O mnie

Moje zdjęcie
Trzydzistoparolatka. Żona. Mama dwóch chłopców. Dzięki nim moje życie nabrało barw. Na blogu pragnę uwiecznić naszą (nie)codzienność. Chcesz do mnie napisać? Mój email: madzia435@gmail.com

Obserwatorzy

Online

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 29 grudnia 2022

Podsumowanie roku 2022

Kolejny rok za mną. Nie ogarniam, tak szybko czas mija.
Niewiele pamiętam:
choroby dzieci, basen, komunia F., morze i stres, i zamartwianie się operacją. Duże  wsparcie mam w R. Razem z nim dzielę radości, smutki.
W pracy sukcesy. Po latach samotności i odrzucenia czuję, że wróciłam do świata, do ludzi. Stałam się wartościowa i czuję się spełniona. 
Za to w temacie macierzyństwa nie umiem sobie poradzić. Chodzi o starszego syna. Skończył 10 lat, zaczął się buntować, mądrzyć, pyskować. Łatwo wpada w taką złość, że traci kontrolę nad samym sobą. Nie wie, co robi i co mówi, a wygaduje obrzydliwe rzeczy. Straszy, że sobie coś zrobi. Uczy się dobrze, ale niechętnie. Jestem bezradna.
Drugi-młodszy syn (6-latek) to sama słodycz. Ciągle tylko buziaczki, przytulanie i słowa: "mamusiu, najlepsza na świecie i której nie ma lepszej", "kocham tatę i mamę, ale mamę bardziej", "ja cię kocham mocniej niż ty mnie". Miły, grzeczny, uczynny, pracowity. Gdy coś mi wypadnie z rąk nie trzeba prosić, żeby podał. Sam zauważy i biegnie z pomocą. Kiedy zauważy, że smucę się przychodzi mnie przytulić. Ciągle zmieniali mu grupy w przedszkolu a on w każdej doskonale odnalazł się. Ma dużo kolegów. Pierwszy raz w te wakacje pozwoliłam wychodzić mu samemu z domu. I całe lato spędził za blokiem z kolegami jeżdżąc na rowerze albo grając w piłkę. Jesienią i zimą więcej czasu przeznaczamy na naukę. Codziennie rozwiązuje zadnia matematyczne, pisze literki. Pięknie już czyta. 


środa, 31 sierpnia 2022

Tak cię kocham

Lato nie wiadomo kiedy minęło. 
W pierwszy dzień wakacji pojechaliśmy nad morze. Po powrocie
Franiu po raz pierwszy zaczął bez mamy wychodzić na dwór, za blok. Poczuł się jak "dorosły". Poznał wiele dzieci i z nimi ciągle spędzał czas, jeżdżąc na rowerku, grając w piłkę. Jestem z niego dumna, że jest taki bezpośredni, z każdym dzieckiem potrafi nawiązać kontakt i z małym, i z dużym. Jest bardzo lubiany. Do domu wracał z Filipkiem dopiero, gdy robiło się już ciemno. 
Filipek pierwsze tygodnie wakacji spędzał z kuzynką, która przyjechała z zagranicy. Jeździł na rowerze do babci lub grał z chłopakami w piłkę. Zainteresował się gotowaniem i zaczął przygotowywać sobie i dla całej rodziny posiłki: pyszne śniadania, herbatki, kolacyjki. Nauczył się robić jajecznicę i teletubisie. 
W tym roku bardzo mało czasu spędziłam w moim raju na ziemi, w ogródku. Może dlatego, że dzieci już mają kolegów i swoje sprawy, więc nie chciały już spędzać czasu w ogrodzie. A bez nich tak pusto i smutno...
Najpiękniejsze miałam  poranki.  Codziennie rano, kiedy otwierałam oczy,  mój mały, niebieskooki synek był wpatrzony we mnie i uśmiechnięty od ucha do ucha. Jego słowa wciąż brzmią mi w głowie:
Tak cię kocham! 

Filipek 9 lat
Franek 6 lat



środa, 29 kwietnia 2015

O nowej pracy i przedszkolu

Romek ukończył kurs i zdobył nowy zawód! Na drugi dzień pojechał do firmy w naszym miasteczku i dostał pracę!!!!! Jestem bardzo szczęśliwa i do dziś do mnie nie dociera, że będzie pracował na miejscu. Wreszcie koniec z dojazdami! Wcześniej, żeby dojechać do pracy na 7. rano musiał wstawać o 3. w nocy i po 18. był z powrotem. Nie było czasu na nic. A teraz ma pół godziny drogi w jedną stronę na piechotę. Będzie pracował od 7. do 15. a o 15.30 będzie w domu. Będzie czas na pracę i na odpoczynek, na czas z dzieckiem i na działkę, działkę, na realizowanie swoich pasji.
Ostatnio zewsząd czuję presję, żeby posłać syna do przedszkola. Ludzie dziwią mi się, że nie chcę. Mówią, że źle postępuję i na siłę próbują przekonać mnie do swoich poglądów. Śmieszy mnie ta dziwna moda na przedszkola. Uważam, że to jest bezsens, żebym posyłała dziecko do przedszkola, jeżeli nie pracuję i będę w domu. Przecież sama mogę i chcę zająć się dzieckiem. Nikt nie zajmie się lepiej moim dzieckiem niż ja sama. Rozumiem, kiedy matka pracuje czy zajmuje się w domu młodszym dzieckiem, ale często jest tak, że matkom nie chce się zajmować dzieckiem. Wolą posłać do przedszkola i mieć spokój. Poza tym uważam, że skończyłby się pewien etap w życiu Filipka: dzieciństwa, swobody i beztroski. Zaczną się obowiązki, codzienne przygotowywania, poranne wstawanie, stres itd. Od małego wyścig szczurów. On ma jeszcze na to czas. Jeszcze zdąży nauczyć się życia. Tak wiem, że w przedszkolu jest także zabawa, są koledzy, koleżanki, ale trzylatek nie potrzebuje ani kolegów, ani koleżanek. Nadal na tym etapie rozwoju najważniejsi są rodzice, przede wszystkim matka.
2 lata, 6 miesięcy i 5 dni

piątek, 21 lutego 2014

Plany remontowe

W połowie marca zaplanowaliśmy remont mieszkania. Chcemy położyć nowe płytki w łazience, wymienić wszystkie drzwi i ościeżnice i położyć panele. Z pewnością trzeba będzie odświeżyć także wszystkie ściany. Na ten czas chyba przeprowadzimy się do moich rodziców, bo niemożliwe byłoby mieszkanie z Filipkiem w takim brudzie i kurzu a poza tym Filipek bałby się hałasu. Będziemy musieli wszystko popakować, powynosić do piwnicy będzie, więc sporo pracy a z dzieckiem niewiele można zrobić... Mam nadzieję, że jakoś to przeżyjemy i potem będziemy cieszyli się ładnym mieszkaniem. Chcemy też urządzić Filipkowi pokoik w stylu dziecięcym. Kupiliśmy już stolik dziecięcy i krzesełka na oku mamy także fajny regał. Planujemy przenieść do jego pokoju wszystkie zabawki, bo teraz cały czas bawi się u nas. Cały czas żałuję, że nie mamy trzech pokoi, brakuje mi miejsca dla siebie, ale mam nadzieję, że po remoncie, jakoś inaczej będę na to wszystko patrzała.
Trochę jeździmy po sklepach, zamówiliśmy płytki. Natomiast drzwi i panele kupimy chyba przez internet, bo nie ma takich, które nam podobają się.
Niedawno kupiliśmy bieżnię elektryczną. Od dawna chciałam biegać, ale w naszej miejscowości nie ma gdzie biegać. Bardzo brakowało mi ruchu, miałam strasznego doła, że nie ćwiczę. Marzyłam o bieżni, ale zawsze było szkoda pieniędzy. Nie chciałam pierwszej lepszej. Ta, którą kupiliśmy, ma m.in. ponad 40 programów treningowych i można także zmieniać kąt nachylenia bieżni :))) To był najlepszy nasz zakup. 

