O mnie

Moje zdjęcie
Trzydzistoparolatka. Żona. Mama dwóch chłopców. Dzięki nim moje życie nabrało barw. Na blogu pragnę uwiecznić naszą (nie)codzienność. Chcesz do mnie napisać? Mój email: madzia435@gmail.com

Obserwatorzy

Online

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plany. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą plany. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 9 kwietnia 2017

Nowe mieszkanie

Plany zmieniają nam się tak szybko, że za nami nikt nie nadąży. Czasami nawet sama nie nadążam. Praktycznie od roku myśleliśmy o zmianie mieszkania: kupnie nowego albo o budowie. Cały czas zastanawialiśmy się, analizowaliśmy, przeglądaliśmy oferty. Mieliśmy w życiu ponad 10 przeprowadzek (potem przestałam już liczyć) i dlatego teraz nie chcieliśmy popełnić żadnego błędu. W końcu znaleźliśmy, te jedyne, idealne, wymarzone. Szukaliśmy daleko a ono było bardzo blisko. Dobrze, że mój R. czuwał. Do poprzednich mieszkań nigdy nie byłam przekonana, ale kupowaliśmy z konieczności, bo nie było wyboru. A teraz nam się poszczęściło. Po świętach rozpoczynamy kapitalny remont a w czerwcu czeka nas przeprowadzka. Jestem przekonana, że tam już zostaniemy na długie lata. 

niedziela, 1 stycznia 2017

DOM

Zaczęło się przypadkiem. Tak naprawdę zawsze o tym marzyliśmy, ale od dawna byliśmy pochłonięci obowiązkami, że nawet nie mieliśmy czasu na przemyślenia, na refleksje.
W zeszłym roku, mniej więcej jak byłam w połowie ciąży, mojego R. zaczepił sąsiad. Zapytał się, czy nie chcemy kupić jego mieszkania. Sąsiad wie, że mamy małe mieszkanie, zaledwie 50 metrów, że zaraz urodzi nam się dziecko i dlatego przydałoby się nam większe. Jednak R. odpowiedział, że nie chcemy kupić, że mu w głębi serca marzy się mały domek. Za jakiś czas sąsiad znów zaczepił R. i jeszcze raz zapytał się o to samo. Niespodziewanie zaciągnął R. do siebie i oprowadził po całym mieszkaniu. R. wrócił oczarowany. Mówił, że tamto mieszkanie jest piękne i takie duże, że zupełnie nie ma się wrażenia, że to jest blok. Kilka tygodni później sąsiedzi zaprosili również mnie, żebym obejrzała mieszkanie. Byłam zachwycona. Sąsiadów mieszkanie jest 80-metrowe, czyste, piękne, luksusowe, urządzone w naszym stylu i dlatego, co najważniejsze, moglibyśmy w nim od razu zamieszkać. Żaden remont nie jest konieczny, bo przy dzieciach remontować to byłoby bardzo trudne. Nie miałam żadnych wątpliwości, że chcę tu zamieszkać. 
W naszym mieszkaniu jak mieszkaliśmy we trójkę nie było aż tak źle. Ale kiedy zaczęliśmy szykować kącik dla Frania to zaczęła się masakra. Zupełnie nie mamy miejsca na ubrania ani nie mamy gdzie trzymać innych rzeczy. Całe mieszkanie opanowały dzieci i ich rzeczy są wszędzie a my z R. nie mamy żadnej przestrzeni dla siebie, swojego kącika. Dosłownie, dusimy się tutaj. 
Z sąsiadami dogadaliśmy się tak, że wszystko robimy na spokojnie. Dajemy im dwa lata na przeprowadzkę i w międzyczasie płacimy połowę kwoty, żeby mogli dokończyć swój nowy dom. Tymczasem, od tamtej pory minął rok a oni nie podejmują tematu. Zapadła cisza. My byliśmy napaleni, ale przez ten rok emocje opadły i zaczęliśmy trzeźwo myśleć. Mieszkanie piękne, ale blok to blok, wokół sąsiedzi a my chcielibyśmy gdzieś z daleka od ludzi. Chcielibyśmy mieć ciszę i spokój. Chcielibyśmy ogródek koło domu. Marzyliśmy, aby dzieciom urządzić tam plac zabaw. Poza tym czynsz nas odstraszył -800 zł miesięcznie i tak naprawdę mieszkanie nigdy nie byłoby do końca nasze, bo ciągle trzeba płacić taki wysoki czynsz i nie wiadomo za co. Dodać do tego nasze wydatki to miesięcznie płacilibyśmy 2,5 tysiące złotych na same rachunki. I cena którą zażyczyli sobie sąsiedzi może nie duża, ale tak naprawdę niewiele brakuje, żebyśmy wybudowali się. 
Dlatego zdecydowaliśmy się, że jednak będziemy budować się. Mały, prosty domek. Mamy już wstępny projekt: kuchnia połączona z jadalnią i z salonem. Z salonu mamy wyjście na taras. Do tego trzy pokoje i łazienka. Prawie 100 m2. Mamy na oku dużą działkę w przepięknej okolicy. Działka ma 3000 m2, więc będziemy mieli mnóstwo przestrzeni. Z dala od ludzi, zabudowań. Po lewej stronie jest park i płynie sobie mały strumyk a z tarasu będziemy mieli widok na las i będziemy mogli podziwiać zachód 
słońca. Mieszkamy w małej miejscowości więc jednocześnie do sklepu czy szkoły nie będzie daleko, ok.200m. Zobaczymy, co to będzie. Mam nadzieję, że powoli uda nam się zrealizować nasze największe marzenia i że w 2018 roku już tam zamieszkamy.

