewu w kuchni, żyrandol również do kuchni i naszą wymarzoną kanapę z naturalnej skóry, w kolorze czarnym. Kanapa prezentuje się super, jest bardzo elegancka i wygodna. Daliśmy ją do salonu, natomiast zwykłe łóżko przenieśliśmy do małego pokoju i zaczęliśmy z mężem w nim spać. Pierwsze noce jednak w ogóle nie spałam, ponieważ wcześniej praktycznie nie przebywałam w tym pokoju i dlatego czułam się tam bardzo dziwnie. Wydawało mi się, że jestem gdzie indziej, nie u siebie.
A i nasz Dzióbek długo nie mógł znaleźć swojego miejsca.Ostatnio było mu trochę zimno, ponieważ znowu ostrzygliśmy go, tym razem bardzo krótko, a na dodatek nie ogrzewali nam mieszkania, więc zaczął z nami spać. A gdy przenieśliśmy się do małego pokoju, chłopak (czyt. Dzióbek) zbuntował się i połowę nocy spędził sam w dużym pokoju. Dopiero o 4. nad ranem przyszedł do nas. Swoją drogą, przez kilka dni nie mogłam poznać własnego psa. Jak miał długie kłaczki wydawał się taką tłuściutką kuleczką, natomiast po strzyżeniu okazał się malutką, delikatną kruszyneczką.
A… i jeszcze mieliśmy ostatnie przeróbki w mieszkaniu, skracaliśmy rurę gazową i rury wodne. Pozostało nam jeszcze pójść do gazowni, podpisać umowę.
piątek, 9 lipca 2010
Nie odwiedzą
Upały dają się we znaki. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się spiekłam na słońcu, chyba jak byłam małą dziewczynką. Teraz z domu nigdzie za daleko nie ruszam się. Wychodzę,tylko po zakupy i na spacerki do parku z Dzióbeńkiem, ale i tam jest gorąco. Pieczenie ciała minęło, teraz nadszedł czas na swędzenie i zdrapywanie schodzącej skóry. Oj, teraz nie tak prędko będę opalała się, a już na pewno z rozsądkiem.
Moja mama ponoć załatwiła z siostrą tę sprawę. Monika ma przywieźć tę sukienkę, chociaż nie przyznała się wprost, że ją ma. A ja żeby nie myśleć o tym i nie wkurzać się wzięłam się za generalne porządki. Jak jestem zła, muszę się czymś zająć. To poprawia mój nastrój. A więc prałam, sprzątałam, myłam okna, pozmieniałam firanki. Od kiedy umeblowaliśmy kuchnię, ku mojemu zdziwieniu, dużo czasu tam spędzam. Wcześniej, gotowałam obiady tylko w weekendy a teraz gotuję codziennie i nawet zaczynam to lubić. Niestety, nie mamy jeszcze kuchenki gazowej, więc gotuję tylko jakieś proste, zwykłe obiadki, żeby nie ciągnąć za dużo prądu. Ale już zaplanowałam, że jak kupimy kuchenkę gazową, pierwsze co zrobię to będą gołąbki i upichcę pyszną karpatkę. Mam na to chęć od dawna. Dopiero zacznę szaleć w kuchni.
Jutro przyjadą do nas teściowie. Chcieli zabrać do nas moich dziadków, bo oni jeszcze nie widzieli naszego mieszkania. Niestety, dziadkom coś wypadło, nie przyjadą. Potem chcieli zabrać do nas moją mamę i brata. Pisałam do nich, żeby przyjechali, w końcu tylko raz byli, a teraz tyle się u nas pozmieniało. Chciałam, żeby zobaczyli jak mamy. Niestety, odpowiedzi od nich brak. W końcu Romek zadzwonił do nich zapytać się, czy przyjadą . Mama powiedziała, że nie. Z nimi tak jest: zazwyczaj nie przyjadą, bo nie mają czym. Jak teściowie proponują, żeby zabrali się z nimi samochodem, to albo jest dla nich za gorąco, żeby jechać, albo za zimno, albo nie chce się, albo mój brat ma dużo lekcji do odrobienia i nie mogą przyjechać. Zawsze mają jakąś bzdurną wymówkę. Zawsze coś. I powtarza się sytuacja sprzed roku. Teściów, nie za bardzo lubię, ale w środku nocy zadzwoniłoby się do nich z prośbą, żeby przyjechali to oni bez żadnego gadania, przyjechaliby. A do mojej rodziny trzeba „wysyłać specjalne zaproszenia” , żeby raczyli odwiedzić nas a oni i tak mają to w dupie. Nawet odpowiedzieć jest im ciężko. Tak jakby mama nie potrafiła cieszyć się moim szczęściem. Teoretycznie może cieszy się, że układa nam się, ale nie chce przyjechać, zobaczyć jak żyjemy, jak nam się mieszka, jak urządziliśmy sobie mieszkanie. Nic. Zero zainteresowania. A nam jest cholernie przykro.
wtorek, 30 marca 2010
Nareszcie!