piątek, 8 lutego 2013

Dziewczyny, dziękuję za słowa wsparcia i otuchy! Fajnie, że mogę  wygadać się Wam szczerze, wyżalić się i że chcecie mnie słuchać! Dziękuję też za liczne e-maile! Dziękuję za to, że jesteście! 
Czasami, chciałabym gdzieś wyjechać, na tydzień czasu i odpocząć, ale nie mam zamiaru odchodzić od męża. Owszem, czasami Romek potrafi być chamem, numer jeden na świecie, ale w głębi serca jest naprawdę bardzo dobrym człowiekiem i kilka kłótni niczego tu nie zmienia. Nie przekreśla wielu wspaniałych chwil i lat. A ja naprawdę, czasami, potrafię być bardzo zrzędliwa i myślę tylko o sobie i swoim zmęczeniu a zapominam, że Romek też ma prawo tak się czuć. 
On od półtora roku nie miał żadnego dnia wolnego od pracy. Dopiero, kiedy narodził się synek, wziął urlop. A Filipek przewrócił nasz świat do góry nogami. Trudno nam było odnaleźć się w nowych rolach... Romek żyje w ogromnym pędzie. Życie przecieka mu miedzy palcami. Do pracy wstaje po 4. rano. Codziennie, robi mi pyszne śniadanie: bułeczki a z boku, na talerzyku, poobiera mi jabłka ze skórki i pokroi w ósemki mimo, że setki razy mówiłam mu, aby nie szykował mi żadnych śniadań tylko, żeby zrobił dla siebie śniadanie i je zjadł.
Pracę ma bardzo odpowiedzialną. Sprawuje nadzór nad pięciuset osobami. Zdarza się, że śniadanie, które szykuje sobie do pracy, zjada dopiero, kiedy wraca do domu, w pociągu, po godzinie 17. Po drodze do domu, robi jeszcze zakupy. Gdy wpada do domu, zostawia tylko torby z zakupami i od razu wychodzi z psem na spacer, bo od rana nie był. Gdy wraca ze spaceru, jest już grubo po 18. i od razu wspólnie kąpiemy syna, bo jest on już marudny i chce spać. I to jest jedyny ich czas, spędzony razem, bo po kąpieli, ja karmię syna i usypiam już na noc. W tym czasie, Romek robi dla nas kolację i idzie się kąpać. Chwilę dla siebie mamy po 19. a przed 21. idziemy spać, bo po 4. rano, znów trzeba wstać. W nocy, Romek też wiele razy wstaje do Filipka, by podać mu smoczka, czy zmienić pieluszkę. I tak cały czas w pędzie. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem... Stąd te stresy, stąd te nerwy. Byle do wiosny...

Dziewczyny, planujemy kolejną, życiową rewolucję. Chcemy sprzedać nasze mieszkanie i kupić mieszkanie w naszej, rodzinnej miejscowości. Zawsze byłam przekonana, że tutaj, gdzie obecnie mieszkamy jest "te" nasze miejsce na ziemi. Jednak, odkąd pojawił się Filipek, nie jestem wcale tego taka pewna. Tutaj, nie mamy nikogo: zero znajomych, zero przyjaciół, zero rodziny. Romek wraca późno z pracy i sami z Filipkiem, całe dnie, bylibyśmy skazani tylko i wyłącznie na siebie. A dziecko potrzebuje do prawidłowego rozwoju rodziny, babci, dziadka. Jetem przekonana, że Filipek byłby szczęśliwszy, gdyby oni uczestniczyli w jego życiu, tak jak w moim uczestniczyli moi dziadkowie, bo spotkanie raz w miesiącu to zdecydowanie za mało.  I ja tutaj, teraz, jestem zupełnie uziemiona. Nawet na chwilkę, nie mam z kim, zostawić synka. Mamy pieska a to też jest obowiązek. Mieszkamy na 4. piętrze i ten tłok, hałas za oknem. To właśnie przed naszym blokiem, samochód potrącił mnie i Romka, na przejściu dla pieszych. A tam, życie toczy się spokojnym rytmem... Myślę, że tam, byłoby mi lżej. A planujemy przecież jeszcze drugie dziecko :)
U nas ostatnio chorowicie. Zaczęło się od Romka. Potem przyjechała do nas mama, na kilka dni i zaraziła się od niego a na samym końcu ja. Biorę antybiotyk. Dobrze, że pomimo tego, synkowi nadal smakuje moje mleczko. Mam nadzieję, że Filipek jakoś uchowa się od choroby. 

wtorek, 28 sierpnia 2012

Jupi!

Wczoraj był wielki dzień. Romuś osiągnął swój wymarzony cel! Zrealizował kolejne marzenie! Zdał egzamin na prawo jazdy :)))) Droga do tego celu była długa i kręta. Na ten dzień, czekał kupę lat.
Kurs rozpoczął w 2004. roku, ale wtedy jeszcze za bardzo nie angażował się w to. Miał wiele innych planów i pomysłów na życie. Chciał robić wszystko na raz i tak naprawdę nic z jego planów nigdy nie było. Wtedy, zaczęłam mu tłumaczyć, żeby ustanowił sobie jakieś priorytety, żeby zastanowił się, co jest dla niego bardzo ważne a co mniej. Żeby postawił przed sobą tylko jeden cel i wytrwale do tego dążył. Dopiero, gdy go osiągnie, powinien realizować kolejne marzenia. Bo, jak ktoś, zabiera się za wszystko na raz, tak naprawdę, nie angażuje się w 100 % w daną rzecz a potem różne z tym bywa. Nie zawsze wszystko się udaje.
Niestety, potem spadła na nas wiadomość, że będziemy spłacali kredyt jego brata. Przez kilka lat, ledwo wiązaliśmy koniec z końcem, więc nie było nas stać, na wykupienie dodatkowych lekcji a potem egzaminu. Przez lata, bardzo to ciążyło na Romku i gnębiło, zarówno go jak i mnie. Ciężko nam było również pod tym względem, że dojazd do rodziny, komunikacją państwową, mamy fatalny, więc zawsze Romek prosił swojego ojca, żeby przyjechał po nas i nas zabrał. Ale wiadomo, nie nadużywaliśmy tego, dlatego jeździliśmy do rodziny tylko 3-4 razy w roku. Chociaż i tak było nam wstyd, że musimy ciągle prosić o to teścia. A przecież nieraz, kiedy przyszła wiosna, czy lato, tak bardzo tęskniło się za rodziną. Chciało się z nimi spotkać, porozmawiać, posiedzieć w ogrodzie a tu nic z tego. Byliśmy ograniczeni. Nie było dnia, żeby Romek nie czytał ogłoszeń dotyczących kupna-sprzedaży samochodów. A tu w około, wszyscy robili prawko, zdawali egzaminy, kupowali samochody. Nas to strasznie przytłaczało. Marzenia o prawku i samochodzie były dla nas czymś zupełnie nierealistycznym, pozostawały tylko jakąś mrzonką.
Ponownie, wykupiliśmy kurs na prawo jazdy, dopiero w tym roku. Romek zaczął chodzić na zajęcia od marca, czy kwietnia. Bardzo zaangażował się w to. Chciał zdać egzamin jeszcze przed narodzinami syna, aby móc wozić mnie do lekarza, czy Filipka do babci. Prawie codziennie, po pracy, chodził na jazdę. Do domu wracał po 20., czasami później i jeszcze do późna uczył się, czytał kodeksy, rozwiązywał testy. Pomimo zmęczenia nie odpuścił.
W poniedziałkowy poranek obudziłam się z duszą na ramieniu. Serce tak mocno mi waliło, jakby to mnie czekał jakiś egzamin. Leżałam w łóżku z telefonem w ręku i tak patrzyłam na zegarek a Filipek tak radośnie kopał mnie w brzuchu. Gdy wyszłam z psem na spacer, dostałam smsa: "Madziu, nie wierzę. Tyle lat ciągnęło się to za mną. Tyle pieniędzy wydaliśmy. Byłem zdeterminowany i ukierunkowany na cel. Dziękuję ci za te ukierunkowanie na JEDEN CEL".  Zaraz zadzwoniłam do niego. Nie wiedziałam, co się dzieje, czy on sobie żartuje, czy to dzieje się naprawdę, ale kiedy tylko usłyszałam jego śmiech, jego radość, wszystko stało się jasne :)))) Nie mogłam w to uwierzyć :))) Jestem bardzo szczęśliwa, że udało mu się. Romuś ciężko pracował, zasłużył na to.
Teraz, będziemy zastanawiali się nad kupnem jakiegoś samochodu, ale nie chcemy się z tym śpieszyć. Niedługo przecież urodzi się Filipek a potem nadejdzie zima, więc czas będziemy spędzali tylko w domu. Dopiero, na wiosnę, rozejrzymy się za jakimś samochodem. Ale już postanowiliśmy, że nie chcemy jakiegoś luksusowego, tylko taki, na jaki będzie nas stać. Żeby nie brać kredytów, nie zadłużać się. Żeby co tydzień, lub co dwa, było nas stać zatankować bak do pełna i pojechać w  rodzinne strony :))))
Jestem z niego taka dumna :)))))