poniedziałek, 16 lutego 2015

Zmiany, plany i marzenia

Nowy rok przynosi nam wielkie zmiany. Będzie to czas pełen wyzwań, realizacji największych pragnień i nadziei na lepsze jutro. Niestety rodzi zarazem strach i niepewność.
Romek rezygnuje z pracy, po dwudziestu latach służby. Do tej pory było tak, że wcale nie musiałam martwić się o jego pracę, bo znakomicie dawał sobie radę. Miał ciepłą posadkę, za biurkiem. Pensja zawsze na czas. Mieliśmy stabilną sytuację zawodową i materialną.
Na wpływ jego decyzji o odejściu złożyło się kilka czynników. Przede wszystkim dojazd do pracy, który był tragiczny. Romek rozpoczynał pracę o godzinie 7. rano a musiał wstać już o 3. w nocy, żeby zdążyć na czas. Jego droga do pracy wyglądała tak: najpierw jechał pół godziny samochodem do innej wioski. Tam czekał na pociąg przed 5. rano. Potem jechał pociągiem godzinę do miasta a następnie szedł jeszcze na pieszo 5 km. W jedną i drugą stronę. Na nogach był od 3. rano a z powrotem, w domu, był po 18. A gdy miał nocny dyżur, kończył pracę o 9. rano a w domu był dopiero po 14., bo wcześniej nie miał pociągu. Czasami dojazd do pracy zajmował mu pięć godzin w jedną stronę, chociaż to "tylko", a może"aż", sto kilometrów. Wiadomo jak to jest z pociągami - wieczne opóźnienia. Nieraz zdarzyło się, że wieczorem zasiedzieliśmy się do 23. a gdy Romek zerknął na zegarek i zobaczył, że to już ta godzina, był przerażony, bo za trzy godziny musiał wstać do pracy. Jeszcze, żeby zarabiał jakieś większe pieniądze to można by było się przemęczyć a w tej sytuacji... Nam czasami ledwo wystarcza od wypłaty do wypłaty. I Romka nigdy w domu nie było.
W naszej miejscowości jeśli znalazłby pracę to fizyczną i pensję o połowę mniejszą. Więc w zasadzie wyjdzie na to samo, gdyż dojazd do pracy kosztował nas prawie 1000 zł miesięcznie a teraz byłby na miejscu. Wyszedłby o 6. rano do pracy  i o 15. byłby w domu. Wtedy mielibyśmy czas na wszystko. I ja skorzystałabym na tym, ponieważ opieka nad synem byłaby podzielona. Obecnie cały czas opiekuję się dzieckiem: spaceruję, gotuję, sprzątam, piorę, bawię się z nim, czytam a wieczorem jestem już zbyt zmęczona, żeby zrobić coś dla siebie. Żadna babcia nie pomoże, nie zajmie się wnukiem nawet przez chwilę. Gdyby pracował na miejscu, miałabym czas dla siebie, na swoje pasje. Mielibyśmy również czas na upiększanie naszej działki, na krótsze lub dłuższe wycieczki po okolicy. 
W dalszej przyszłości Romek planuje wyjazd za granicę, gdyż chcemy kupić większe mieszkanie. To też mnie trochę przeraża. Zawsze byliśmy jak papużki nierozłączki. Każdą wolną chwilę spędzaliśmy razem, ale teraz jakoś przeżyłabym rozstanie. Jednak najbardziej martwi mnie jego rozłąka z synem. Filipek jest bardzo, ale to bardzo zżyty z ojcem. Romek od pierwszych chwil życia jest bardzo zaangażowanym i troskliwym tatą. Bardzo dużo pomaga mi przy Filipku i stara się spędzać z nim jak najwięcej czasu. Filipek bardzo tęskniłby za nim. Gdy rozmawiamy z tatą przez telefon, jak jest w pracy, Filipek zawsze prosi: "tata przyjedź". Zdarza się, że w ciągu dnia, potrafi rozpłakać się i wołać Romka, żeby już wrócił, bo tak tęskni za nim, mimo że ma go na co dzień. Ale to są plany na dalszą przyszłość, więc na razie nie martwię się tym.
Niestety, są także i pewne minusy jego decyzji. Gdy Romek będzie pracował na miejscu, na pewno często będzie widywał teściów. W sumie są to jego rodzice, więc niech się z nimi spotyka. Nic mi do tego. Tylko, że ja wcale nie mam ochoty spotykać się z nimi a jego częstszy pobyt w domu będzie stwarzał okazje do spotkań. U mnie teściowie są już na straconej pozycji. Nigdy im nie wybaczę tego zimnego, pogardliwego, lekceważącego, bezczelnego stosunku do Filipka. I nie pozwolę robić synowi wody z mózgu. Oj, będzie ciężko.
I na samym końcu, choć najważniejsze marzenie - pragnę urodzić dziecko i to jeszcze w tym roku! O niczym innym nie myślę, nie śnię, jak tylko o tym.  Już pół roku staramy się i nic. Dołuję się i zastanawiam, dlaczego tak jest? Z Filipkiem poszło tak łatwo a teraz... Czy coś ze mną jest nie tak? 
Na pewno ten rok, będzie dla nas przełomowy i trudny, jednak mam nadzieję,  że będzie dla nas dobry i przyniesie pozytywne rozwiązania. 
2 lata, 3 miesiące, 3 tygodnie i 6 dni

