O mnie

Moje zdjęcie
Trzydzistoparolatka. Żona. Mama dwóch chłopców. Dzięki nim moje życie nabrało barw. Na blogu pragnę uwiecznić naszą (nie)codzienność. Chcesz do mnie napisać? Mój email: madzia435@gmail.com

Obserwatorzy

Online

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziadkowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dziadkowie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 19 lutego 2017

Odeszła moja najukochańsza

Dzień po Walentynkach zmarła moja najukochańsza Babcia. Nie mogę uwierzyć, że jej nie ma z nami i już nigdy nie będzie.
Babcia była najbliższą osobą mojemu sercu. Od zawsze miałam z nią doskonały kontakt. W ogromnej mierze to właśnie dzięki niej miałam wspaniałe dzieciństwo i nigdy niczego mi nie brakowało. Z moją mamą nigdy nie miałam wspólnego języka. Jest nerwowa. Ciągle tylko krzyczy, krytykuje i rozkazuje. Nigdy nie potrafiłyśmy ze sobą rozmawiać. U babci czułam się jak u siebie w domu. Może nawet lepiej. Czułam się kochana i rozumiana. Babcia zawsze miała dla mnie czas. Ciepło ugościła. Pamiętam "czwartkowe obiady" jak to dziadek mawiał. W każdy czwartek przychodziłyśmy z kuzynką do dziadków na obiad a później nie miałyśmy sił iść na angielski, bo byłyśmy przejedzone. 
Babcia nie krzyczała jak moja mama. Nie krytykowała. Była powierniczką mojego serca. Zawsze dbała o mnie, kupowała prezenty, opłacała szkołę, dawała kieszonkowe. Nieraz jeździłyśmy autobusem do miasta na zakupy dla mnie. Kupowała mi ubrania, buty. Dzięki niej nie czułam się gorsza od innych. Nieraz w wakacje chodziłam do nich spać i wcale nie chciałam wrócić do domu. Do dziś, kiedy nie mogę w nocy spać i włączam po cichu muzykę, przypominają mi się tamte chwile. Jakbym była tam, u nich. Kiedy rano budziłam się u babci i dziadka oni szeptali sobie coś tam w kuchni i właśnie po cichuteńko mieli włączone radio, żeby mnie nie obudzić. Jakoś do dziś siedzi to w mojej głowie. Babcia zaraziła mnie pasją do robienia na drutach i miłością do kwiatów. Marzyłam, żeby to ona była moją mamą.
Gdy wyjechałam na studia raz w tygodniu dzwoniła do mnie z dziadkiem a gdy wracałam zawsze do nich kierowałam swoje pierwsze kroki. W rodzinnej miejscowości nie było mnie 10 lat. Dziadek odszedł 5 lat temu. Po śmierci dziadka, babcia załamała się. Często powtarzała, że nic nie ma dla niej sensu, że nie chce żyć. Czuła się bardzo samotna. Po roku od śmierci dziadka, a więc 4 lata temu, wróciliśmy do rodzinnej miejscowości z półrocznym Filipkiem. Babcia oszalała na jego punkcie.
Wiedziała, o której godzinie, wychodzimy z Filipkiem na spacer i codziennie czekała na nas na ławce, na ryneczku. Tam obok w sklepiku kupowała prawnuczkowi zabawki albo otwierała swój czerwony portfel i kazała Filipkowi pozbierać wszystkie drobniaki. Nieraz miał kieszenie wypchane pieniędzmi, że aż portki mu spadały. Filipek lubił jej laskę. Brał ją i chodził jak babcia. Pilnował też, żeby babcia jej nie zgubiła, bo często o niej zapominała. Babcia z nami spacerowała. Chodziła do parku, na plac zabaw. Potem dostaliśmy od babci ogródek i tam spędzaliśmy czas. Babcia ze swojego domu widziała kawałek ogrodu i kiedy tylko nas