czwartek, 19 lipca 2012

Witajcie, po długiej, mojej nieobecności :) Już wróciłam :) Byłam u rodziców, ponieważ oni pojechali do pracy za granicę, ja zostałam u nich, żeby zaopiekować się moim młodszym bratem.

W pierwszym tygodniu dłużyło mi się i nudziło niemiłosiernie. Cały czas padał deszcz, więc siedzieliśmy z bratem w domu. Miałam też sporo stresów przez Romka. Miał on egzamin na prawo jazdy i nie mógł sobie poradzić ze stresem i emocjami, więc wszystko odbijało się na mnie. Bardzo, aż za bardzo, zależało mu na tym, aby zdać, bo wiele lat czekał na to. Wcześniej nie mogliśmy sobie na to pozwolić, bo spłacaliśmy kredyt jego brata i każdy grosz się liczył, więc teraz jego nerwy i emocje, oczekiwania i nadzieje sięgnęły zenitu. A ja podejrzewałam go o najgorsze. Cały czas kłóciliśmy się przez telefon. Niestety, nie powiodło mu się na egzaminie. Byłam przekonana, że przez te nasze kłótnie nie przyjedzie do nas w piątek, na weekend, ale miło mnie zaskoczył. Przyjechał.  Tymczasem, przez ten nerwowy tydzień, tyle negatywnych emocji skumulowało się we mnie, że nie byłam dla niego miła. Mało tego, byłam złośliwa, okrutna, wszystkiego czepiałam się, aż się rozchorowałam. Piątek i sobotę spędziłam w łóżku, źle się czułam, wymiotowałam, miałam gorączkę i łamało mnie w kościach. Po dwóch dniach dolegliwości minęły. W niedzielę mąż z bratem wybrali się na przejażdżkę rowerową a ja wzięłam się za sprzątanie domu i za szykowania obiadu. Pod wieczór zrobiliśmy jeszcze grilla a wieczorem poszłam z Romkiem na koncert Eleni. W poniedziałek, wcześnie rano, Romek dał mi po cichu buziaka i pojechał do pracy.

Drugi tydzień minął o wiele szybciej. Pogoda była piękna, słoneczna, więc czas spędzałam na świeżym powietrzu.  Trochę spacerowałam i leniuchowałam w ogrodzie. Nawet, nie wiem kiedy a już był piątek i przyjechał Romek. W sobotę pomógł mi sprzątać mój pokój u rodziców. Ja pakowałam moje notatki ze studiów do kartonów a Romek nosił je na strych. Przeglądałam też moje pamiątki z dawnych lat. Wiecie, że mój Filipek będzie miał zabawkę, którą jego mama bawiła się w dzieciństwie? Kilka pamiątek postanowiłam wziąć do siebie m.in.: książki, bajki z mojego dzieciństwa, które dostałam od dziadka. Ponad dwadzieścia lat mają te książki, na nich się wychowałam a teraz będę czytała je Filipkowi. Na większości z nich widnieje dedykacja: "Dla kochanej wnusi Madzi, dziadek Zdzichu, 1992r.". Dziadka już z nami nie ma, pozostało tylko jego pismo i wspomnienia. Myślę, że to właśnie dziadek zaszczepił we mnie miłość do literatury. Chciałam pokazać te książki babci, ale nie byłam w stanie. Czułam, jak coś ścisnęło mnie w gardle i na samą myśl o dziadku zaraz poryczę się. Dlatego nie pokazałam ich babci. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się jej pokazać. W kolejnym dniu przyjechała do nas siostra ze swoim synkiem.

Trzeci tydzień, z siostrą i siostrzeńcem, to był istny rozgardiasz. Po raz kolejny miałam okazję przekonać się, ile pracy i obowiązku jest przy takim małym dziecku. Michałek ma 10 miesięcy. Jest bardzo żywym i ruchliwym chłopcem. Gdy tylko zaobserwuje, że na coś, lub gdzieś, mu się nie pozwala iść, to on natychmiast pędzi tam na czworakach, np: do prądu elektrycznego, do kabli od komputera. Trzeba było poświęcić mu 100% uwagi. Grzeczny był tylko wtedy, gdy spał. Niestety, nie bardzo mogłam się nim zająć, nie miałam sił z takim dużym brzuchem, biegać za nim. A z siostrą dobrze dogadywałyśmy się. Raz ja a raz ona chodziłyśmy do sklepu po zakupy, na zmianę gotowałyśmy i czas nam nawet szybko mijał. Tylko, że ja tęskniłam już za swoim domem, za Romkiem, za ciszą i spokojem, jaki mamy u siebie, bo tam, po ich przyjeździe, zapanował istny chaos i bałagan. Dlatego, już w piątek, Romek przyjechał po mnie  i razem wróciliśmy do siebie.