czwartek, 10 lipca 2014

Pierwsza kupa na nocnik! Odwiedziny kuzynów

Przyjechał do nas w odwiedziny Romka brat z żoną i dziećmi. Jeszcze przed ich przyjazdem tłumaczyłam Filipkowi, że przyjadą do niego dzieci a on podłapał nowe słówko i potem cały czas mówił: "dzieci". Filipek ostatni raz widział ich rok temu, więc wstydził się trochę wujka. Nieśmiało wziął od niego prezent i stał ze spuszczoną główką. Nie wiedział, co ma zrobić. Podeszłam do niego i pomogłam wyjąć mu samochodziki. Filipek w miarę szybko rozkręcił się. Dzieci ładnie bawiły a my gadaliśmy. Nawet nie spostrzegliśmy, kiedy Filipek podszedł do ich 8-miesięcznego dzidziusia i głaskał go po główce. Fajnie byłoby, gdyby Filipek miał młodszego braciszka, albo siostrzyczkę. Miałby się, z kim bawić. Zauważyłam, że teraz Filipek bardzo lgnie do dzieci. Gdy jesteśmy na placu zabaw, poda rączkę dzieciom, przywita się. Do tej pory nie miał kontaktu z dziećmi a doskonale wie, jak ma zachować się. Gdy bierze od nich zabawkę mówi: "dzieci", tzn., że dostał ją od dzieci. 
Po tygodniu, zaliczyliśmy pierwszy, nocnikowy sukces Filipka. Kiedy Filipek zjadł obiadek powiedziałam mu, żeby poszedł na nocniczek zrobić kupkę i że jak zrobi to mamusia będzie biła mu brawo. On rączkami zaczął bić sam sobie brawo i poszedł do pokoju. A ja zmywałam naczynia, kiedy nagle Filipek zaczął mnie wołać. Był bardzo wystraszony i prawie zanosił się do płaczu. Rzuciłam wszystko i  pobiegłam do niego. Filipek pokazał mi paluszkiem... kupę w nocniku. Bał się jej. Nie wiedział co, to jest. Ucałowałam go mocno i razem poszliśmy wyrzucić ją do toalety a Filipek z wielką radością spuścił wodę. Gorzej jest z sikaniem. Do tej pory, tylko raz zrobił siku do nocnika i to zupełnie przypadkiem. Pytałam się go, czy chce siusiu, czy posadzimy go na nocniczek a on w kółko mówił tylko: "nie, nie, nie".  Ale mimo to, posadziłam go na nocnik i za sekundę usłyszałam muzyczkę z nocnika. Niestety, częściej sika poza nocnik niż w nocnik. Jednak chcę go nauczyć nocnikowania, bo jest tak gorąco i szkoda, żeby pupcie odparzał sobie w pieluszce. 
Kiedy wieszałam pranie na balkonie, Filipek przyszedł do mnie i powiedział: "ijo-ijo, bam, tata". Byłam w szoku, jaką ma doskonałą pamięć. Kilka tygodni temu, kiedy bawił się na balkonie, spadło mu pogotowie. Romek poszedł po nie i mu przyniósł. 
Jednak postanowiliśmy odłożyć  starania o dziecko. Nie czuję się na siłach, aby być teraz w ciąży. Boję się, ze sama z dwójką dzieci i psem nie poradzę sobie. Chcemy zacząć starać się po Nowym Roku. Wtedy dziecko urodziłoby się we wrześniu lub październiku 2015. roku i między dziećmi byłaby różnica trzech lat a to jeszcze nie jest tak dużo. Nie byłoby tak źle. Romek planuje jeszcze przez 1,5 roku popracować tu gdzie pracuje a potem chce poszukać sobie pracę na miejscu. Obecnie, dojazdy do pracy zajmują mu ok. 5 godzin dziennie. Wtedy, kiedy byłoby rozwiązanie pracowałby na miejscu, byłoby mi lżej. Więcej czasu spędzałby z dziećmi. Mam nadzieję, że zrealizujemy nasze plany. 
Rok, 8 miesięcy, 2 tygodnie i 2 dni