Jesteśmy już w nowym mieszkanku. Moi rodzice z Romanem świetnie zorganizowali przeprowadzkę, było 7 chłopów, więc sprawnie poszło. Ale jeszcze przeżywamy stresy związane z tym mieszkaniem i hydrauliką. W łazience woda cieknie, zalało nam kuchnie, trzeba było zrywać trochę paneli. Bałagan jeszcze jest, bo wciąż kuchnia i przedpokój nie są dokończone, ale jesteśmy przeszczęśliwi. Mieszkanie mamy piękne, jak dla nas duże, przytulne, urządzone tak jak marzyliśmy. Z Romanem „gubimy się” w nim i nasz piesek również ma trudności z odnalezieniem nas. Jeszcze nie możemy się przyzwyczaić.
Jak przeprowadzaliśmy się, ku mojemu zaskoczeniu przyjechali teściowie pomóc nam. W ogóle nie spodziewałam się ich. Mąż opowiadał jakie były ich miny zdziwienia, gdy zobaczyli nasze mieszkanie. Jakie mamy „ luksusy” jak określiła to jego matka. W trakcie rozmowy okazało się, że ona myślała, że to mieszkanie już było takie piękne, nie miała pojęcia, że np. w łazience to my płytki położyliśmy, że okna też my wymienialiśmy, że w ogóle wszystko musieliśmy tutaj robić od podstaw, mimo że cały czas Roman mówił jej o tym. Nie mogła przyjąć do wiadomości tego, że to my sami musieliśmy na to ciężko zapracować (u nich w rodzinie każdy żeruje na każdym). A u nas w domu poczuła się jak u siebie, zaczęła sama wszędzie chodzić, oglądać i zaglądać. Jeśli drzwi do kuchni były zamknięte, żeby tam nie wchodzić, bo w dalszym ciągu remontujemy i żeby nie roznosić brudu po całym mieszkaniu, ona musi tam wejść, zobaczyć. Jeśli mamy przykryte folią płytki, żeby nie zniszczyć ich ona musi zedrzeć folię i zobaczyć jakie. Gdy jeden pokój załadowany był od podłogi do sufitu skrzynkami i kartonami, ona tam wchodzi w poszukiwaniu szklanki i czajnika, bo chce kawy napić się. Przeciska się pomiędzy kartonami, zagląda do każdego, grzebie w cudzych rzeczach! I gada, żebyśmy kupili sobie takie a takie firanki, to a to. Mieszkanie to studnia bez dna, tyle do zrobienia jeszcze mamy a ona pieprzy co jeszcze powinniśmy kupić! A pomóc nam w żaden sposób nie chce. Nawet niech nam nie pomaga, niech tylko płaci raty swojego najstarszego synka ( 1 000 zł miesięcznie), które my obecnie płacimy, a my sobie poradzimy. Albo był temat zbliżających się świąt, ona zdziwiona ma pretensje do mnie za to, że we święta będziemy wykańczać mieszkanie. A kto nam dokończy, jeśli nie my sami? Kto zrobi to za nas? NIKT. Święta to dla nas przede wszystkim wolne. Czas w którym możemy trochę zająć się tym mieszkaniem, bo kiedy mamy to zrobić? Roman codziennie jest w domu dopiero po 17. Późnym popołudniem zapytała się mnie, co my dzisiaj jedliśmy, odpowiedziałam jej, że dzisiaj nic, wczoraj wieczorem tylko kolację. Ona szybko sięgnęła do torebki, wyciągnęła kiełbasę z chlebem i w kółko zaczęła zrzędzić: „Romuś…,Mieciu..., Maniuś chodźcie zjeść”. Czy ja chcę, nie zapytała się. Potem dała mi kiełbasę z kromką chleba, żebym… potrzymała Romkowi!!!! Czułam się jakbym była jakąś obcą dziewuchą! Pogubiłam się. Zaczęłam zastanawiać się co ja tutaj robię? Czy właściwie ja jestem u siebie, czy gdzie indziej? Przed odjazdem powiedziała, żebym przypilnowała Romka, żeby zjadł. Roman wie, że ona jest taka, wie, że mnie ignoruje, rozmawia z nią o tym, kiedy trzeba kłóci się, broni mnie, ale tego nie słyszał, bo robił w łazience.