Niestety, mam taką dziwną naturę, że gdy jestem u siebie, tęsknię za rodzinnym domem, za ogrodem, za tamtym miasteczkiem, natomiast kiedy pojadę tam, to już po kilku dniach, chciałabym wracać, bo ciągnie mnie do swojego domu. I tak, po przyjeździe tutaj, strasznie tęskniłam za nimi, za bratem, siostrą i siostrzeńcem. Tam było pełno ludzi w okół mnie a tutaj znowu zostałam sama. Romek cały dzień jest w pracy a ja nie potrafię znaleźć sobie miejsca. Jestem smutna, przybita, rozdrażniona.  Wszystko mnie wkurza. Nie wiem, ile jeszcze, Romek będzie w stanie znieść, mojego nastroju.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Weekend minął nam bardzo leniwie. W piątek, mąż wrócił trochę wcześniej z pracy, poszliśmy więc na krótki spacer do miasta, kupić drobne upominki dla bliskich.
W sobotę, była piękna pogoda,  dlatego pospacerowaliśmy po mieście a potem z pieskiem w parku. Zrobiliśmy  kilka zdjęć.
W niedzielę pogoda się zepsuła, było pochmurno, cały czas padał deszcz, więc dzień spędziliśmy w domku. Leniuchowaliśmy, trochę oglądaliśmy telewizję, czytaliśmy, drzemaliśmy. Powoli zaczęłam pakować się, ponieważ  już od  środy, wieczorem, rozpoczynamy majowy weekend :))) Wyjeżdżamy w rodzinne strony.
I Wam chciałabym życzyć udanego, długiego weekendu, pięknej, słonecznej pogody :)





Piesek też już jest spakowany i gotowy do podróży :)


poniedziałek, 26 marca 2012

Nadeszła prawdziwa wiosna. Staram się wykorzystywać słoneczną pogodę. Czas spędzam na świeżym powietrzu. Spaceruję po mieście i w parku. Dzięki temu, mam lepszy nastrój i samopoczucie. Gdy Romek wraca z pracy, je obiadokolację a potem jeszcze wychodzimy razem na spacer. W drodze powrotnej zahaczamy o sklep spożywczy i kupujemy owoce i... słodycze :( Tak, właśnie mam pierwsze zachcianki ciążowe. Od początku roku, praktycznie wcale nie jadłam słodyczy a teraz nie mogę bez nich żyć! Raz dziennie zjem coś słodkiego, ale i tak mam ogromne wyrzuty sumienia z tego powodu.
Niestety, całe dni spędzam sama. Romek wraca późno a od tego tygodnia będzie jeszcze później, po 20. Zaczął chodzić na kurs prawa jazdy, więc z pewnością przez kilka najbliższych tygodni, będziemy widywali się dopiero wieczorami. Dlatego też, zastanawiałam się, czy czasem, jak pojedziemy do rodziców na święta, nie powinnam zostać u nich, aż do maja. Spędziłabym tam dużo czasu z rodziną, z bratem a tutaj jestem ciągle sama, nie mam nikogo bliskiego. Wtedy, w majowy weekend, Romek przyjechałby do nas i wrócilibyśmy razem do domu. Jednak tak jest źle i tak niedobrze. Nie wyobrażam sobie trzech tygodni bez niego. Chyba uschnęłabym z tęsknoty. A tak milutko jest wieczorem przytulić się do jego ciepłych plecków, czuć jego zapach i słyszeć spokojny oddech...No i jest jeszcze coś... boję się zostawić go samego. Chyba domyślacie się dlaczego, bo ja nie chcę już o tym pisać i do tego wracać.
Oby do świąt szybko zleciało!

poniedziałek, 5 marca 2012

W zeszłym tygodniu pogoda była bardzo wiosenna. Jednak ja nie byłam w radosnym nastroju. Czułam znużenie, zmęczenie. Od kiedy zrobiłam testy ciążowe, musiałam zweryfikować wszystkie plany.  Przestałam ćwiczyć. Dlatego dni zaczęły mi się tak bardzo dłużyć. Byłam nieco przygnębiona. W parku zaczęło pojawiać się coraz więcej ludzi, z wózkami, z dziećmi, z rodzinami, a ja spacerowałam sama z Dzióbkiem i czułam się taka samotna. I na co dzień też jestem ciągle sama. Romek wraca z pracy dopiero przed 18. A ja tutaj nie mam nikogo bliskiego, nikogo znajomego. Nie mam z kim pogadać, pospacerować.  Nie mam z kim, podzielić się moim szczęściem, zapytać się o radę. Nikt mnie nie odwiedza, nie zapyta  się, jak się teraz czuję, jak sobie radzę, czy może mi w czymś pomóc. Byłam  sfrustrowana i bardzo tęskniłam za moją rodziną.
W czwartek, z tego powodu, pokłóciliśmy się z Romkiem. Wiem, że on nie jest niczemu winien, ale stało się. Romek dla świętego spokoju poszedł spać do drugiego pokoju. Zabolało mnie to. Podjęłam decyzję, że tak łatwo nie dam mu się przeprosić. W nocy wyłączyłam komórkę i przez cały następny dzień, kiedy on był w pracy,  miałam wyłączony telefon.
W piątek, gdy przyjechał z pracy, wszedł do mieszkania, uklęknął w przedpokoju i wyciągnął zza pleców, piękną, czerwono-żółtą różę :) i zaczął  przepraszać mnie za wczorajsze zachowanie. Śmiesznie to wyglądało. Oczywiście, nie mogłam już dłużej się gniewać, mocno wyściskałam go. Romek mówił, jak bardzo tęsknił, za mną, nie mogąc porozmawiać ze mną, chociaż przez chwilę, przez telefon.  Po powrocie, miał takie uczucie,  jakby nie widział mnie, przez kilka dni. Następnie, zaprosił mnie na pizzę :) Chyba sto lat nie jadłam pizzy, bardzo, bardzo mi smakowała.
W sobotę rano, wzięliśmy Dzióbka i poszliśmy na spacer do parku a potem do weterynarza, na szczepienie przeciwko wściekliźnie, parwowirozie a także odrobaczyć Dzióbka. Romek trzymał Dzióbka a ja musiał się odwrócić, bo nie mogłam patrzeć, jak lekarz wbija igłę w Dzióbka. A Dzióbeczek na stole trząsł się jak galareta, jednak zastrzyku wcale nie poczuł. W nagrodę, dostał od weterynarza, medal za odwagę. Po powrocie szykowałam obiad. Zrobiłam paszteciki z mięsem i kapustą a Dzióbeczek, jak zwykle, na progu kuchni, obserwował swoją panią. Po obiedzie, trochę odpoczywaliśmy przed telewizorem a potem znowu poszliśmy z Dzióbkiem na spacer do parku i po mieście. Po spacerze zrobiliśmy się tacy zmęczeni i senni, więc leniuchowaliśmy w łóżku. Wieczorem znowu byliśmy na spacerze. Potem zaczęliśmy oglądać jakiś film, ale nie dotrwaliśmy nawet do połowy, tylko poszliśmy spać.
W niedzielę, pojechaliśmy do miasta, na zakupy. Kupiliśmy od razu bilet powrotny, więc na zakupy nie mieliśmy zbyt wiele czasu. Zresztą nie chcieliśmy wracać późno, bo przecież na następny dzień, Romek wcześnie wstaje do pracy a chciał jeszcze wykorzystać trochę niedzieli, na odpoczynek i na przygotowanie się do pracy. Najpierw poszliśmy do KFC na frytki, surówkę i kurczaka. Potem chodziliśmy po sklepach w poszukiwaniu wiosennych ubrań. Romek kupił dla siebie 3 koszule i bluzkę a ja sobie kupiłam 1 koszulę w kolorową kratkę i trzy bluzki z krótkim rękawkiem oraz kolorową, wiosenną, apaszkę. A potem szybko poszliśmy na pkp. Gdy wróciliśmy, Romek wyszedł od razu z Dzióbem na spacer a ja zrobiłam kawę i przygotowałam surówkę z pomidorów, cebuli  i z jogurtem naturalnym. Po tej podróży byłam tak zmęczona, że przewrotnie, nie mogłam zdrzemnąć się, tylko leżałam. Potem miałam zachciankę na  kakao, niestety nie mieliśmy w domu. Romek wyskoczył do sklepu. Napiliśmy się ciepłego kakao, zjedliśmy jabłka i poszliśmy spać. Tym razem, spałam jak zabita.
Ze względu na mnie, Romek wziął w tym tygodniu służbę 24-godzinną, z czwartku na piątek. W piątek, po służbie, będzie wcześniej w domu i chce, żebyśmy od razu pojechali na weekend do moich rodziców. A ja, jak zawsze, widzę jakieś problemy. Z jednej strony chcę tam pojechać, bo tęsknie za nimi a z drugiej strony nie chcę jeszcze dzielić się z rodziną, wiadomością o ciąży, bo jeszcze nie byłam u lekarza. A wizyta dopiero w przyszłym tygodniu. Wydaje mi się, że głupio będzie, powiedzieć im o tym, dopiero jak wrócimy od nich, ale za nim nie będę miała potwierdzenia od lekarza, nie chcę z nikim dzielić się tą wiadomością. Poza tym, jestem przekonana, że będzie tak, że zanim ja otrzymam potwierdzenie od lekarza, już całe moje rodzinne miasteczko, będzie wiedziało o tym, że jestem w ciąży. Bo mamie coś powiedzieć, to zaraz wszyscy ludzie o tym wiedzą. W sumie, ona powie tylko babci a babcia dalej... Nie chcę robić z tego żadnej tajemnicy, ale najpierw chcę pójść do lekarza. Dlatego nie wiem, czy jechać do nich, czy nie.