wtorek, 5 marca 2013

Decyzja zapadła. Kupujemy mieszkanie w rodzinnej miejscowości. Mieszkanie, może do końca nie jest takie o jakim marzyliśmy - ma tylko dwa pokoje, ale i tak jest o 11 m2 większe od naszego obecnego. Jest na pierwszym piętrze, więc nie będzie problemu z dźwiganiem Filipka. Klatka schodowa jest ogromna, zatem wózek będę mogła zostawiać na dole. I ma ogromny balkon. Za blokiem znajduje się plac zabaw dla dzieci, będę więc mogła z domu obserwować, jak bawi się Filipek. A po drugiej stronie ulicy jest przedszkole, szkoła podstawowa i gimnazjum. Filipek będzie miał blisko do szkoły i może, za jakiś czas, będę tam pracowała. Okolica jest spokojna, nie będzie tego hałasu za oknem, co tutaj. A co najważniejsze, rodzina będzie pod ręką. Będą codzienne odwiedziny babć i dziadków. Filipek w końcu nie będzie sam. Tutaj nawet na chwilę nie mam z kim zostawić synka. A planujemy jeszcze jedno dziecko. Nie wiem, jak wychodziłabym na spacer,  z dwojgiem małych dzieci i z psem, z czwartego piętra.  
Właściciel mieszkania stwierdził, że na pieniądze poczeka nawet pół roku, dopóki nie sprzedamy swojego. Moim rodzicom wręczył klucze i oni już od pierwszego dnia działają. Remontują nam mieszkanie, tak że przyjedziemy już na gotowe.
Nawet nie wiem, ile nocy nie spałam, zastanawiając się, czy dobrze robimy. Wracać z miasta na wieś? Ale tak czy inaczej, tam jest nasze serce. Tam się wychowaliśmy.
Denerwuję się, że zamiast spokojnie cieszyć się macierzyństwem, skupiam się na mieszkaniu.  

A w niedzielę odbędą się chrzciny Filipka.  