Przyniosła pani z agencji mieszkaniowej list zaadresowany do nas, żebym podpisała dokument dotyczący zmiany kwoty czynszu. Otworzyłam list, żeby przeczytać co mam tak naprawdę podpisać a teściu wyrwał mi go z ręki i sam zaczął czytać. Nauczony, że zawsze otwierał listy mojego męża, zapomniał chyba o tym, kim ja jestem. Wyrwałam mu to z powrotem i chyba kapnął się o co chodzi. Mam tych ludzi serdecznie dość. Kontakty i tak mamy z nimi rzadkie i nie chcę jeszcze być dla nich niemiła, bo to w końcu są rodzice mojego męża. Nie chcę sprawiać jemu przykrości. Staram się trzymać nerwy na wodzy.
środa, 24 marca 2010
Remont c.d
Remont przedłuża się,ale mam nadzieję, że w sobotę będziemy przeprowadzali się. Niestety, co tydzień przekładamy tę przeprowadzkę. Pokoje są prawie wykończone, łazienka również. Pozostała jeszcze kuchnia i przedpokój. Moje urodziny spędziłam malując pokoje. Pomagam ile mogę, byle byłoby szybciej. Oczywiście, również jest nam raźniej robić we dwoje (szczególnie po tej nerwówce, którą mieliśmy przez tego "fachowca"), więc zostajemy tam do późna. Romanowi urlop minął. Powoli trzeba zacząć pakować się. Przeraża mnie to, chociaż mieliśmy już sporo przeprowadzek, ale wtedy jeszcze nie mieliśmy mebli… Wnosić to wszystko na 4. piętro… Chciałabym mieć to już za sobą.
U Was też tak pięknie świeci słoneczko? Marzy mi się długi spacer do lasu.
piątek, 12 marca 2010
"Fachowiec"
Remont trwa nadal. Jesteśmy już nim wykończeni i fizycznie i psychicznie. Nasz „fachowiec” okazał się kompletnym głąbem. Żaden z niego fachowiec, tylko alkoholik, krętacz, oszust i kombinator. Już na początku kapnęliśmy się, że z nim coś jest nie tak, bo tak mu ciężko było wziąć się do roboty, że masakra. Jak mojego męża nie było przy nim to kompletnie nic nie robił. Nawet przez kilka dni niczego nie tknął, tylko pomieszkiwał tam sobie i imprezował ze swoją lalunią ( bez naszej wiedzy). Cały czas ściemniał i ściemniał a że daliśmy jemu już na samym początku połowę umówionej sumy pieniędzy, bo jak mówił „dzieci nie mają co jeść”, musieliśmy trzymać go na siłę, prosić, żeby zrobił i tolerować jego chore zachowania. Lekceważył nas i ignorował, to on decydował, że na przykład dziś zacznie robić o godzinie 15(!), a jeśli brakowało jakiejś zaprawy czy czegoś mówił to dopiero o godzinie zamykania sklepów itd. W międzyczasie braliśmy innych ludzi, żeby zrobili to co tamten miał wykonać np. demontować ościeżnice i zakładać nowe, położyć panele, a na tamtym nie robiło to żadnego wrażenia. Nie było żadnego sposobu na niego, żeby zaczął robić! Musieliśmy zapłacić dwa czynsze za dwa mieszkania. Na kafelki w łazience wydaliśmy majątek a on spieprzył robotę. Tak krzywo to położył, że w głowie to się nie mieści. Niejeden amator mógłby zdecydowanie lepiej położyć. Jedna płytka jest wypukła inna wklęsła, w innym miejscu nachodzą na siebie w innym rozchodzą, poobijał kafelki, przykrył klejem, żeby nie było widać obtłuczenia. Nie wspominając już o tym, że średnio kładł…4 płytki dziennie! Prawie dwa tygodnie i nie mógł zrobić łazienki ok. 5-metrowej! Wykazaliśmy się oboje z mężem dużą niewiedzą, bo to pierwsze nasze mieszkanie, pierwszy w życiu remont. Kasę daliśmy a efektów żadnych. W końcu wyrzuciliśmy go. Tamte płytki zaczęliśmy zrywać, trzeba było zmówić nowe, aż płakać się chciało. Znaleźliśmy już innego fachowca, widać, że facet ma pojęcie o tym co robi. W kilka godzin położył panele w dwóch pokojach, aż byliśmy w szoku, że tak szybko mu poszło, przyzwyczajeni do nieróbstwa tamtego. Dziś zacznie robić nam łazienkę od początku.A więc jeszcze to potrwa.