poniedziałek, 27 lutego 2012

Weekend :)

Weekend minął spokojnie. W piątek, gdy Romek wrócił z pracy, zjedliśmy obiad: kartofle, buraczki, mielone. Potem, ja czytałam książkę, on czas spędzał przed telewizorem. Lubię, gdy spędzamy czas razem, choć jesteśmy zajęci, czym innym. Wystarczy sama obecność, że on jest. Czuję się wtedy tak dobrze, bezpiecznie.
W sobotę poszliśmy z Dzióbeczkiem na spacerek do lasu. Jednak nie było zbyt przyjemnie: było zimno, pochmurno, wiało. Nawet nie poszliśmy za daleko. Gdy wróciliśmy,  zjedliśmy kartofle pieczone i gyrosa. Następnie był wspólny odpoczynek na kanapie z książkami i kawusią. A pod wieczór wybraliśmy się na spacer po mieście i do sklepu.
W niedzielę obudził nas wiosenny poranek: słońce, cisza, zero wiatru. Na śniadanie zjedliśmy naleśniki, przygotowane przez Romka, a potem poszliśmy z apartem do lasu. Słońce tak przyjemnie grzało nam w plecy. Zrobiliśmy jeszcze więcej kilometrów niż zazwyczaj i kilka fajnych fotek, które wklejam poniżej :) Po powrocie był obiadek, kawka, tv. Spać poszliśmy tuż po 21.
Nie mogę doczekać się już wiosny, świątecznego wyjazdu do moich rodziców, posiedzenia u nich w ogrodzie, kiełbaski z grilla.




niedziela, 12 lutego 2012

Tydzień znowu, nie wiadomo kiedy, minął. Planu, związanego ze zdrowym odżywianiem, ściśle trzymam się.  Już przyzwyczaiłam się do tego jedzenia i nie mam zachcianek. Jak sobie pomyślę, ile mojej ciężkiej pracy, włożonej w ćwiczenia, poszłoby na marne, to od razu odechciewa mi jeść :)
Ćwiczę codziennie, poza sobotą, bo to jest jedyny dzień, kiedy chcę relaksować się i wypoczywać. Na orbiterku, raz zrobię 10 km, innego dnia 5.  A kiedy raz, dopadło mnie zniechęcenie, zadzwonił do mnie mąż z pracy, pochwalić się, że właśnie przebiegł na bieżni 7 km. Od razu, bez wahania, wskoczyłam na orbiterek i zrobiłam 10 km. Nie mogłam być gorsza :) To jest taka, nasza, zdrowa rywalizacja.
Dzisiaj  byliśmy z mężem na basenie i w saunie. Na basen, zawsze chodziliśmy rano, bo rano jest mniej  ludzi. Przychodziliśmy zaledwie kilka minut po godzinie 8. i za godzinę, płaciliśmy 22 złote. Dopiero w zeszłym tygodniu, kasjerka powiedziała nam, że gdybyśmy przyszli te 5 minut wcześniej, to płacilibyśmy o połowę mniej. Więc dzisiaj zerwaliśmy się przed 7. i za tą samą cenę, co zawsze, byliśmy godzinę dłużej. Dlatego też skorzystaliśmy z sauny.  Kiedyś chodziliśmy do sauny  infrared.  To taka terapia kolorami. Tam temperatura osiąga ok. 60 stopni C. Natomiast dzisiaj byliśmy w saunie mokrej. Wydaje mi się, że w saunie mokrej, jest dużo lepiej. Jest tam strasznie parno, że nawet nie widać, kto siedzi na ławeczce obok, i kapie na ciebie gorąca woda. Sesja rozpoczyna się przy temperaturze 50 stopni C i z czasem, podnosi się do 90 stopni. Fajne wrażenia. Czytałam, że podczas takiej sesji, spala się 900 kalorii, to tyle, ile podczas 10-kilometrowego biegu.
W tym tygodniu wyciągnęłam stare pamiętniki z dzieciństwa.Wróciło do mnie wiele wspomnień i tych przyjemnych i tych smutnych.  Zaczęłam tęsknić za tamtymi czasami, za niektórymi koleżankami, za tamtą beztroską. Moje dzienniki są również, a raczej przede wszystkim, pamięcią po dziadku i po prababci. Pamięć ludzka jest krótka, nie sposób zapamiętać, wszystkich chwil, spędzonych  z nimi. A w moich dziennikach jest wiele wpisów związanych z dziadkiem i prababcią. Jest to świadectwo, ich bycia, życia i miłości.
Zaczęłam przepisywać moje pamiętniki  na laptopie. Chciałabym je wszystkie przepisać, bo mają ogromną wartość sentymentalną, ale nie wiem, czy mi się to kiedykolwiek uda. To nie są zapiski cotygodniowe. Kiedyś pisałam każdego dnia, od 10. roku życia. Wyobraźcie sobie, ile tomów mam tego...  Wydaje mi się to syzyfową pracą... :(

Miłego wieczoru!

poniedziałek, 9 stycznia 2012

Tydzień minął mi spokojnie.
W czwartek byłam u dentysty. Jestem pod ogromnym wrażeniem pani doktor i tych wizyt.  Dentystka jest cudowna, ma podejście do pacjenta i  naprawdę, nic nie boli.  Zawsze bardzo bałam się stomatologa.  Ten lęk wyniosłam z pewnością z dzieciństwa. A teraz zastanawiam się, czy przypadkiem mój lęk nie był taki wyolbrzymiony, czy co? Bo zawszę wychodzę od niej zadowolona i jednocześnie bardzo dumna z siebie. 
Wytrwale staram się trzymać  postanowień noworocznych, dotyczących uprawiania sportu,  a tu pogoda chce mi popsuć plany. Na stadionie jest pełno wody, nie mam więc gdzie biegać. Poza tym od rana do wieczora ciągle pada deszcz.
Gdy w piątek, przestało padać, poszliśmy z Romkiem i Dzióbeczkiem do lasu. Słońce nieśmiało przebijało się przez chmury, powoli dookoła robi się  zielono i ten  zapach, jakby zbliżała się wiosna.
W sobotę znów padało, więc Romek sprzątał mieszkanie a ja leniuchowałam.  Wieczorkiem wybraliśmy się do sklepu.
W niedzielę poszliśmy na basen. Było bardzo fajnie, ciepła woda, mało ludzi. Popływałam sobie, aż potem  mięśnie mnie bolały. Byłam zmęczona, ale i bardzo zadowolona.  Mam nadzieję, że częściej będziemy chodzili na basen.  