środa, 13 lutego 2013

To się dzieje zbyt szybko... Wystawiliśmy mieszkanie na sprzedaż. Myśleliśmy, że sprzedaż mieszkania zajmie nam przynajmniej rok czasu a to już na następny dzień rozdzwoniły się telefony... Mamy już zdecydowanego klienta... 
A ja zastanawiam się, czy słusznie robimy? Mamy już na oku, mieszkanie w naszej rodzinnej miejscowości. Mieszkanie jest na pierwszym piętrze, trzypokojowe, z balkonem, działką, sadem owocowym, altanką lecz do kapitalnego remontu. Pieniądze na remont mielibyśmy, bo ze sprzedaży tego mieszkania zostałoby nam parę groszy, ale martwię się jak to będzie?
Zastanawiam się, co wybrać? Miasto, czy wieś? Jak byłam nastolatką marzyłam o tym, aby się stamtąd wybić a teraz mam tam wracać? Gdy przyjeżdżaliśmy tam, na wakacje, już po kilku dniach, mieliśmy dosyć tamtej miejscowości i chcieliśmy wracać do domu. Czas tam tak strasznie dłużył się.
Często też, bałam się tam, że Romek... nie wróci. Teściowie wykorzystywali go na każdym kroku. Z najmniejszym problemem dzwonili do niego, jakby mieli tylko jednego syna a mają trzech. A on był z nimi zżyty, chyba bardziej niż ze mną. Ciekawe, czy w tej kwestii będzie teraz inaczej?
Jednak tutaj mnie nic nie trzyma. Nie mam tu znajomych, rodziny, całe dnie spędzam sama. 
Mieszkam na 4. piętrze i z synkiem coraz ciężej jest wychodzić na spacerki, bo on rośnie z dnia na dzień, z miesiąca na miesiąc. A tam jest rodzina, zawsze by pomogli.
Myślę sobie, że już nic nie będzie, tak jak przedtem. Koniec już z wolnością, z robieniem, co się chce i kiedy się chce. Teraz mamy synka, mnóstwo obowiązków, więc na nudę nie będziemy mogli narzekać :)

piątek, 8 lutego 2013

Dziewczyny, dziękuję za słowa wsparcia i otuchy! Fajnie, że mogę  wygadać się Wam szczerze, wyżalić się i że chcecie mnie słuchać! Dziękuję też za liczne e-maile! Dziękuję za to, że jesteście! 
Czasami, chciałabym gdzieś wyjechać, na tydzień czasu i odpocząć, ale nie mam zamiaru odchodzić od męża. Owszem, czasami Romek potrafi być chamem, numer jeden na świecie, ale w głębi serca jest naprawdę bardzo dobrym człowiekiem i kilka kłótni niczego tu nie zmienia. Nie przekreśla wielu wspaniałych chwil i lat. A ja naprawdę, czasami, potrafię być bardzo zrzędliwa i myślę tylko o sobie i swoim zmęczeniu a zapominam, że Romek też ma prawo tak się czuć. 
On od półtora roku nie miał żadnego dnia wolnego od pracy. Dopiero, kiedy narodził się synek, wziął urlop. A Filipek przewrócił nasz świat do góry nogami. Trudno nam było odnaleźć się w nowych rolach... Romek żyje w ogromnym pędzie. Życie przecieka mu miedzy palcami. Do pracy wstaje po 4. rano. Codziennie, robi mi pyszne śniadanie: bułeczki a z boku, na talerzyku, poobiera mi jabłka ze skórki i pokroi w ósemki mimo, że setki razy mówiłam mu, aby nie szykował mi żadnych śniadań tylko, żeby zrobił dla siebie śniadanie i je zjadł.
Pracę ma bardzo odpowiedzialną. Sprawuje nadzór nad pięciuset osobami. Zdarza się, że śniadanie, które szykuje sobie do pracy, zjada dopiero, kiedy wraca do domu, w pociągu, po godzinie 17. Po drodze do domu, robi jeszcze zakupy. Gdy wpada do domu, zostawia tylko torby z zakupami i od razu wychodzi z psem na spacer, bo od rana nie był. Gdy wraca ze spaceru, jest już grubo po 18. i od razu wspólnie kąpiemy syna, bo jest on już marudny i chce spać. I to jest jedyny ich czas, spędzony razem, bo po kąpieli, ja karmię syna i usypiam już na noc. W tym czasie, Romek robi dla nas kolację i idzie się kąpać. Chwilę dla siebie mamy po 19. a przed 21. idziemy spać, bo po 4. rano, znów trzeba wstać. W nocy, Romek też wiele razy wstaje do Filipka, by podać mu smoczka, czy zmienić pieluszkę. I tak cały czas w pędzie. Dzień za dniem, tydzień za tygodniem... Stąd te stresy, stąd te nerwy. Byle do wiosny...