poniedziałek, 15 lutego 2010
"Uprzejmi" sąsiedzi
Prace remontowe ruszyły zdecydowanie do przodu. Na drodze napotykamy różne przeszkody, ale powoli rozwiązujemy problemy.
Klucze do naszego mieszkania zostawiliśmy fachowcowi a sami byliśmy zajęci załatwianiem tysiąca spraw. Rzadko więc chodziliśmy do tamtego mieszkania. Po tygodniu, jak poszliśmy okazało się, że poza zrobioną elektryką nic więcej nie było ruszone. Okazało się również, że nasz fachowiec spał tam z żoną, nic nam o tym nie mówiąc. Niby, że tak późno, przy świeczce, pracują a zostawali tam dlatego, żeby tam spać. Gdy mąż powiedział, że jest niezadowolony z roboty i zaczął tam przebywać, prace ruszyły natychmiast.
Udało nam się poznać nowych sąsiadów. Niestety, nie należało to do przyjemności. Są to okropni ludzie. Już na wstępie, każdy oznajmia, że on tu pilnuje porządku. Wychodzą na klatkę, patrzą co robisz, co nosisz, obserwują cię i pilnują. Dodam, że większość osób to ludzie starsi. Zauważyli, że do śmieci na dworze, ktoś wysypał gruzy. Od razu podejrzenie padło na nas. Nie pytając się nas o nic, zadzwonili do administracji, na skargę. Kiedy my niczego nie wyrzucaliśmy, wszystkie worki trzymamy w mieszkaniu. Potem szpiegowali nasze liczniki z prądem, czy aby nie bierzemy prądu z klatki. Mówili, że oni wiedzą ile to płaci się za ten prąd. Zadzwonili znowu do administracji, aby upewnić się. Następny przykład: żona naszego fachowca usłyszała dyszenie pod drzwiami, myślała, że to pies. Otworzyła drzwi a spod drzwi nagle odskoczył wystraszony sąsiad. Podsłuchiwał nas a drzwi mamy jeszcze stare. Potem w nocy przybiegł do nas administrator bloku, w którym obecnie mieszkamy, że w tamtym mieszkaniu, zalaliśmy wodą cały pion, że muszą zakręcić wszystkim wodę, że nasze drzwi będą wywarzać itd. Roman pobiegł szybko a okazało się, że sąsiadowi zrobiła się mała plamka wody na suficie. Nie miała nawet 10 cm a tyle szumu narobili! Nasz fachowiec odkręcił trochę wody w kranie a nie zrobił jeszcze hydrauliki. Mąż zdeklarował się, że pomaluje im sufit. I ciągle każdy przed każdym ostrzega, mówią że nikt nie waha się nigdy zadzwonić tam gdzie trzeba, ze skargą. Atmosfera jest więc straszna. Administracja mieszkaniowa powiedziała nam, że mnóstwo ludzi z naszej klatki było chętnych na to mieszkanie, chcieli kupić i tu nagle wielkie zdziwienie i oburzenie, że to my dostaliśmy tę szanse. Dają nam odczuć to na każdym kroku. Poza tym okazało się, że okna w naszym bloku nie mogą być brązowe, bo... nie będą komponowały się z pomalowanym blokiem!!! Jesteśmy przekonani, że nasi sąsiedzi uprzejmie donieśliby o tym, więc musieliśmy zrezygnować ze złotego dębu, ale na szczęście zaliczka przejdzie na poczet białych okien, nie będziemy więc stratni.