dojrzała zaraz do nas przychodziła. Cały czas przesiadywaliśmy na ogrodzie od wiosny do jesieni. Grillowaliśmy, piliśmy kawę. Od rana do wieczoru. Babcia uwielbiała obserwować naszego synka. Jak pracuje w piaskownicy, albo jak coś tam w szopce robił. Nieustannie powtarzała, jaki on ładny chłopak, jaki mądry, pracowity, że ciągle coś musi robić. Romka chwaliła, że jest dobry i pracowity. I ze mnie była taka dumna. Cieszyła się, że studia skończyłam. Chwaliła, że ładnie wyglądam, ładnie się uczesałam, za wyniki w nauce, że dobrze sobie radzę, że dbam o Filipka. Albo, gdy spacerowaliśmy po miasteczku a ona czuła się gorzej i nie miała jak wyjść do nas to w oknie ciągle za nami wyglądała lub na balkonie. Z kimkolwiek ona nie spotkała się, czy jak ciocia do niej dzwoniła, opowiadała tylko o Filipku. Była za nami całym sercem. Jak nikt inny. Muszę przyznać, że czasami obecność babci trochę mnie męczyła, bo nawet nie mieliśmy jak z Romkiem porozmawiać, bo ona zawsze była. Nogi ją strasznie bolały a tak bardzo chciała do nas przychodzić. Zimą to ja ją odwiedzałam w każdą sobotę. Nie zamykała drzwi, bo czekała na mnie w swoim fotelu. Wiedziała, że przyjdę. My sobie tak zawsze pogadałyśmy... 
Babcia nie pozwoliła nikomu mnie skrzywdzić. Kiedyś zalana łzami opowiedziałam jej jak teściowa mnie traktuje, jak mnie wyzywa. A ona, pewnego dnia, dojrzała ją przypadkiem przez okno i wyszła do niej, choć ledwo chodziła i dała jej kosza. Moja matka nigdy za mną nie wstawiła się. Jeszcze tamtej kłaniała się, czym mnie dodatkowo raniła a właśnie babcia broniła mnie!!!
W sierpniu, kiedy późnym popołudniem Romek poszedł do niej zastał ją leżącą na podłodze. Nie mogła wstać i od tamtej pory już nie chodziła. Mama z ciocią opiekowały się nią. Raz wyglądała dobrze a raz była taka słaba, że nieraz myśleliśmy już o najgorszym... Strasznie wycierpiała się. Potem pojechała na rehabilitację. Głęboko wierzyła, że przyjdzie jeszcze do nas na ogródek, popatrzeć na naszych chłopców. Nie wróciła...
Kiedy Filipkowi powiedziałam, że babcia jest w niebie zaczął zadawać mnóstwo pytań: a jak poszła do nieba? Kiedy wróci? Czy latem przyjdzie do nas? Kiedy powiedziałam, że nie wróci stwierdził, że mogła tam nie iść. Potem dalej dociekał a gdzie jest w niebie czy w kosmosie? A jak tam poszła po chodniczku czy schodami? A jak weszła po schodach przecież ją nogi bolały...
Tak ładnie wyglądała w trumnie. Twarz miała taką spokojną, jakby spała. Nareszcie jest już z dziadkiem. Tak bardzo za nim tęskniła. Filipek ma dopiero cztery lata a już pierwszy raz w życiu uczestniczył w pogrzebie. Najpierw poszedł ze mną do Kościoła na mszę a potem na cmentarz. Widział trumnę, wieńce. Myślę, że babcia cieszyła się, że on też był. 
Nie mogę uwierzyć, że nie będzie jej już na ryneczku, że nie będzie za nami czekała, że nie przyjdzie na ogród.
Boże jesteś niesprawiedliwy! W tak krótkim czasie straciłam wszystkie osoby, które mnie kochały, które zawsze mnie wspierały. Najpierw prababcia, pięć lat temu dziadek, potem wujek i teraz babcia. Nie mam już nikogo poza rodzicami (?) i mężem. Jakie to niesprawiedliwe!!!!!!!!!!!!
Filipek 4 lata
Franiu 8 mies.

