Romek zrobił badanie krwi. Po trzech tygodniach zadzwoniła pani z laboratorium i powiedziała, że wykryto u niego komórki rakowe, że jest to rak jądra i powinien jak najszybciej udać się do onkologa. Romek dowiedział się o tym w dniu mojego wyjazdu do rodziców i w przeddzień wyjazdu na poligon. Niczego mi nie powiedział, ze względu na mnie i ciążę. I chyba dobrze zrobił, bo zwariowałabym wiedząc o tym i jednocześnie będąc tak daleko od niego. Jednak, po powrocie, gdy mnie tylko zobaczył, rozpłakał się i powiedział mi, co się stało. Był to dla mnie szok i niedowierzanie. Pomyślałam sobie, że widocznie za długo byliśmy szczęśliwi, że za dobrze nam się układało, że właśnie teraz musiało nas to spotkać. Mamy poukładane życie, dzidziuś w drodze, tyle planów i marzeń przed nami a tu miałby nastąpić koniec?!! Pomyślałam, że widocznie człowiek nigdy nie może doznać w pełni szczęścia i spokoju, że to życie jest bardzo kruche i nic nie warte. Siedziałam u niego na kolanach i cały czas płakaliśmy, całą noc, cały dzień...
W końcu Romek zadzwonił do poradni onkologicznej i tam mu powiedzieli, że niemożliwe jest to, aby ze zwykłego badania krwi postawić tak jednoznaczną diagnozę. Nie da się opisać, jakiego doznałam wtedy uczucia ulgi, myślałam że zemdleję, cała byłam spocona z nerwów. Pojawiła się nadzieja. Tak, czy inaczej, Romek będzie musiał zrobić szczegółowe badania. Termin ma wyznaczony za dwa tygodnie. Modlę się, aby wszystko było dobrze.