czwartek, 15 grudnia 2011

Dziewczyny, ten kredyt w rzeczywistości wziął mój mąż dla swojego brata. Chciał mu pomóc, aby ten ułożył sobie życie w mieście, na drugim końcu Polski. Oczywiście, dogadali się, że tamten będzie płacił  raty, ale tylko, kiedy otrzymał te pieniądze, wszystko się zmieniło. Mojego męża, zaczął  traktować jak śmiecia.  Cały czas oszukiwał, że płaci, podrabiał dokumenty itp., aż po latach zapukał do nas komornik...
W międzyczasie szwagier ze swoją nową rodziną byli na naszym ślubie.  Oczywiście, żadnego prezentu od nich nie otrzymaliśmy, tylko zapewnienie szwagra pod Kościołem, że "najlepszy prezent jaki nam może dać, to będzie spłata tego kredytu". Zapomniał chyba, że to był jego kredyt a nie nasz. A po ślubie, żądał od męża pieniędzy na bilet powrotny PKP dla jego całej rodzinki. Natomiast pół roku po ślubie, ukradł jeszcze mojemu mężowi obrączkę.
No i właśnie przez niego mamy taki kontakt z całą rodziną męża. A raczej, nie mamy tego kontaktu.
W mieście, nie powiodło się szwagrowi, wrócił do teściów. Pracuje na czarno, w domu nie dokłada się im do niczego.  Tyle, ile zarobi, ma tylko na własne wydatki. A teściowie niczego od niego nie wymagają. Nie postawią mu żadnego ultimatum, że na przykład: skoro nie płacisz tutaj za nic, to masz chociaż Romkowi płacić np. 500 zł a jak nie to wypier...stąd!  My do teściów  nie jeździmy, bo on tam jest a cała rodzinka spotyka się tam, czy na święta i tak normalnie, gadają, śmieją się, udają szczęśliwych, tak jakby nic się nie stało. Wydaje mi się, że im jest na rękę, że nie przyjeżdżamy, bo wtedy nie trzeba rozmawiać na trudne tematy, mają święty spokój. Na święta nie byliśmy u nich, jeśli dobrze liczę, od sześciu lat. Jeśli policzyć święta w tym roku, będzie to już siedem lat. I nigdy, nie zadzwonią zapytać się, co planujemy, czy przyjedziemy. Ale jak oni potrzebują pomocy, to wiedzą, gdzie Romka szukać. Nawet jak mieszkaliśmy od nich 70 km, to potrafili w każdej chwili zadzwonić, żeby Romek przyjechał, bo trzeba przecież drzewo na zimę szykować. I nie ważne, czy mieliśmy, jakieś palny, czy nie. Nie mówię, żeby rodzicom nie pomagać, ale ludzie, szanujmy się. Poza tym, mają oni jeszcze dwóch synów a dzwonili zawsze tylko do Romka.
Od teściów czuję chłód, szczególnie od jego matki. Bo kiedy Romek mieszkał z nimi, utrzymywał ich, robił zakupy, płacił rachunki, remontował im mieszkanie, wymienił wszystkie okna, dach a  gdy tylko zamieszkał ze mną, to wszystko się skończyło. Choć oni nadal traktowali go jak swoją własność. A z teściową to w ogóle nie mamy tematów do rozmów. Jakieś tylko płytkie wymiany zdań o pogodzie itp. a potem zapada niezręczna cisza... W ogóle nie jestem pewna, czy uważa mnie za swoja synową.
Mnie już wcale nie chodzi o te pieniądze, bo pogodziłam się z tym.  Wiem, że ich nie odzyskamy, ale chodzi mi o szacunek. Nie jesteśmy niczemu winni a czujemy się odrzuceni, wykluczeni, nierozumiani.  Chodzi mi jedynie o postawę teściów, że wolą on mieć święty spokój i udawać, że nic się nie stało niż porozmawiać, że  udają szczęśliwą, katolicką rodzinę a nas mają gdzieś.
W te wakacje, przełamałam się dla męża i ciągle nalegałam, żebyśmy do nich pojechali. I pojechaliśmy a oni od razu sypią teksty, że mają tyle ziemi, że trawa już taka długa, że skosić trzeba. Po prostu, sugerowali, żeby zrobił to Romek. No k... po latach przyjechaliśmy do nich a oni od razu wynajdują mu jakieś zajęcie. A czemu szwagier tego nie zrobi, przecież mieszka tam.
Ale jak już pisałam, na szczęście spłaciliśmy kredyt.  Mamy już to za sobą.  Chcę już o tym, zapomnieć, bo inaczej człowiek oszalałby.
A tak poza tym u nas w porządku. Byliśmy w tygodniu u księdza, po zaświadczenie, że mogę być matką chrzestną a Romek świadkiem pana młodego. Byłam też zarejestrować się w urzędzie pracy. Wczoraj wybrałam się do stomatologa.  Chcę wyleczyć wszystkie zęby, bo w przyszłym roku chcemy z mężem starać się o dzidzię :) A teraz robię porządki w mieszkaniu, powoli pakuję się, ponieważ w przyszłym tygodniu, w czwartek, jedziemy już na święta, do moich rodziców. Za tydzień, w niedzielę, będzie ślub siostry i chrzciny Michałka.

środa, 30 listopada 2011

Jesienna chandra

Dopadła mnie jesienna chandra. Smutno mi jakoś i źle, w dodatku nic mi się nie chce. A miałam tyle planów... Z utęsknieniem czekałam na jesień, żeby mieć więcej czasu dla siebie, żeby trochę odpocząć, pobiegać, poczytać książki a tu nic z tego. W ogóle nawet jakoś ciężko jest mi się z domu ruszyć.  Dobrze, że mam Dzióbka to jestem zmuszona z nim  pospacerować :) 
Mimo, że jestem w domu, czas zdecydowanie za szybko mija:  spacery z psem, obiady, porządki, blogi. Ostatnio sporo urzędowałam w kuchni, chciałam wypróbować nowe przepisy kulinarne.  Paszteciki mięsne z kapustą i do tego gyros były przepyszne. 
Romek codziennie wraca po 17. i ten czas spędzamy wspólnie, chociaż i tak za mało mamy tego czasu dla siebie. Wcześnie kładziemy się spać, bo o 3.50 on ma pobudkę.
Weekendy, kiedy Romek ma wolne, to już szczególnie szybko mijają.  Prawie cały weekend spędziliśmy w domu, bo złapało nas jakieś przeziębienie. W sobotę ja znowu urzędowałam w kuchni a Romek słuchał muzyki i robił dokumenty do pracy. Pod wieczór wyszliśmy pospacerować po mieście i zaszliśmy do sklepu.  A wieczorem do późna oglądaliśmy film. W niedzielę, po raz pierwszy od dawna, poszliśmy do Kościoła.  Stwierdziłam, że jednak religia jest głęboko we mnie zakorzeniona. Nie mogę tego tak się wyrzec. Po Kościele zrobiliśmy małe zakupy, potem odgrzałam paszteciki  i cały dzień herbatkowaliśmy się i oglądaliśmy maraton "Rancza". Tak nam wspólnie minął weekend.