Dziewczyny, planujemy kolejną, życiową rewolucję. Chcemy sprzedać nasze mieszkanie i kupić mieszkanie w naszej, rodzinnej miejscowości. Zawsze byłam przekonana, że tutaj, gdzie obecnie mieszkamy jest "te" nasze miejsce na ziemi. Jednak, odkąd pojawił się Filipek, nie jestem wcale tego taka pewna. Tutaj, nie mamy nikogo: zero znajomych, zero przyjaciół, zero rodziny. Romek wraca późno z pracy i sami z Filipkiem, całe dnie, bylibyśmy skazani tylko i wyłącznie na siebie. A dziecko potrzebuje do prawidłowego rozwoju rodziny, babci, dziadka. Jetem przekonana, że Filipek byłby szczęśliwszy, gdyby oni uczestniczyli w jego życiu, tak jak w moim uczestniczyli moi dziadkowie, bo spotkanie raz w miesiącu to zdecydowanie za mało.  I ja tutaj, teraz, jestem zupełnie uziemiona. Nawet na chwilkę, nie mam z kim, zostawić synka. Mamy pieska a to też jest obowiązek. Mieszkamy na 4. piętrze i ten tłok, hałas za oknem. To właśnie przed naszym blokiem, samochód potrącił mnie i Romka, na przejściu dla pieszych. A tam, życie toczy się spokojnym rytmem... Myślę, że tam, byłoby mi lżej. A planujemy przecież jeszcze drugie dziecko :)
U nas ostatnio chorowicie. Zaczęło się od Romka. Potem przyjechała do nas mama, na kilka dni i zaraziła się od niego a na samym końcu ja. Biorę antybiotyk. Dobrze, że pomimo tego, synkowi nadal smakuje moje mleczko. Mam nadzieję, że Filipek jakoś uchowa się od choroby. 

piątek, 22 października 2010

Trochę już o świętach

Ten tydzień był w miarę spokojny. Jednak zajęcia nie są takie straszne, jak wydawały się być na początku. Najgorsze są tylko czwartki. Już w środę całą noc nie spałam ze stresu, co chwila zerkałam na zegarek. Pocieszające było to, że rano miał jechać ze mną Romek. Rano wyszedł z Dzióbkiem na spacerek, zrobił mi i sobie śniadanie. Zrobił mi również kanapki na uczelnię, zapakował pięknie w plastikowy pojemniczek. Odprowadził mnie też pod samą uczelnię :) Kochanego mam mężczyznę.
Pierwsze czwartkowe zajęcia mam z profesorem z którym kiedyś już miałam zajęcia. Byłam tym przerażona, bo na 2. roku był bardzo nieprzyjemny, surowy, wymagający. Teraz jest zupełnie inny. Myślę, że to dlatego,że jesteśmy już na V roku. Oczywiście, nadal dużo wymaga, trzeba przepisywać ręcznie wszystkie kserokopie, ale ma zupełnie inny stosunek do nas, więc nie jest źle. Następne zajęcia mam z młodym doktorkiem. On był i nadal jest postrachem na naszej uczelni. Na jedne zajęcia mieliśmy przygotować 14 artykułów do tego po części pisane w łacinie. Kserówki ledwo pomieściły mi się w torbie. A na zajęciach pyta wyrywkowo z listy, gada jakieś głupie docinki, naśmiewa się z nas. Nieprzyjemny typ. Potem miałam mieć seminarium magisterskie. Czekałam 3 godziny, promotor spóźnił się pół godziny i gdy w końcu przyszedł powiedział tylko, że dzisiaj nie ma seminarium i przez kolejne dwa tygodnie również. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej ciekawa jestem kiedy napiszę pracę, jeśli pierwsze seminarium w tym roku odbędzie się dopiero w połowie listopada.
Ostatnio z Romkiem zastanawiamy się, czy pojechać na święta Bożego Narodzenia do moich rodziców. Zawsze święta spędzaliśmy u nich. Romek będzie miał dużo czasu wolnego, bo w grudniu będzie miał drobny zabieg w szpitalu, więc tym bardziej moglibyśmy pojechać do nich. Tylko, że ja nie chcę, żeby było tak jak jest zawsze. Czyli, jak tam pojedziemy, to będzie wszystko super a gdy wrócimy do siebie, to zaczną się nieporozumienia. Oni nie chcą nas odwiedzać a my mamy pojechać do nich, i udawać, że wszystko jest ok? W końcu też mamy swoje uczucia, też nam jest przykro, że zawsze ich prosimy, aby przyjechali do nas i zawsze słyszymy: „nie”. Rodzice może zaczęli powoli zdawać sobie z tego sprawę i już teraz szykują grunt, żebyśmy do nich przyjechali. W kółko mówią: „ jak do nas przyjedziecie to …”. Cały czas podkreślają to, że my przyjedziemy. Nie ma odmowy. Wydaje mi się, że jak my nie przyjedziemy to moi rodzice raczej spędzą ten czas samotnie z młodszym bratem. Siostra moja nie przyjedzie, bo jej facet lubi sobie wypić w święta, babcia z dziadkiem też ich nie odwiedzą, mimo że mieszkają w tej samej, małej miejscowości. Mnie nie chodzi o to, żeby zrobić im na złość lub przykrość, chodzi mi tylko i wyłącznie o mnie i Romka o to, żeby po raz kolejny nie było nam przykro, jak po świętach znowu będą sobie nas olewali. A ja już nie chcę następnego rozczarowania. Poza tym mam żal do mojej babci i dziadka. My zawsze jak jesteśmy w rodzinnych stronach, odwiedzamy ich. Moi teściowie wiedzą, że łączy mnie z nimi silna więź i dlatego ciągle proponowali im, że jak będą do nas jechali to zabiorą moich dziadków ze sobą. Za każdym razem, od połowy maja, mówili im kiedy będą do nas jechali a oni do tej pory nie przyjechali do nas. Aż mi już głupio było i wstyd przed teściami, że niby tak jestem zżyta z dziadkami a oni po prostu nie chcą przyjechać.
I dlatego zastanawiamy się, czy nie spędzimy tych świąt u nas. To byłyby pierwsze święta w naszym nowym mieszkaniu. Raz już spędziliśmy święta sami, było przyjemne, chociaż wiadomo to nie to samo co święta w rodzinnym gronie. No ale cóż, nic na siłę. Jak ktoś będzie chciał spędzić ten czas z nami, to może do nas przyjechać, jak nie to nie. A Wy, co myślicie???