Najważniejsze, że idziemy do przodu, że mieszkanie przybrało już kształt mieszkania, bo było naprawdę w koszmarnym stanie.
piątek, 5 lutego 2010
Prace rozpoczęte
Remont własnego mieszkania to nie tylko czas przyjemnych zakupów, zastanawiania się co i jak ma wyglądać (jak mi się wydawało do tej pory), ale także czas podjęcia poważnych decyzji. Czas pełen napięcia i stresów. Jeszcze na dobre remont nie rozpoczął się, ale zmartwień jest cała masa. Musimy liczyć się z każdym groszem a z kolei nie chcemy kupować rzeczy tańszych, które mniej nam się podobają, żeby za jakiś czas znowu wymieniać. Nawet jeśli mielibyśmy urządzać się kilka miesięcy, czy nawet lat, postanowiliśmy kupować rzeczy pierwszej jakości, nowoczesne.Tak więc wybraliśmy okna w kolorze złotego dębu, 40 % droższe od zwykłych, białych okien. Mimo że jest sezon martwy, musimy czekać na nie cały miesiąc. Kupiliśmy drzwi zewnętrzne, na montaż czekamy z powodu braku prądu, ale elektryka idzie powoli do przodu. Wczoraj pojawiło się światło w jednym pokoju.
poniedziałek, 1 lutego 2010
Przed nami remont
Nasze myśli są zaprzątnięte nowym mieszkaniem. Przeprowadzić się nie możemy, bo mieszkanie jest zdemolowane i wymaga gruntownego remontu. Trzeba będzie robić dosłownie wszystko, począwszy od elektryki. Musimy wymienić wszystkie kable, zrobić hydraulikę, wymienić drzwi, okna, parapety, położyć panele, kafelki w kuchni i łazience, szpachlować wszystkie ściany i sufity. Na razie jesteśmy tylko poumawiani na różne terminy, bo mąż jeszcze pracuje, ale już przełożył sobie urlop letni na teraz i od przyszłego tygodnia zaczniemy działać. Mimo, że mieszkanie jest w takim stanie, nam już tak bardzo podoba się. Mamy już wizję mieszkania, wyobrażenia… Nie możemy doczekać się przeprowadzki!
niedziela, 17 stycznia 2010
Mamy nowe mieszkanie !
Staliśmy się posiadaczami nowego, większego, mieszkania! Mieszkanie ma dwa pokoje, kuchnię, łazienkę,duży przedpokój (teraz mieszkamy w kawalerce). Jesteśmy bardzo podekscytowani i jednocześnie zdenerwowani. Przed nami kapitalny remont. Oglądamy strony internetowe o nowoczesnych wnętrzach, planujemy, chodzimy po sklepach, rozglądamy się za meblami, za kafelkami, panelami. Jutro już mieliśmy odebrać klucze, ale ze względu na wyjazd męża, musimy poczekać, aż wróci.
Mężuś wyjechał na tydzień czasu, na szkolenie a ja zostałam sama z piesiem. Dziwnie czuję się, nigdy nie rozstawaliśmy się na tak długo. Najwyżej na jedną dobę, gdy miał służbę. A czas zawsze spędzamy razem, wszystko robimy wspólnie… Wieczorem Romek mówił, że kiedyś chciał wyjeżdżać na szkolenia, wyjechać gdzieś na misję, a teraz jest mu ciężko mnie zostawiać, bo jest nam ze sobą tak dobrze.
----------------
Dopisek:
Wiem, że on pił.
Wiem, że on pił.
Wiem, że on pił.
Wiem, że on pił.
Między nami jest dobrze wtedy i tylko wtedy kiedy jesteśmy razem, bo gdy gdzieś wyjeżdża na jakiś czas beze mnie, wtedy zaczyna się... Po głosie poznaję, że pił alkohol a wtedy ODECHCIEWA MI SIĘ ŻYĆ !!!!
wtorek, 13 października 2009
Nowe M-4 ?
Na uczelni wszystko pozałatwiane, wszystkie zaliczenia będę miała przepisane, więc chodzę tylko na te przedmioty w ramach których, muszę uzupełnić różnice programowe ( w poniedziałek 2 zajęcia). Jeszcze nie wiem, co będzie z czwartkowym seminarium. Niestety, już wczorajszy dzień musiałam opuścić, bo pociąg miał spore opóźnienie. Jestem zła na siebie, że dopiero początek roku akademickiego a już tak się zaczyna! Na nudę jak na razie nie narzekam.