piątek, 17 lutego 2017

Nie mogę uwierzyć. Ciągle wydaje mi się, że to zły sen. Ale to już trzeci dzień a ja wciąż nie mogę obudzić się... :,(((((((

sobota, 6 czerwca 2015

Babcia

Moja kochana babcia jest w szpitalu. Miała operację. W ostatniej chwili ją uratowano. Każdego dnia i nocy boję się o jej życie. Płaczę. 
Pomimo tego, że widujemy się na co dzień, gdy pojechałam odwiedzić ją do szpitala, zupełnie jej nie poznałam. Tak bardzo zmieniła się. Choroba ją wycieńczyła. Postarzała się. Zrobiła się taka szczupła i malutka. Stałam nad jej łóżkiem i zastanawiałam się czy to ona. Oczy miała zamknięte. Kiedy je otworzyła rozpoznała mnie. Powiedziała: "Magdzia?" Wtedy dopiero miałam pewność, że to ona!
Babcia jest bez sił. Nie może wstać, chodzić, ani w łóżku przekręcić się na bok. Nie ma nawet siły utrzymać butelki, żeby napić się wody. Jest taka bezradna i... samotna.
Babcia bardzo mocno mnie kochała, wspierała, dbała o mnie, dawała mnóstwo prezentów, rozpieszczała. Zawsze miałyśmy bardzo dobry kontakt. Z nią mogłam szczerze porozmawiać o wszystkim. 
Niespełna cztery lata temu, kiedy umarł dziadek, babcia załamała się. Już nic jej nie cieszyło. Wiele razy powtarzała, że nie ma po co żyć, że jej życie nie ma już sensu...
Kiedy przeprowadziłam się do rodzinnej miejscowości, babcia cały czas wypatrywała mnie i Filipka w oknie. Otwierała okno albo wychodziła na balkon, żeby zapytać się, co u nas i jak Filipek. Codziennie rano, czekała na nas na rynku. Spędzałyśmy razem bardzo dużo czasu. W zeszłym roku, całe lato siedziała z nami w parku, na placu zabaw, a w tym roku siedziałyśmy ciągle na ogródku.  
I z Filipkiem babcia jest bardzo zżyta, choć to jego prababcia. Tak jak mnie kiedyś, tak teraz rozpieszczała Filipka. Stale kupowała mu zabawki albo dawała pieniądze. Często mówiła, że jak jeden czy dwa dni go nie widzi, to tak bardzo tęskni. 
Ostatnio denerwowałam się na nią, bo powoli już nie miałam swojego życia. Gdzie się nie ruszyłam, zawsze była ona. Chodziła za mną. Nawet nie miałam jak pogadać z Romkiem, bo cały czas z nami siedziała. Ale teraz, gdy jej nie ma, czuję taką pustkę, żal i smutek. I Filipek stale pyta się o nią, czy przyjdzie na ogródek. My tu, u niej na ogródku a ona sama w szpitalu!
Nie wiem, czy babcia z tego wyjdzie. Jest taka słaba. A nawet jeśli wyjdzie, nie będzie już tak, jak dawniej. Nie będzie samodzielna. Będzie potrzebowała całodobowej opieki. Jaka starość jest okropna!!!!
Wszyscy, którzy mnie bardzo kochali i byli całe życie za mną tak szybko, niespodziewanie odchodzą. Najpierw prababcia (2009), następnie dziadek! (2011), potem wujek (2013) a teraz nie wiadomo, co będzie z babcią. Poza babcią i rodzicami nie mam już nikogo!!!!
2 lata, 7 miesięcy