poniedziałek, 26 lipca 2010

Przygnębiona

W weekend przyjechali do nas moi teściowie. Ku mojemu zdziwieniu, kupili dla nas na raty kuchenkę elektryczno-gazową i okap. Kuchenka jest nowoczesna, prześliczna. Miło z ich strony. Tak więc mieszkanie mamy już w pełni wyposażone. Chcemy tylko jeszcze kupić kanapę z naturalnej skóry, ale to musi poczekać, bo nie mamy tyle pieniędzy. Od jakiegoś czasu zauważyłam pewne zmiany u teściowej. Okazuje mi dużo ciepła. Ostatnio mocno mnie przytuliła, ucałowała…
A dziś przyjechali moi rodzice. Byli niecałą godzinę, bo późno w nocy tata przyjechał z zagranicy i był zmęczony, więc śpieszyli się. Nic nie mówili o naszym mieszkaniu, czy im się podoba, czy nie. A od ostatniej wizyty zaszło u nas dużo zmian. Z Romkiem planowaliśmy wziąć trochę do nas mojego brata, bo ma wakacje a nigdzie nie wyjeżdża. Nad morze chcieliśmy z nim pojechać i do pewnego miasta. Planowaliśmy, że codziennie będziemy chodzili na basen i do kina, i że pojedziemy do KFC na jego ulubionego kurczaka z frytkami. Czas by szybko chłopakowi zleciał. Niestety, on robi się podobny do mojej mamy i najchętniej tylko w domu siedziałby. Nie chce za bardzo do nas przyjechać. Może to i lepiej.
Wciąż jestem przygnębiona...

wtorek, 20 kwietnia 2010

Planuję wyjazd

W przyszłym tygodniu, w środę, planuję wyjazd do rodziców. Zabiorę ze sobą Dzióbeńka a Roman dołączy do nas w piątek po pracy. Chcę trochę oderwać się od tego mieszkania, od zmartwień, chociaż na chwilę zapomnieć o studiach, o codzienności. Chcę pooddychać świeżym, wiejskim powietrzem, zrelaksować się na łonie natury i nabrać sił. Potrzebuję tego. Dzióbulek też trochę "rozerwie się", rodzice mają przepiękny, duży ogród, więc będzie miał gdzie wybiegać się. Mam nadzieję, że pogoda będzie piękna i uda nam się rozpocząć sezon grillowy.

