Dopadła mnie jesienna chandra. Smutno mi jakoś i źle, w dodatku nic mi się nie chce. A miałam tyle planów... Z utęsknieniem czekałam na jesień, żeby mieć więcej czasu dla siebie, żeby trochę odpocząć, pobiegać, poczytać książki a tu nic z tego. W ogóle nawet jakoś ciężko jest mi się z domu ruszyć. Dobrze, że mam Dzióbka to jestem zmuszona z nim pospacerować :)
Mimo, że jestem w domu, czas zdecydowanie za szybko mija: spacery z psem, obiady, porządki, blogi. Ostatnio sporo urzędowałam w kuchni, chciałam wypróbować nowe przepisy kulinarne. Paszteciki mięsne z kapustą i do tego gyros były przepyszne.
Romek codziennie wraca po 17. i ten czas spędzamy wspólnie, chociaż i tak za mało mamy tego czasu dla siebie. Wcześnie kładziemy się spać, bo o 3.50 on ma pobudkę.
Weekendy, kiedy Romek ma wolne, to już szczególnie szybko mijają. Prawie cały weekend spędziliśmy w domu, bo złapało nas jakieś przeziębienie. W sobotę ja znowu urzędowałam w kuchni a Romek słuchał muzyki i robił dokumenty do pracy. Pod wieczór wyszliśmy pospacerować po mieście i zaszliśmy do sklepu. A wieczorem do późna oglądaliśmy film. W niedzielę, po raz pierwszy od dawna, poszliśmy do Kościoła. Stwierdziłam, że jednak religia jest głęboko we mnie zakorzeniona. Nie mogę tego tak się wyrzec. Po Kościele zrobiliśmy małe zakupy, potem odgrzałam paszteciki i cały dzień herbatkowaliśmy się i oglądaliśmy maraton "Rancza". Tak nam wspólnie minął weekend.
Poza tym, nie ma dnia i nocy, żebym nie myślała o dziadku. Minął już prawie miesiąc od jego śmierci a do mnie to jeszcze nie dociera. Ciągle nie mogę w to uwierzyć. Często łapię się na tym, że myślę sobie: O! to i to muszę powiedzieć dziadkowi a potem dociera do mnie, że nigdy już mu tego nie powiem, że go już nie ma!