wtorek, 15 listopada 2011

Wspomnienie dziadka

Dziadek był autorytetem dla naszej rodziny i dla wielu ludzi: wykształcony, oczytany, przez wiele lat był prezesem w rodzinnej miejscowości.  Był szanowany i poważany.  Dziadek miał
w sobie życiowy optymizm, miał ogromne poczucie humoru.  Kochał życie i czerpał z niego pełnymi garściami. Zawsze był duszą towarzystwa, kochał ludzi, miał wielu oddanych przyjaciół. Gdy przyszło się do niego w odwiedziny zawsze serdecznie ugościł. Częstował kawą, herbatą, 
obiadem, swoimi nalewkami albo wędlinami własnej "produkcji". Był nowoczesnym dziadkiem: witał się i żegnał słowem "heej", kupił sobie telefon komórkowy i jak tylko weszły do mody, kijki Nordic Walking. Kilka razy w tygodniu robił długie 10-kilometrowe spacery. Latem na spacer zabrał ze sobą mnie, Romka i mojego brata. Do naszej wyprawy dobrze się przygotował. Wziął ze sobą nalewki, kieliszki i na polanie siedzieliśmy i delektowaliśmy się dziadka trunkami. Dziadek był osobą niezwykle silną psychicznie, nigdy nie poddawał się, nie załamywał, na nic się nie skarżył. 
Do szpitala miał pojechać tylko na tydzień. Lekarze mieli dziadkowi wyciąć guza na nerce. Operacja się udała. Jednak w trzecią dobę po zabiegu dziadek dusił się. Reanimowali go 15 minut. Dopiero wtedy lekarze zrobili szczegółowe badania i wykryli u dziadka wadę serca. Jednak dziadek odzyskiwał siły, wracał szybko do zdrowia. Już praktycznie szykował się do wyjścia ze szpitala, kazał przywieźć klapki i dresy, bo nie mógł już leżeć w łóżku. I żartował sobie, że babcia tak ciągle narzeka na zdrowie, "skwierczy i skwierczy" a on nie "skwierczał" i tutaj się znalazł. W nocy, 2. listopada o 0.57 dziadek dostał zawału serca i zmarł. Dla  lekarzy również to był szok. Może, gdyby nie ta operacja, dziadek byłby z nami. Może żyłby jeszcze kilka lat. Tej nocy, kiedy dziadek odszedł, przyśnił mi się. Szedł ulicą naszego miasteczka i uśmiechał się. Tylko, że ja bałam się z nim spotkać, chciałam go minąć tak, żeby mnie nie widział. 
Mam ogromne wyrzuty sumienia, bo od sierpnia byłam trochę pogniewana na dziadka. Miałam żal do niego o to, że naopowiadał Romkowi, niekoniecznie dobrych rzeczy o mojej rodzinie. I praktycznie od trzech miesięcy z dziadkiem nie rozmawiałam. Wiem, że dziadek miał żal do mnie i do Romka. Romek powtórzył mi całą ich rozmowę, a ja przekazałam ją dalej... Dziadek  leżał  w szpitalu a ja nie zadzwoniłam ani nie odwiedziłam go. Szykowałam się, żeby pojechać, ale już nie zdążyłam. Bardzo żałuję, że nie zdążyliśmy sobie wszystkiego wyjaśnić, że nie zdążyliśmy porozmawiać, uściskać się. 
Na pogrzebie było mnóstwo ludzi, prawie całe miasteczko. Ksiądz wygłosił piękne kazanie. Mówił, że znał dobrze dziadka, że dziadek odznaczał się dużym szacunkiem do kapłana. Na pogrzebie przemawiał także burmistrz miasta, mówił o zasługach dziadka dla miasta, o jego poczuciu humoru, które pozwalało łatwiej znosić trudy życia. Kiedy zasypywano trumnę ziemią wyła syrena strażacka. 
Kiedyś Dzień Zmarłych miał dla mnie zupełnie inne znaczenie. Paliłam znicze na cmentarzu dla osób, których odejścia mnie bezpośrednio nie dotyczyły, ponieważ nie znałam tych osób. Teraz na cmentarzu leży mój ukochany dziadek. Dwa lata temu zmarła prababcia. Osoby mi najbliższe. Mam liczną rodzinę, ale z nikim nie utrzymuję kontaktu, tylko z rodzicami, babcią i dziadkiem, sporadycznie z teściami. Dziadek i babcia byli jedynymi osobami z całej rodziny, które mną się interesowały, które mi pomagały, na których zawsze mogłam  liczyć, które mnie kochały z całego serca. 

czwartek, 3 listopada 2011

Dziadek

Dziadek zmarł wczoraj.
A wszystko miało już być dobrze!!!!!!!!
Nie wiem, jak teraz będzie bez niego?!!No jak?!!!
On był opoką naszej rodziny.
Nie wierzę. Nie wierzę.


Proszę Was o modlitwę za jego duszę.

poniedziałek, 31 października 2011

Weekend był taki, jaki lubię najbardziej. W sobotę leniuchowaliśmy w łóżku z mężem do 9
a potem  poszliśmy z naszym Dzióbkiem na długi spacer do lasu. Ostatnio żyliśmy na takich dużych obrotach, że nawet nie zauważyliśmy, że to już prawie końcówka jesieni, że ostatnie już liście są na drzewach. W lesie było tak przyjemnie: poranna mgła, słońce, cisza, Dzióbek szalejący. Przyszliśmy do domu po południu. Obiad przygotowałam dzień wcześniej, więc tylko podgrzałam.  Potem była kawka i książka. Wieczorem poszliśmy jeszcze na krótki spacer na stadion a wieczorkiem oglądaliśmy tv.