Nawet nie miałam pojęcia jakim mądrym piesiem jest mój Dzióbek, z jaką łatwością uczy się poleceń. Fakt, z toaletą wydawało mi się oczywiste, że tak szybko nauczył się załatwiać swoje potrzeby na dworze, ale jednak nie każdy mały piesek tak robi. Jak chce jeść od dawna też już pokazuje. Teraz nauczyłam go siadać na komendę, leżeć, podawać łapkę i dawać głos :) Mąż nauczył jego, że jak wracamy ze spacerku, mówimy ” szybko do domu” a on tak szybko biegnie pod drzwi klatki, że tylko uszy ma z tyłu i ledwo można go dogonić :)
Instynkt macierzyński znowu o sobie daje znać, troszkę Dzióbek go stłumił, ale gdy na przystanku widziałam młodą matkę z takim malutkim, może 2 lub 3 – miesięcznym szkrabem, nie mogłam oderwać oczu od dziecka. Ale co od czego, gdy zabieramy się " do rzeczy ", ta myśl mnie przeraża!
Być może nawet do końca roku będziemy mieli większe mieszkanie. Uwielbiam urządzać mieszkanie, planować co trzeba kupić, wybierać, malować :) Pojawiła się też kwestia, gdzie będziemy mieszkać : w dużym mieście, czy w dużym miasteczku. Zdecydowaliśmy się na miasteczko, bo są ogromne szanse na to, by mieć mieszkanie wkrótce, żeby mieć w mieście musielibyśmy jeszcze kilka lat poczekać. Zawsze, gdy jestem w tym mieście zastanawiam się, czy chciałabym tam jeszcze raz mieszkać. Oczywiście, największym plusem mieszkania w mieście jest praca. Pamiętam, że jak przez 6 lat mieszkałam w mieście nie wyobrażałam sobie, że mogłabym wrócić do małego miasteczka. Jednak w tym miasteczku, w którym obecnie mieszkam, jest wyjątkowo. Ogromnym plusem jest to, że do tego miasta jadę 40 minut pociągiem. Poza tym, jest to miejscowość bardzo rodzinna, jest mnóstwo pięknych parków, placów zabaw, pięknych zakątków, a nawet ludzie są inni , inna kultura osobista. Ci ludzie właśnie nas zmienili i nasze myślenie. Na każdym kroku można zobaczyć sportowców, ktoś biega, ktoś chodzi z kijkami. A gdy pójdzie się do lasu na spacer, jest tam tak tłoczno prawie jak na ulicy. To nas zmotywowało do tego, żeby zacząć uprawiać sport. Udało się nam schudnąć. Wszędzie też widać ludzi spacerujących z psami, jest ich mnóstwo, więc i my zachcieliśmy mieć pieska. Jest to miasteczko, ale ma sporo do zaoferowania: nowoczesny basen, kluby fitness, szkoła tańca, szkoły muzyczne, kino, jakieś puby, więc każdy może znaleźć coś dla siebie. Żyje się tutaj spokojnie, bez pośpiechu. Pokochałam tę miejscowość. Nie trzeba mieszkać w mieście by móc rozwijać się i przyjemnie spędzić czas.
wtorek, 29 września 2009
Pierwszy dzień na uczelni
Mnóstwo ludzi, same obce twarze. Mojego rocznika już dawno nie ma, mojej drugiej grupy także nie ma. Jestem tylko ja, sama. O, jak się źle z tym czuję! Było mi smutno i przykro.
Na szczęście miałam tylko jedne zajęcia. Resztę tygodnia mam wolnego, bo przecież nie będę chodziła na te przedmioty, które mam zaliczone. Tylko w poniedziałki muszę być, bo są to nowe moduły, i w czwartki na seminarium.
Nie wiem, czy pisać odwołanie, bo boję się, że nim dostanę odpowiedź, narobię sobie mnóstwo zaległości a poza tym musiałabym mieć chyba chociaż jeden rozdział pracy magisterskiej napisany a jak na razie jestem na etapie gromadzenia materiałów. A to, co kiedyś już przeczytałam dawno wyleciało mi z głowy. Boję się, że mogłabym zawalić piąty rok a wtedy wyleciałabym z uczelni , bo już nie miałabym szansy powtarzać. A znając siebie to mogłoby być bardzo prawdopodobne, bo zawsze mam pecha.
Wróciłam do domku po 19., głodna, zmęczona tymi emocjami i podróżą. Pociąg jak zawsze był spóźniony, myślałam już, że nie dotrę do domu. Wiało, padało, zmarzłam. Ale jak miło wejść do domku, a tutaj cisza, spokój, ciepło. Dziubek ucieszony, że wróciłam tylko męża brakło, był w pracy całą noc. Jak to mówią wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)