Poza tym, nie ma dnia i nocy, żebym nie myślała o dziadku. Minął już prawie miesiąc od jego śmierci a do mnie to jeszcze nie dociera. Ciągle nie mogę w to uwierzyć. Często łapię się na tym, że myślę sobie: O! to i to muszę powiedzieć dziadkowi a potem dociera do mnie, że nigdy już mu tego nie powiem, że go już nie ma!

poniedziałek, 31 października 2011

Weekend był taki, jaki lubię najbardziej. W sobotę leniuchowaliśmy w łóżku z mężem do 9
a potem  poszliśmy z naszym Dzióbkiem na długi spacer do lasu. Ostatnio żyliśmy na takich dużych obrotach, że nawet nie zauważyliśmy, że to już prawie końcówka jesieni, że ostatnie już liście są na drzewach. W lesie było tak przyjemnie: poranna mgła, słońce, cisza, Dzióbek szalejący. Przyszliśmy do domu po południu. Obiad przygotowałam dzień wcześniej, więc tylko podgrzałam.  Potem była kawka i książka. Wieczorem poszliśmy jeszcze na krótki spacer na stadion a wieczorkiem oglądaliśmy tv.

W niedzielę przyjechała do nas moja rodzinka, zjedliśmy pyszny obiad, potem poszliśmy na zakupy i do kawiarni. Rodzice dopiero przyznali, w jakim ciężkim stanie, był dziadek. Okazało się, że na nerce miał guza. Rak został szybko wykryty. Operacja przebiegła bez żadnych komplikacji, jednak w trzecią dobę po operacji, dziadek zaczął się dusić, nie mógł oddychać. Reanimowali go 15 minut. Dziadek był już prawie na tamtym świecie. Na szczęście czuje się coraz lepiej, powoli odzyskuje siły i humor. Już prosił babcie, aby następnym razem, jak przyjedzie,  kupiła dużego torta, bo chciałby podziękować pielęgniarkom za opiekę. Cały czas myślę o nim, martwię się. Mam nadzieję, że szybko wróci do zdrowia. 
Po raz kolejny uświadomiłam sobie,  jak trzeba pielęgnować na co dzień nasze relacje
z bliskimi, jak trzeba dbać, by te chwile były szczególne, wyjątkowe, bo życie takie kruche jest. Jednego dnia wszystko jest ok, a na drugi dzień, może już nie być z nami ukochanej osoby. 



sobota, 1 stycznia 2011

Ech...

Zawsze Sylwestra spędzaliśmy w łóżku, spaliśmy. Nie czekaliśmy specjalnie do północy, bo lubimy wcześnie kłaść się spać. W tym roku było inaczej. Kupiliśmy dwie butelki wina, ja zrobiłam gołąbki, upiekłam rafaelo. Cały wieczór oglądaliśmy filmy w komputerze i na HBO comedy, co w ogóle bardzo rzadko nam się zdarza. Gadaliśmy, śmialiśmy się, potem nie wiadomo kiedy wybiła północ. Z okna obserwowaliśmy wybuchy petard. Romek objął mnie, złożył życzenia, dał buziaka. Poczułam się wyjątkowo. Poczułam się JEGO KOBIETĄ. Tak dawno mnie nie obejmował. Przytulać przytula, ale zawsze na moją prośbę. Od kilku tygodni, czy już może nawet kilka miesięcy, nie ma między nami czułości, bliskości, intymności. Coraz mniej czasu spędzamy wspólnie. Nawet, gdy ma wolne, woli zająć się czymś innym. Mnie niewiele poświęca uwagi. A ja chodzę rozdrażniona, zestresowana,  humory mam skrajne. Raz śmieję się, za chwilę mam wszystkiego dość i chciałabym z tym wszystkim skończyć. Męczą mnie psychicznie studia, praca magisterska utknęła w miejscu. 

piątek, 22 października 2010

Trochę już o świętach

Ten tydzień był w miarę spokojny. Jednak zajęcia nie są takie straszne, jak wydawały się być na początku. Najgorsze są tylko czwartki. Już w środę całą noc nie spałam ze stresu, co chwila zerkałam na zegarek. Pocieszające było to, że rano miał jechać ze mną Romek. Rano wyszedł z Dzióbkiem na spacerek, zrobił mi i sobie śniadanie. Zrobił mi również kanapki na uczelnię, zapakował pięknie w plastikowy pojemniczek. Odprowadził mnie też pod samą uczelnię :) Kochanego mam mężczyznę.
Pierwsze czwartkowe zajęcia mam z profesorem z którym kiedyś już miałam zajęcia. Byłam tym przerażona, bo na 2. roku był bardzo nieprzyjemny, surowy, wymagający. Teraz jest zupełnie inny. Myślę, że to dlatego,że jesteśmy już na V roku. Oczywiście, nadal dużo wymaga, trzeba przepisywać ręcznie wszystkie kserokopie, ale ma zupełnie inny stosunek do nas, więc nie jest źle. Następne zajęcia mam z młodym doktorkiem. On był i nadal jest postrachem na naszej uczelni. Na jedne zajęcia mieliśmy przygotować 14 artykułów do tego po części pisane w łacinie. Kserówki ledwo pomieściły mi się w torbie. A na zajęciach pyta wyrywkowo z listy, gada jakieś głupie docinki, naśmiewa się z nas. Nieprzyjemny typ. Potem miałam mieć seminarium magisterskie. Czekałam 3 godziny, promotor spóźnił się pół godziny i gdy w końcu przyszedł powiedział tylko, że dzisiaj nie ma seminarium i przez kolejne dwa tygodnie również. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej ciekawa jestem kiedy napiszę pracę, jeśli pierwsze seminarium w tym roku odbędzie się dopiero w połowie listopada.
Ostatnio z Romkiem zastanawiamy się, czy pojechać na święta Bożego Narodzenia do moich rodziców. Zawsze święta spędzaliśmy u nich. Romek będzie miał dużo czasu wolnego, bo w grudniu będzie miał drobny zabieg w szpitalu, więc tym bardziej moglibyśmy pojechać do nich. Tylko, że ja nie chcę, żeby było tak jak jest zawsze. Czyli, jak tam pojedziemy, to będzie wszystko super a gdy wrócimy do siebie, to zaczną się nieporozumienia. Oni nie chcą nas odwiedzać a my mamy pojechać do nich, i udawać, że wszystko jest ok? W końcu też mamy swoje uczucia, też nam jest przykro, że zawsze ich prosimy, aby przyjechali do nas i zawsze słyszymy: „nie”. Rodzice może zaczęli powoli zdawać sobie z tego sprawę i już teraz szykują grunt, żebyśmy do nich przyjechali. W kółko mówią: „ jak do nas przyjedziecie to …”. Cały czas podkreślają to, że my przyjedziemy. Nie ma odmowy. Wydaje mi się, że jak my nie przyjedziemy to moi rodzice raczej spędzą ten czas samotnie z młodszym bratem. Siostra moja nie przyjedzie, bo jej facet lubi sobie wypić w święta, babcia z dziadkiem też ich nie odwiedzą, mimo że mieszkają w tej samej, małej miejscowości. Mnie nie chodzi o to, żeby zrobić im na złość lub przykrość, chodzi mi tylko i wyłącznie o mnie i Romka o to, żeby po raz kolejny nie było nam przykro, jak po świętach znowu będą sobie nas olewali. A ja już nie chcę następnego rozczarowania. Poza tym mam żal do mojej babci i dziadka. My zawsze jak jesteśmy w rodzinnych stronach, odwiedzamy ich. Moi teściowie wiedzą, że łączy mnie z nimi silna więź i dlatego ciągle proponowali im, że jak będą do nas jechali to zabiorą moich dziadków ze sobą. Za każdym razem, od połowy maja, mówili im kiedy będą do nas jechali a oni do tej pory nie przyjechali do nas. Aż mi już głupio było i wstyd przed teściami, że niby tak jestem zżyta z dziadkami a oni po prostu nie chcą przyjechać.
I dlatego zastanawiamy się, czy nie spędzimy tych świąt u nas. To byłyby pierwsze święta w naszym nowym mieszkaniu. Raz już spędziliśmy święta sami, było przyjemne, chociaż wiadomo to nie to samo co święta w rodzinnym gronie. No ale cóż, nic na siłę. Jak ktoś będzie chciał spędzić ten czas z nami, to może do nas przyjechać, jak nie to nie. A Wy, co myślicie???