W niedzielę przyjechała do nas moja rodzinka, zjedliśmy pyszny obiad, potem poszliśmy na zakupy i do kawiarni. Rodzice dopiero przyznali, w jakim ciężkim stanie, był dziadek. Okazało się, że na nerce miał guza. Rak został szybko wykryty. Operacja przebiegła bez żadnych komplikacji, jednak w trzecią dobę po operacji, dziadek zaczął się dusić, nie mógł oddychać. Reanimowali go 15 minut. Dziadek był już prawie na tamtym świecie. Na szczęście czuje się coraz lepiej, powoli odzyskuje siły i humor. Już prosił babcie, aby następnym razem, jak przyjedzie,  kupiła dużego torta, bo chciałby podziękować pielęgniarkom za opiekę. Cały czas myślę o nim, martwię się. Mam nadzieję, że szybko wróci do zdrowia. 
Po raz kolejny uświadomiłam sobie,  jak trzeba pielęgnować na co dzień nasze relacje
z bliskimi, jak trzeba dbać, by te chwile były szczególne, wyjątkowe, bo życie takie kruche jest. Jednego dnia wszystko jest ok, a na drugi dzień, może już nie być z nami ukochanej osoby. 



niedziela, 7 listopada 2010

Odwiedziny dziadków :)

Wczoraj zadzwoniłam do mamy, żeby pochwalić się, że powoli robię się „starą kucharą” - właśnie gotowałam bigos. Podczas rozmowy mama sama zaproponowała,że przyjechałaby do nas z tatą i bratem. Zdziwiłam się, ale też ucieszyłam. Zaproponowała też, że przywieźliby ze sobą dziadków, jeśli będą chcieli, więc moja radość była jeszcze większa. Jednak wieczorem mama zadzwoniła powiedzieć, że dziadkowie nie przyjadą, bo: „babcię biodro boli, a my przecież na święta przyjedziemy”. Znowu zrobiło mi się bardzo przykro. To moi ukochani dziadkowie a odwiedzić nas nie chcą. Zawsze mają jakieś wytłumaczenie. Kiedyś tak nie było, dopiero od niedawna tak jest, więc pomyślałam sobie, że musi być coś na rzeczy. Dlatego zadzwoniłam do nich, zapytałam się dlaczego nie chcą przyjechać? Czy pogniewali się na nas? Powiedziałam,że nam jest przykro, bo tyle ich prosimy i czekamy na nich a tu zawsze coś. Byli zdziwieni, że tak jasno powiedziałam, jak to wygląda z mojej strony i że powiedziałam co czuję. Mimo to, skończyło się na tym, że przyjadą „następnym razem”.
Dzisiaj rano mama zadzwoniła z informacją, że jednak babcia z dziadkiem przyjadą. Babcia ubrała się w piękną różową bluzkę, dziadek założył niebieską koszulę z krawatem. Wystroili się jakby nie wiadomo gdzie jechali :) Przywieźli małe prezenty, obejrzeli nasze mieszkanie. Kiedyś, jak byliśmy u dziadków, pokazaliśmy im zdjęcia naszego mieszkania sprzed remontu - to była dosłownie rudera. Dziadkowie byli zszokowani i przerażeni stanem tego mieszkania, aż zaniemówili. A teraz byli pod ogromnym wrażeniem, że tak szybko poradziliśmy sobie z remontem i tak gustownie urządziliśmy. I sami również cieszyli się tym, że przyjechali. Pomyślałam sobie, że dobrze czasami jest wygadać swoje żale a ja zawsze duszę w sobie i udaję, że wszystko jest w porządku. A potem wszyscy też tak myślą, bo skąd maja wiedzieć, że jest inaczej, jeśli nigdy nie mówię im o tym. Tylko niestety o uczuciach trudno jest rozmawiać. Boję się pokazać swoją słabość. Chociaż z dziadkami potrafię szczerze porozmawiać, bo oni są w stanie przemyśleć to co mówię, rodzice nie… Dziadkowie są mi naprawdę bardzo bliscy. Więc teraz znowu sprawa tego, gdzie spędzimy święta, stoi pod dużym znakiem zapytania.