wtorek, 12 stycznia 2010

Spokojnie

Styczeń mija nam spokojnie. Moim i męża postanowieniem noworocznym jest to, że w każdy weekend będziemy chodzili do ośrodka sportu i rekreacji. W jednym tygodniu pójdziemy na basen, w drugim do sauny w trzecim na siłownie i tak w kółko. Postanowienie te realizujemy z ogromną przyjemnością. Byliśmy już dwa razy na basenie i było świetnie. R. trochę nad jeziorem podłapał o co chodzi w pływaniu a teraz… robi ogromne postępy. Całkiem nieźle mu to wychodzi :)
Coraz bardziej zdaję sobie sprawę, jak ten czas szybko zasuwa. Wkrótce będzie sesja i nowy semestr. Mimo, że teraz mam mnóstwo wolnego czasu, ciągle mi go brakuje. Chciałabym skupić się teraz na książkach, do mojej pracy magisterskiej, bo w semestrze letnim zacznę chodzić już na seminarium.
A teraz zaczytana jestem w moich starych pamiętnikach. Nie widziałam ich od lat. Hm mm… Pierwsze zapiski pojawiają się w roku 1994, miałam wtedy 10 lat. Od 12. roku życia pisałam codziennie. Tuż przed 20. zakończyłam pisanie, chociaż nie było to łatwe. Poszłam na studia a w akademiku nie miałam możliwości by pisać. Bloga zaczęłam pisać 4 lata później i nigdy już nie przestanę. Mam nadzieję, że fajnie będzie w wieku pięćdziesięciu lat wrócić do wspomnień z dzieciństwa, tych małych i tych „dużych” problemów, że przyjemnie będzie przypomnieć sobie okres mojej młodości, dojrzewania, pierwszych miłości, marzeń i nadziei. Chciałabym kiedyś przypomnieć sobie moje pierwsze kroki w dorosłym życiu. Chciałabym kiedyś pokazać ten pamiętnik mojemu mężowi, pozostawić coś po sobie moim dzieciom. Taką małą cząstkę mnie. Wszystko jest spisane! Bezcenne wspomnienia.

środa, 2 grudnia 2009

Takie tam


Mimo że, siedzę w domu i raczej nic nie robię czas szybko mija. Wydaje mi się, że tak niedawno była Wigilia, a już niedługo znowu będzie. Odczuwa się już atmosferę świąteczną, widać lampki, ozdoby świąteczne, choinki w sklepach.
Święta planujemy spędzić u mojej rodziny. Prezenty świąteczne mamy już zakupione: dla mamy i siostry kupiliśmy gruby naszyjnik, dla brata zegarek sportowy, dla taty szalik i jeszcze pozostało coś kupić dla nas.
A tak w ogóle to nie najlepiej się czuję, dołuję się moją wagą. Jeszcze w styczniu ważyłam 63 kg, teraz ważę prawie 69. Muszę zrzucić ok. 10 kg. Nogi już nas nie bolą dlatego od dzisiaj zaczynamy znowu biegać. A tu zbliżają się święta, na pewno będzie leniuchowanie i objadanie się… Nie wiem jak to zrobiłam, że wtedy schudłam tak dużo.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Lenistwo


Jak ten czas szybko mija. Mężowi już urlop minął, dzisiaj pierwszy dzień jest w pracy a ja już tęsknię za nim! Dobrze, że mam jeszcze Dzióbka :) Mnóstwo czasu spędzamy razem, wychodzimy już na pierwsze spacerki.
W zeszłym tygodniu trochę chorowałam, miałam gorączkę. Przestaliśmy też biegać, bo jest za gorąco a ja już zdążyłam przytyć 4 kg! We wrześniu trzeba będzie wziąć się za siebie, bo teraz nic się nie chce.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Wakacje i nasze plany

Cały czas uczyłam się i uczyłam teraz, aż dziwnie czuję się, bo nie mam już nic do nauki. Dzisiaj miałam egzamin, wyniki będą być może w czwartek, ale jestem dobrej myśli. Odpowiedziałam na wszystkie pytania. Może choć raz będę miała spokojne wakacje i będę mogła skupić się na sobie.
Nasze plany na wakacje ciągle zmieniały się z różnych przyczyn i finansowych i rodzinnych, ale w końcu postanowiliśmy, że zostajemy w domu. Nareszcie będziemy mieli czas na systematyczne bieganie, na przejażdzki rowerowe, na basen, na długie spacery... A spacery na pewno będą długie i częstsze, gdyż za 3 tygodnie będziemy mieli pieska, Shih Tzu. Chociaż waham się, czy słuszną podjęliśmy decyzję z zakupem pieska. Oboje z R. chcemy jeszcze zgubić kilka kilogramów. Planujemy też krótkie wyjazdy nad morze. Chcemy w końcu pooglądać filmy, poleniuchować trochę beztrosko, poczytać książki na które ostatnio nie było w ogóle czasu. Takie są nasze plany.
Zaraz zobaczę co słychać u Was. Tyle czasu mnie nie było u Was, że stęskniłam się a potem zabieram się za porządki.