piątek, 8 października 2010

Zajęcia, dojazdy, kontakty rodzinne


Jak ciężko jest wdrożyć się na uczelni, w ten rytm, poranne wstawanie, bieganie na pociąg a potem tyle godzin spędzać na uczelni. A jak przyjeżdżam do domu, chwilę odpocznę i zaraz zabieram się do pracy, żeby przygotować się na następne zajęcia.
Plan mam nienajgorszy, w poniedziałki mam zajęcia od 8.15 do16.45, w czwartki też od 8.15 do 15. To duży plus, że od czwartku, od godziny 15. rozpoczyna się już mój weekend :) Natomiast we wtorki i środy jeżdżę tylko na jedne zajęcia. Niby to nic, bo to tylko 1,5 godziny zajęć, ale sam dojazd w obie strony zajmuje mi codziennie cztery godziny. Może nie tyle sam dojazd, ale też dojście z domu na PKP, z PKP na uczelnię i z powrotem. Poza tym standardem są 20-minutowe spóźnienia pociągów! To codzienność! Więc nawet jak jeżdżę na jedne zajęcia to i tak cały dzień mam zmarnowany. Ale zadowolona jestem, że znów jestem wśród ludzi, że mam dużo zajęć, że muszę coś robić.
W tym wszystkim bardzo wspiera mnie Romek. W poniedziałek rano, pojechał później do pracy, żeby pojechać ze mną. Wyszedł wcześniej z Dzióbkiem na spacer. W czwartek, jak zaspałam został, żeby jeszcze wyjść z psem a ja pobiegłam na pociąg. W pracy drukuje mi mnóstwo materiałów potrzebnych na zajęcia. A ja dopiero teraz poczułam się trochę w jego skórze i doświadczam tego, co to znaczy dojeżdżać PKP(!), wstawać bardzo wcześnie, przyjechać późno, po prostu być zmęczonym.
Znowu bardzo boję się wychodzić z psem na spacer. Niedawno zaatakował mnie ogromny wilczur. Na szczęście zdążyłam wziąć mojego pieska na ręce. Tamten wilczur rzucał się na mnie z jednej i drugiej strony, żeby dopaść Dzióbka. W końcu podeszła(!) właścicielka tego psa i zaczęła go za ogon odciągać ode mnie. Teraz, gdy jestem z Dzióbkiem na spacerze myślę tylko, żeby jak najszybciej wrócić do domu! Romek napisał informację do zastępcy burmistrza, że koło nas w parku mnóstwo psów biega bez smyczy i zaraz na drugi dzień można było spotkać straż miejską. Szkoda, że było ich tylko widać przez jeden dzień.
To chyba już trzeci tydzień jak mój tata wrócił z zagranicy.O jego przyjeździe dowiedziałam się... z portalu internetowego. Po kilku dniach wysilił się, żeby zadzwonić do mnie, ale nie odebrałam. Potem już nawet nie fatygował się. W zeszłym tygodniu zadzwoniła do mnie babcia z dziadkiem, pewnie „na zwiady” dla moich rodziców. Chciała dowiedzieć się, czy studiuję, czy nie. Bo rodzice przecież nie zadzwonią, nie przyjadą, nie odwiedzą, bo my mieszkamy na drugim końcu świata! Aż 60 km od nich!!!

czwartek, 30 września 2010

Nowy rok akademicki rozpoczęty

Jak siedziałam w domu i miałam dużo wolnego czasu, czułam się bardzo źle. Narzekam, że nie mam co robić. Powoli popadałam w depresję. Od poniedziałku rozpoczął się rok akademicki i z tego powodu też nie najlepiej się czułam. Od dwóch lat nie byłam w pełnym toku studiów, lecz ciągle coś powtarzałam w związku z tym jeździłam na uczelnię tylko raz, czasami dwa razy w tygodniu. Przez te dwa lata zapomniałam, jak to jest ciężko na uczelni, zapomniałam ile jest zajęć i obowiązków. Pierwszą noc przed zajęciami w ogóle nie zmrużyłam oka. Denerwowałam się, że zaśpię i samym dojazdem PKP. Rano byłam półprzytomna, myślałam że nie dam rady dojechać, ale poranny spacer z psem ożywił mnie.
W pierwszy dzień na uczelni pojawiły się tylko cztery osoby z mojej nowej grupy, reszta miała ponoć praktyki. Zresztą w ogóle nie odbywały się zajęcia. Wykładowcy dawali tylko rozkład materiału, który mamy przygotować, więc ostatnie ćwiczenia darowałam sobie. We wtorek mieliśmy zajęcia z pewną babką o której słyszałam nie za dobre rzeczy. Choć na pierwszych zajęciach była w miarę miła, jednak dała do zrozumienia, że tak łatwo nie będzie. Dała nam rozpiskę lektur na sześć stron formatu A4. Przeraziłam się, że na 5. roku wymaga się tyle jak na 1., 2. czy 3. roku. Oprócz tego, na zaliczenie semestru, będzie ustny sprawdzian ze wszystkich zagadnień.
Na szczęście, w tym tygodniu ominęły mnie zajęcia z wykładowcami, którzy sieją największy postrach na naszej uczelni. Z jednym z nich nie miałam jeszcze do czynienia, ale po korytarzach krążą przeróżne legendy na jego temat. Zresztą, co roku przed sesją egzaminacyjną i w jej trakcie, widzę jak ciągną się do niego długie kolejki, przez cały korytarz, na konsultacje. Kolejki te były od godzin porannych do późnowieczornych. Facet czepia się dosłownie wszystkiego. Z drugim wykładowcą miałam już zajęcia. Był to trudny przedmiot i na zajęciach była cisza, jak makiem zasiał. Zajęcia były wyłącznie oparte na tekstach naukowych, teoretycznoliterackich i mimo to nie można było mieć u niego na zajęciach żadnej książki, żadnego ksera. Więc np. jak musieliśmy przygotować na każde zajęcia trzy, czy cztery artykuły, każdy po ok. 60 stron, trzeba było wszystko przepisywać ręcznie. A przynajmniej większość, bo to wszystko była sucha teoria, mnóstwo terminów, pojęć. Potem pytał o to szczegółowo, jak się czegoś nie rozumiało do końca, nie wytłumaczyło jakiegoś pojęcia w jeszcze innym słowniku, stawiał nieprzygotowanie. Cały tydzień robiłam notatki na ten przedmiot, odcisków na palcach miałam tysiące. Pamiętam jak jeszcze mieszkałam z mężem w akademiku, ja robiłam notatki z jednej książki, Romek robił mi notatki z innego artykułu. Siedział nad tym do samego rana. Dwie godziny tylko przespał się i wstawał do pracy. Podejrzewam, że teraz przedmiot z tym wykładowcą, będzie jeszcze trudniejszy, bo sama nazwa tych zajęć brzmi przerażająco…
Poza tym jeszcze magisterka… po ostatnim zajściu trochę boję się promotora.
Czeka mnie ciężki rok, jestem trochę przerażona, ale mam nadzieję że jakoś odnajdę się i podołam nowym obowiązkom.