To człowiek człowiekowi
potrzebny jest do szczęścia.

piątek, 22 października 2010

Trochę już o świętach

Ten tydzień był w miarę spokojny. Jednak zajęcia nie są takie straszne, jak wydawały się być na początku. Najgorsze są tylko czwartki. Już w środę całą noc nie spałam ze stresu, co chwila zerkałam na zegarek. Pocieszające było to, że rano miał jechać ze mną Romek. Rano wyszedł z Dzióbkiem na spacerek, zrobił mi i sobie śniadanie. Zrobił mi również kanapki na uczelnię, zapakował pięknie w plastikowy pojemniczek. Odprowadził mnie też pod samą uczelnię :) Kochanego mam mężczyznę.
Pierwsze czwartkowe zajęcia mam z profesorem z którym kiedyś już miałam zajęcia. Byłam tym przerażona, bo na 2. roku był bardzo nieprzyjemny, surowy, wymagający. Teraz jest zupełnie inny. Myślę, że to dlatego,że jesteśmy już na V roku. Oczywiście, nadal dużo wymaga, trzeba przepisywać ręcznie wszystkie kserokopie, ale ma zupełnie inny stosunek do nas, więc nie jest źle. Następne zajęcia mam z młodym doktorkiem. On był i nadal jest postrachem na naszej uczelni. Na jedne zajęcia mieliśmy przygotować 14 artykułów do tego po części pisane w łacinie. Kserówki ledwo pomieściły mi się w torbie. A na zajęciach pyta wyrywkowo z listy, gada jakieś głupie docinki, naśmiewa się z nas. Nieprzyjemny typ. Potem miałam mieć seminarium magisterskie. Czekałam 3 godziny, promotor spóźnił się pół godziny i gdy w końcu przyszedł powiedział tylko, że dzisiaj nie ma seminarium i przez kolejne dwa tygodnie również. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej ciekawa jestem kiedy napiszę pracę, jeśli pierwsze seminarium w tym roku odbędzie się dopiero w połowie listopada.
Ostatnio z Romkiem zastanawiamy się, czy pojechać na święta Bożego Narodzenia do moich rodziców. Zawsze święta spędzaliśmy u nich. Romek będzie miał dużo czasu wolnego, bo w grudniu będzie miał drobny zabieg w szpitalu, więc tym bardziej moglibyśmy pojechać do nich. Tylko, że ja nie chcę, żeby było tak jak jest zawsze. Czyli, jak tam pojedziemy, to będzie wszystko super a gdy wrócimy do siebie, to zaczną się nieporozumienia. Oni nie chcą nas odwiedzać a my mamy pojechać do nich, i udawać, że wszystko jest ok? W końcu też mamy swoje uczucia, też nam jest przykro, że zawsze ich prosimy, aby przyjechali do nas i zawsze słyszymy: „nie”. Rodzice może zaczęli powoli zdawać sobie z tego sprawę i już teraz szykują grunt, żebyśmy do nich przyjechali. W kółko mówią: „ jak do nas przyjedziecie to …”. Cały czas podkreślają to, że my przyjedziemy. Nie ma odmowy. Wydaje mi się, że jak my nie przyjedziemy to moi rodzice raczej spędzą ten czas samotnie z młodszym bratem. Siostra moja nie przyjedzie, bo jej facet lubi sobie wypić w święta, babcia z dziadkiem też ich nie odwiedzą, mimo że mieszkają w tej samej, małej miejscowości. Mnie nie chodzi o to, żeby zrobić im na złość lub przykrość, chodzi mi tylko i wyłącznie o mnie i Romka o to, żeby po raz kolejny nie było nam przykro, jak po świętach znowu będą sobie nas olewali. A ja już nie chcę następnego rozczarowania. Poza tym mam żal do mojej babci i dziadka. My zawsze jak jesteśmy w rodzinnych stronach, odwiedzamy ich. Moi teściowie wiedzą, że łączy mnie z nimi silna więź i dlatego ciągle proponowali im, że jak będą do nas jechali to zabiorą moich dziadków ze sobą. Za każdym razem, od połowy maja, mówili im kiedy będą do nas jechali a oni do tej pory nie przyjechali do nas. Aż mi już głupio było i wstyd przed teściami, że niby tak jestem zżyta z dziadkami a oni po prostu nie chcą przyjechać.
I dlatego zastanawiamy się, czy nie spędzimy tych świąt u nas. To byłyby pierwsze święta w naszym nowym mieszkaniu. Raz już spędziliśmy święta sami, było przyjemne, chociaż wiadomo to nie to samo co święta w rodzinnym gronie. No ale cóż, nic na siłę. Jak ktoś będzie chciał spędzić ten czas z nami, to może do nas przyjechać, jak nie to nie. A Wy, co myślicie???

piątek, 9 lipca 2010

Nie odwiedzą

Upały dają się we znaki. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz tak się spiekłam na słońcu, chyba jak byłam małą dziewczynką. Teraz z domu nigdzie za daleko nie ruszam się. Wychodzę,tylko po zakupy i na spacerki do parku z Dzióbeńkiem, ale i tam jest gorąco. Pieczenie ciała minęło, teraz nadszedł czas na swędzenie i zdrapywanie schodzącej skóry. Oj, teraz nie tak prędko będę opalała się, a już na pewno z rozsądkiem.
Moja mama ponoć załatwiła z siostrą tę sprawę. Monika ma przywieźć tę sukienkę, chociaż nie przyznała się wprost, że ją ma. A ja żeby nie myśleć o tym i nie wkurzać się wzięłam się za generalne porządki. Jak jestem zła, muszę się czymś zająć. To poprawia mój nastrój. A więc prałam, sprzątałam, myłam okna, pozmieniałam firanki. Od kiedy umeblowaliśmy kuchnię, ku mojemu zdziwieniu, dużo czasu tam spędzam. Wcześniej, gotowałam obiady tylko w weekendy a teraz gotuję codziennie i nawet zaczynam to lubić. Niestety, nie mamy jeszcze kuchenki gazowej, więc gotuję tylko jakieś proste, zwykłe obiadki, żeby nie ciągnąć za dużo prądu. Ale już zaplanowałam, że jak kupimy kuchenkę gazową, pierwsze co zrobię to będą gołąbki i upichcę pyszną karpatkę. Mam na to chęć od dawna. Dopiero zacznę szaleć w kuchni.
Jutro przyjadą do nas teściowie. Chcieli zabrać do nas moich dziadków, bo oni jeszcze nie widzieli naszego mieszkania. Niestety, dziadkom coś wypadło, nie przyjadą. Potem chcieli zabrać do nas moją mamę i brata. Pisałam do nich, żeby przyjechali, w końcu tylko raz byli, a teraz tyle się u nas pozmieniało. Chciałam, żeby zobaczyli jak mamy. Niestety, odpowiedzi od nich brak. W końcu Romek zadzwonił do nich zapytać się, czy przyjadą . Mama powiedziała, że nie. Z nimi tak jest: zazwyczaj nie przyjadą, bo nie mają czym. Jak teściowie proponują, żeby zabrali się z nimi samochodem, to albo jest dla nich za gorąco, żeby jechać, albo za zimno, albo nie chce się, albo mój brat ma dużo lekcji do odrobienia i nie mogą przyjechać. Zawsze mają jakąś bzdurną wymówkę. Zawsze coś. I powtarza się sytuacja sprzed roku. Teściów, nie za bardzo lubię, ale w środku nocy zadzwoniłoby się do nich z prośbą, żeby przyjechali to oni bez żadnego gadania, przyjechaliby. A do mojej rodziny trzeba „wysyłać specjalne zaproszenia” , żeby raczyli odwiedzić nas a oni i tak mają to w dupie. Nawet odpowiedzieć jest im ciężko. Tak jakby mama nie potrafiła cieszyć się moim szczęściem. Teoretycznie może cieszy się, że układa nam się, ale nie chce przyjechać, zobaczyć jak żyjemy, jak nam się mieszka, jak urządziliśmy sobie mieszkanie. Nic. Zero zainteresowania. A nam jest cholernie przykro.